fot. Krzysztof Mystkowski/KFP
Na gdański oddział telewizji od lat mają chrapkę politycy wszystkich opcji.
Najpierw gigantyczne cięcia w budżecie, teraz walka o władzę. Lokalna telewizja przeżywa polityczne oblężenie. Czy uda jej się obronić?
- Czy regionalna telewizja publiczna ma rację bytu?
-
tak, ponieważ tylko ona opowiada o sprawach ważnych, ale "niekomercyjnych"
32% -
tak, ale na pewno nie w takim kształcie jak dziś
42% -
nie, wystarczy że istnieją lokalne stacje komercyjne
6% -
żadna telewizja publiczna nie ma racji bytu
20%
łącznie głosów: 548
Mówi się o Marianie Zacharewiczu (swojego czasu szef radia Eska Nord) oraz Michale Dąbrowskim - działaczu lewicy i stowarzyszenia "Ordynacka". Pracował on kiedyś TVP Gdańsk, gdzie był kierownikiem produkcji. Mniejsze szanse ma Dorota Sobieniecka-Kańska, była dziennikarka lewicowego "Głosu Wybrzeża", dziś dyrektor Gdańskiego Klubu Biznesu.
Wśród kandydatów wymieniany jest również znany dziennikarz Janusz Trus, ale on sam rozwiewa wątpliwości. - Dziękuję, nie skorzystam - mówi lakonicznie "Gazecie".
Obecny dyrektor gdańskiego oddziału TVP Piotr Ostrowski ma zostać zdymisjonowany, głównie z powodu niechęci, jaką darzy go prominentny polityk PiS Jacek Kurski. To właśnie PiS zawarł z SLD cichą koalicję, która powoli przejmuje władzę w publicznych mediach, w tym TVP.
Walka o stołki to nie jedyny problem TVP Gdańsk. Po cięciach budżetowych pracę może stracić wiele osób. W zeszłym roku telewizja dysponowała 30 mln zł, w tym roku budżet wynosi jedynie 16 mln zł z czego tylko 3 mln zł zostanie na produkcję programów. Cięcia w pierwszej kolejności dotkną osób współpracujących z TVP Gdańsk, ale część niemal 80-osobowej załogi najprawdopodobniej również zostanie zwolniona.


















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie nie związane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.