Fakty i opinie

stat

Afirmując miasto i ciało

Rozmowa z Mają Siemińską, która zafascynowana cielesnością podpiera się przy tym św. Janem

Artyści to jedna z najbardziej mobilnych grup społecznych: granice was za bardzo nie interesują. Ty spędziłaś cztery lata w Nowym Jorku, miałaś wystawy m.in. w Hiszpanii. Czy to, że dziś tworzysz w Trójmieście to przypadek, przystanek w podróży czy świadomy wybór?

Ewidentnie świadomy wybór. Nie sądziłam co prawda, że moje życie tak się potoczy, ponieważ przez lata spędzone za oceanem nie myślałam o powrocie. W pewnym momencie jednak tak się wszystko potoczyło, że wróciłam do Gdańska, mojego rodzinnego miasta i bardzo się z tego cieszę. Atmosfera miasta sprzyja mojej pracy.

Nowy Jork jest mekką artystów. Czy zamiana "wielkiego jabłka" na Trójmiasto nie jest czymś na kształt spadku do niższej ligi?

Nigdy o tym nie myślałam w ten sposób, choć podobne sugestie pojawiały się w pytaniach moich znajomych czy przyjaciół. Dla mnie najważniejsze jest to, by być w miejscu, w którym jest wolność i możliwość pracy twórczej

Tam jej nie było?

Była, ale niekompletna. Tempo pracy, które wiąże się z koniecznością nieustannego utrzymywania się na powierzchni nie pozwala na wyciszenie się, koncentrację i skupienie na tworzeniu. W Polsce sprzedaż kilku obrazów pozwala pracować dłużej w spokoju.

Na ile dla artysty ważne jest otoczenie w jakim pracuje? Bo wyobrażam sobie, że środowisko nowojorskich malarzy było bardzo inspirujące.

Współpraca z innymi malarzami, wspólne organizowanie wystaw stwarza rzeczywiście wiele możliwości. Ciekawe jest to, że o ile ja cieszyłam się z kontaktów z malarzami latynosami: osobami niezwykle wrażliwymi, spontanicznymi i żywiołowymi, o tyle oni dostrzegali we mnie Słowiance, podobne cechy. Dzięki temu nie zapomniałam tam o mojej polskości, a może nawet umocniła się ona we mnie.

Rozumiem, że środowisko malarzy latynosów w Trójmieście jest stosunkowo nieliczne?

Rzeczywiście (śmiech), ale zapewniam, że tu także są ludzie równie inspirujący i interesujący.

Czy twoja sztuka jest w jakikolwiek sposób inspirowana lokalnością?

Miejsce może mnie podkręcać pod warunkiem, że ma w sobie ducha zamierzchłości - a tak jest na pewno w przypadku Gdańska. Tego nie było w Nowym Jorku. Zawsze podobało mi się to, co ma w sobie historię: kocie łby, stare mury, opadające tynki, wielowiekowe budynki na wyciagnięcie ręki. Tworzyć można oczywiście wszędzie, ale pewnych rzeczy, które robię dzięki temu, że jestem tu, nie zrobiłabym tam. I odwrotnie.

Pracowałaś w Nowym Jorku, teraz pracujesz w Gdańsku. Myślisz jeszcze o innych twórczych podróżach?

Bardzo chciałabym pojechać np. Bliski Wschód, lub do Hiszpanii, zetknąć się z tamtejszą zmysłowością. Chciałabym też kiedyś wrócić na pustynię.

Wrócić?

Część dzieciństwa spędziłam w Libii.

W swoich pracach często wykorzystujesz piasek, jako narzędzie tworzenia i element kompozycji. Czy twoja fascynacja tą techniką wynika właśnie z tamtych doświadczeń?

Tak, piasek jest dla mnie niezwykle symboliczny. Z jednej strony jest symbolem oczyszczenia, pokory. Poza tym uwielbiam jego fakturalność. Sądzę też, że w moich obrazach widać także inne wpływy "okresu pustynnego". Choćby takie, jak kolorystyka.

Czy te związki z krainami południa mają wpływ na twoje artystyczne zainteresowanie cielesnością?

Jestem w jakis sposób skupiona na ciele i jego przemienialności. Interesuje mnie wielowymiarowy proces przemian mentalnych i duchowych z nim związanych. Przedstawiam problem cielesności, który ma dla mnie wymiar duchowy. Czasami pokazuję to metaforycznie, np. poprzez części ciała: brzuch, pępek - to metafora początku. Czasem staram się w malarski sposób ukazać ciągłe trwanie ciała, które nawet po śmierci wciąż istniej, jest czymś niemal świętym. Przebóstwialnym - czyli czymś, co z ze zniszczalnego, zmieni się w niezniszczalne.

To niezwykle humanistyczne podejście.

Staram się unikać powierzchownego opisywania ciała, np. poprzez akt. Chce opisywać proces "bycia w ciele". Nie zależy mi na fizjologii, lecz na życiu.

Wiem, że jesteś osobą wierzącą. Czy twoja fascynacja cielesnością nie stoi w opozycji do chrześcijańskich prób poskromienia ciała i spychania go względem duszy na dalszy plan?

Zupełnie nie. Grosseteste, jeden z mistyków chrześcijańskich powiedział, że cielesność jest światłem. Chrześcijanie mają życie w sobie, ponieważ są obdarowywani ciałem Chrystusa. "Jeśli nie będziecie spożywać mojego ciała, nie będziecie mieć życia w sobie" - napisał św. Jan. Gdy to kiedyś usłyszałam, niezwykle mnie to poruszyło.

Brałaś udział w projekcie kolektywnego tworzenia obrazu poświęconego Gdańskowi. Zawsze byłem przekonany, że artyści są na tyle indywidualistami i nie są w stanie współpracować z kolegami po fachu.

Po moich doświadczeniach wynikających z pracy przy tym projekcie mogę ci przyznać rację (śmiech). Pomysł tego kolektywu był dość karkołomny. Byłam przekonana, że wspólnie stworzymy coś spontanicznie, każdy otrzyma fragment płótna dla siebie i wszystko połączymy wspólnym niebem, czy w podobny sposób. Tymczasem nie było to takie proste, nasze pomysły dość mocno się ścierały. No, ale obraz powstał, został wysłany do Druskiennik, teraz jeszcze tylko musimy stworzyć jego replikę, która zostanie w Gdańsku.

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Tytuł:
Treść:
Autor (opcjonalny):
E-mail (opcjonalny):
Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Opinie (razem: 2)

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.