fot. Wojtek Jakubowski/KFP
Cudzoziemcy są najczęściej zatrudniani przy prostych pracach, ale coraz częściej powierzane są im odpowiedzialne stanowiska.
Obcokrajowcy chcą pracować w Polsce, tysiące z nich w Trójmieście. W ubiegłym roku w naszym województwie cudzoziemcom wydano ponad 2,3 tys. zezwoleń na pracę, drugie tyle pracuje bez zezwolenia. Jedni i drudzy mają spore trudności, ale nie zamierzają wyjeżdżać.
- Czy zatrudniłbyś obcokrajowca w swojej firmie?
-
nie, są ponad 2 mln bezrobotnych Polaków
37% -
raczej nie, chyba, że nie miałbym innego wyboru
10% -
raczej tak, gdyby był lepszy i tańszy od Polaka
41% -
oczywiście, pracownicy z zagranicy pracują lepiej niż Polacy
12%
łącznie głosów: 588
Według szacunków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej ilość zezwoleń na pracę wydanych cudzoziemcom w 2009 roku wzrosła o 60 proc. w porównaniu do poprzedniego roku. W samym woj. pomorskim wydano ich ponad 2 tys., więcej jedynie w województwie mazowieckim (aż prawie 14 tys.).
Pracodawcy chwalą sobie bowiem pracowników ze Wschodu. - Nie kradną, nie kombinują, są pracowici, rzetelni i rwą się do nadgodzin. Poza tym są też tańsi od coraz częściej zmanierowanych Polaków, a pracują szybko i dokładnie - wylicza ich zalety Piotr Walkowski, który prowadzi w Gdańsku firmę budowlaną Walko i zatrudnia dwóch Ukraińców. - Już im powiedziałem, żeby do maja ściągnęli mi dwóch kolegów - dodaje.
W Trójmieście obcokrajowcy pracują też na bardziej eksponowanych stanowiskach. Kierownikiem spedycji w gdyńskiej firmie CargoTax jest Rosjanin Igor Kowaliev.
- W Polsce mieszkam od pięciu lat. Jako spedytor pracowałem już w Rosji, ale dopiero tutaj zostałem menagerem. Nikt nie robił problemów, bo wtedy dobrze znałem już wasz język. Można nawet powiedzieć, że narodowść to mój atut. Klienci zapamiętują mnie od razu, pytają o pochodzenie nazwiska i akcent, może powinienem być handlowcem? - śmieje się Rosjanin, który stara się o polskie obywatelstwo. - Nie jestem znanym sportowcem, więc sprawa pewnie trochę potrwa, ale nigdzie nie zamierzam wyjeżdżać, więc cierpliwie poczekam - mówi.
Zatrudnianie obcokrajowców kwitnie jednak głównie dlatego, że Polacy nie chcą wykonywać ciężkich i słabo płatnych prac. Choć zdarzają się też zgrzyty. - Jak pracodawca słyszy, że pochodzę z Białorusi to chyba ciarki po skórze go przechodzą, strach ogarnia, twarz robi się blada, ręce drżą, a kolana się uginają. Już kilkakrotnie odmówiono mi pracy właśnie z powodu obywatelstwa. Powodem było to, że kadrowe po prostu nie znały przepisów i nie wiedziały, że mogą mnie zatrudnić na dłużej niż pół roku - mówi Olga Vinakurava.
Tymczasem ponad rok temu weszły w życie przepisy, na mocy których Ukraińcy, Białorusini i Rosjanie nie muszą posiadać zezwolenia na wykonywanie pracy przez pół roku. Ale jest wiele wyjątków, zatrudniać bez ograniczeń można np. małżonków polskich obywateli, a pani Olga ma męża Polaka. Już kilkakrotnie pracodawcy o tym jednak nie wiedzieli.
- Chcieliśmy ściągnąć do siebie Gruzina Irakli Jaskaratokwiliego, ale półzawodowego klubu nie stać na płacenie mu tyle, by mógł tylko trenować i grać. Chcieliśmy więc załatwić mu pracę w sklepie. 1,5 tys. zł za pracę, drugie tyle za grę i premie za wygrane mecze, to dla niego spore pieniądze. Ale żaden, nawet zaprzyjaźniony pracodawca, nie chciał go zatrudnić. Mieliśmy już wszystkie dokumenty, wydeptane ścieżki do Urzędu Pracy, znaliśmy na pamięć wszystkie paragrafy. Jego narodowość, a konkretnie to, że nie jest Polakiem, było jednak wielką barierą. Choć zna język na tyle, że poradziłby sobie z wykładaniem towaru na półki - kręci głową przedstawiciel jednego z trójmiejskich klubów rugby.
Mimo kłopotów w Polsce chce pracować coraz więcej obcokrajowców. W tym roku może paść rekord, przedsiębiorcy zadeklarowali zatrudnienie prawie 190 tys. osób tylko zza wschodniej granicy. Często to pracownicy sezonowi, potrzebni np. do budowy obiektów na Euro 2012. Ale nawet po stracie pracy zostają u nas.
- W 2008 roku w Powiatowym Urzędzie Pracy w Gdańsku zarejestrowanych było ośmiu cudzoziemców, rok później 12, a do końca marca tego roku już 20 - potwierdza Łukasz Iwaszkiewicz, rzecznik gdańskiego urzędu pracy.
Trudno się jednak temu dziwić, polski zasiłek jest wyższy niż minimalna pensja na Ukrainie, która wynosi ok. 300 zł. W Wietnamie i Chinach pojęcia "minimalne wynagrodzenie" nie istnieje.
- Nie jest tajemnicą, że do Polski przyjeżdżają też tacy, którzy w kraju nie mieli stałego zajęcia. Nic dziwnego, że starają się nie zawieść pracodawców - mówi Juryj Tokar z ambasady Ukrainy w Warszawie.
Ale obcokrajowcy przyjeżdżają nie tylko do pracy. - Ja przyjechałem z miłości. Zakochałem się w Jagodzie, a ona nie wyobrażała sobie życia poza Polską, więc spakowałem się i w 1995 roku przyjechałem za nią - mówi mieszkający w Gdańsku Niemiec Marcus Thon, pracujący w firmie informatycznej Accox.
- Początki nie były jednak łatwe. Mieliśmy nawet problem z wzięciem kredytu na mieszkanie, mimo że pracowałem legalnie i zarabiałem nieźle. Niemiec, pracujący w Polsce? Bankowcom nie mieściło się to wtedy w głowach i od razu byłem podejrzanym oszustem. W końcu się jeden "zlitował" i udało się nam kupić dwa pokoje. Na szczęście teraz jest dużo lepiej. W urzędach znają przepisy, co wbrew pozorom nie jest łatwe, bo ciągle się zmieniają. A Polacy stali się europejczykami pełną gębą i traktują mnie jak swojego - podkreśla Marcus Thon.
















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.