Fakty i opinie

stat

Padre Grzegorz opowiada o Ameryce Łacińskiej

Czy misjonarz powinien uczyć modlitwy, czy raczej życia? Co ma wspólnego ewangelia z polityką? Jak zrozumieć inną kulturę - opowiada ks. Grzegorz Paderewski, katolicki misjonarz w brazylijskim Manaus, autor bloga PadreGrzegorz, który we wtorek w gdyńskiej kawiarni Caffe Anioł opowie o Brazylii.



Czego się ksiądz spodziewał jadąc pierwszy raz do Brazylii?

Wiedziałem, że Brazylia to nie karnawał, ani cała ta otoczka, z którą kraj kojarzą turyści. Ale największym zaskoczeniem, takim na pierwszy rzut oka, był dla mnie brak zieleni. Spodziewałem się bujnych lasów, pięknych barw, a miejsca, w których początkowo przebywałem: Piauí i Campo Maior - to praktycznie pustynie, gdzie przez rok nie padał deszcz.

Co jeszcze było tam zaskakujące?​

Choćby brak stołu. Praktycznie w miejscach gdzie przebywałem stół w ogólne nie istniał, ani jako mebel, ani jako symbol miejsca, przy którym się spotykamy, jemy, rozmawiamy, świętujemy, czy jako ołtarz wokół którego się gromadzimy. Stół jest w ogóle nieobecny, albo spełnia inną rolę. Dla mnie początkowo strasznym szokiem były posiłki. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację, jedziemy na wioskę odprawić mszę, później ktoś przygotowuje skromny posiłek, zaprasza nas. Na stole, a raczej stołku, stoi garnek, kobiety nakładają jedzenie na talerz i każdy odchodzi ze swoją porcją w jakieś miejsce. Odchodzi, siada gdziekolwiek i je w samotności.

Poddał się ksiądz miejscowemu zwyczajowi, czy przekonywał do naszych?

Byłem zdezorientowany i nie wiedziałem, co robić. Przyzwyczajony byłem do wspólnego jedzenia, do rozmowy, a tu każdy poszedł w swoje miejsce - jeden w krzaki, inny siedzi pod drzewem, inny na progu domu albo na kamieniu, na podłodze. Próbowałem początkowo podejść porozmawiać, np. do gospodarza, ale widziałem, że jest to dziwnie odbierane, jak przeszkadzanie w posiłku.

Najtrudniejsze chwile są gdy dochodzi do zderzenia kultur, zwyczajów, czy trudniejsze jest zmaganie się z codziennością?

W mojej pierwszej parafii była wielka bieda, utrzymywałem ją z tego, co przywiozłem z Polski. Płaciłem rachunki za wodę, za prąd, kupowałem żarówki, była sytuacja, że woda się lała z dachu i też trzeba było jakoś temu zaradzić. Na co dzień zapewniałem podstawowe warunki, żeby parafia mogła funkcjonować...

Ale opłacenie rachunków za prąd w Manaus, nie jest gwarancją, że ten prąd rzeczywiście będzie...

Nie, nie - między tym nie ma żadnej relacji. Ale w Manaus, gdzie teraz jestem, jeszcze gorzej wygląda sytuacja z wodą pitną. Największy paradoks Amazonii polega na tym, że w miejscu otoczonym rzekami, gdzie codziennie pada deszcz, np. w takim dwumilionowym mieście Manaus, brakuje wody do picia. Miasto jest tak zanieczyszczone, nie ma kanalizacji i brudy przedostają się do wody...

W ogóle nie ma kanalizacji?

Pojedyncze domy mogą mieć szamba, ale to i tak nie rozwiązuje problemu. Poza tym woda tzw. miejska, nie dochodzi do wszystkich dzielnic miasta. Moja parafia ma studnię głębinową, która z jednej strony jest dla nas zbawieniem, bo jesteśmy niezależni, z drugiej jest utrapieniem - bo kiedy przez miesiąc w dzielnicy nie ma wody, u nas non stop stoi niekończąca się kolejka. Pomagamy ludziom, ale ponosimy koszty, które tak naprawdę powinno ponosić miasto. Poza tym, to miasto pobiera opłatę za wodę, której nie dostarcza.

Walczy ksiądz z miastem?

Ja, jako ksiądz Grzegorz, nie walczę. Ale mamy całe struktury, które pomagają. W tej chwili najważniejszą sprawą jest pokazać ludziom, jakie są ich prawa. Uświadomić, żeby nie głosowali na polityków, którzy okazali się oszustami. I co gorsza, żeby nie sprzedawali swoich głosów.

A ile można dostać za swój głos?

Różnie, ale za kilka głosów rodzina może dostać kuchenkę gazową.

Jak poważny jest problem handlowania głosami?

Masowy i jak na razie jest to walka z wiatrakami, ale to jest walka całego kościoła i tym różnimy się od sekt, innych kościołów, że chcemy uświadamiać, nie zabiegamy o władze, stanowiska, nie mamy przełożenia na polityków. Co ciekawe, do naszych protestów przeciwko złemu stanowi transportu, nie przyłączyły się nigdy inne kościoły...

Może uważają, że z transportem nie jest tak źle?

Niekoniecznie, transport jest w tragicznym stanie... Tu chodzi o inna sprawę. Mówiąc o sytuacji w Manaus poruszamy trudne tematy religijno-polityczne. Nasi wierni, katolicy, to prawie wyłącznie ludzie biedni. Przedstawiciele innych kościołów są lepiej sytuowani i takimi zmianami, protestami nie są zainteresowani. W walce o szkolnictwo, bezpieczeństwo, wodę - czyli o to, co jest najważniejsze dla najbiedniejszych - jesteśmy sami.

Można w ogóle na misjach oddzielić sprawy religijne od społeczno-politycznych?

Nie da się. To znaczy polityka w rozumieniu walki o władzę - nie powinna, nie może kościoła interesować, ale polityka, jako służba dla dobra wspólnego - niemożliwa jest od oddzielenia od ewangelii. Jeżeli poważnie traktujemy słowa ewangelii, nie da się ich oddzielić od kwestii społecznych, od troski o godne życie.

A propos troski o godne życie: za karnawałem ksiądz nie przepada, wyjaśnijmy skąd ta niechęć, bo nie chodzi tu ani o skąpe stroje, ani o głośną muzykę.

Na początku lipca ludzie wyszli na ulicę, protestowali przeciwko złemu rządzeniu, korupcji, okradaniu państwa. Pamiętajmy, że Brazylia jest bogatym państwem, ma naprawdę ogromne pieniądze. A na służbę zdrowia, edukację, transport - brakuje środków. I coraz częściej dochodzi do manifestacji, w których ludzie pytają, jak to jest, że wydajemy 50 parę milionów reali na karnawał, zamiast wybudować kilka szkół, których brakuje? Podobnie jest z kwestią piłki nożnej, mistrzostwami, budowaniem stadionów. Gwiazdy futbolu też zdradziły swoje prawdziwe oblicze, pękł ich wizerunek, pękło to legendarne, bezwarunkowe uwielbienie...

To znaczy?

Byli bogami dla Brazylijczyków i nagle kiedy tłumy protestowały, okazało się, że piłkarze nie rozumieją kibiców, ich problemów, mówiąc zdania w stylu: dajcie spokój z protestami, piłka jest najważniejsza, skończcie protestować, bo to zaszkodzi wizerunkowi Brazylii, jako potęgi futbolowej.

Żeby zrozumieć sytuację protestujących, trzeba wiedzieć o jakim rozwarstwieniu społecznym mówimy w przypadku Brazylii. Kraj bogaty, centra miast - światowe stolice luksusu, garstce zamożnych żyje się wygodnie, ale są tacy, którzy w dniu pogrzebu nie mogą liczyć nawet na trumnę. To był dla mnie jeden z bardziej wstrząsających wpisów na księdza blogu, opis pochówku najuboższych uświadamia z jaką biedą mamy do czynienia.

Tak, tradycyjna trumna w niektórych rejonach jest luksusem dla tych lepiej sytuowanych. Tam, gdzie bieda jest potworna, np. w Piauí, tam zmarłego zawija się w hamak, w którym spał ostatnie lata i tak się go składa do ziemi. W innych miejscach powszechnym rozwiązaniem są trumny z tektury, takie duże kartony, albo rozwiązanie pośrednie - drewniany stelaż i wypełnienie tekturowe.

Rozmawiała Małgorzata Czech, Ośrodek Badań Latynoamerykańskich
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (74)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.