Jak podaje Dziennik Bałtycki w posiadaniu właściciela restauracji jest 54,38 procent udziałów, czyli pakiet kontrolny. Pozostałe procenty są własnością miasta. Gmina staje na głowie, by teren o powierzchni 7 tys. m kw odzyskać. Tyle, że prawo jest po stronie właściciela. Przed laty stanął on do przetargu organizowanego przez PSS Społem. Wylicytował kwotę i wygrał. Gmina do przetargu nie stanęła. Samorząd ma teraz jedno wyjście... odkupić brakującą część Skweru Kościuszki.
Gdynia, miasto prywatne - mówią mieszkańcy. Prywatne kamienice, place, domy, ogrody... Nie wiedzą jednak, że kawał ich Skweru Kościuszki, najbardziej prestiżowego i znanego w mieście miejsca, też należy do prywaciarza.
- To był 1993 rok. Mieliśmy na głowie przejmowanie i odnawianie hali targowej i mnóstwo innych spraw związanych z ustrojową transformacją. Ta działka na skwerze jakoś nam umknęła. Teraz toczymy boje o jej odzyskanie - przyznaje Bogusław Stasiak, wiceprezydent Gdyni. - Aby wyjaśnić w czym problem musimy cofnąć się do lat 70., gdy ludzie Gierka, pierwszego sekretarza KC PZPR wymyślili, iż wybudują u nas Dworzec Morski na potrzeby pierwszej na Bałtyku Operacji Żagiel. Postawili molocha, który chwilę później trafił w ręce PSS Społem i częściowo Baltony. Pierwsi otworzyli Różę Wiatrów - restaurację z dancingiem, drudzy sklep. I gospodarowali jak umieli. Swojego czasu nawet meblami tam handlowali. Socjalizm się skończył, obie firmy popadły w długi. Wtedy postanowili Dworzec Morski, czyli popularną Różę Wiatrów, sprzedać. I tak trafiła w ręce pana Różańskiego. - Wraz z działką, bo taka była prawna konstrukcja umowy - dorzuca Krzysztof Czupreta, radca prawny urzędu.
-Miasto zaczęło przejmować resztkę terenu od innych podmiotów, ale było za późno. Nazbierali 46 procent udziałów. To o 7 proc. za mało, by przejąć, w działce o powierzchni 7 tysięcy metrów kwadratowych, pakiet kontrolny. W biznesie mówi się, że kto ma więcej ten rządzi. - Działka wokół budynku Róży Wiatrów była przypisana Społem od zawsze. Jak sprzedawali, to całość - tłumaczy Jan Różański, właściciel Róży Wiatrów. - Po drugie to nie moja wina, że miejscy urzędnicy zaspali. Ich trzeba zapytać, czemu nie stanęli do przetargu. Oprócz mnie było jeszcze dwóch oferentów. Proponowałem najwięcej. Dla jasności, przed kupnem byłem ajentem restauracji przez dwa lata.
- Czy rządzę na skwerze? A gdzie tam! Pozwalam tylko ludziom żyć... Mam na myśli tych, co handlują pamiątkami. Miasto robi, co może, by grunt odzyskać. - kontynuuje Różański
- Pozostaje nam tylko kupno - wzdycha Bogusław Stasiak. - Gdyby tak się stało, skwer stałby się prestiżowym miejscem i z pewnością zniknąłby stamtąd ten jarmark. Nie chcę, by pamiątką z Gdyni była muszla z ciepłych krajów, wisiorek z żywicy, jasiek z serduszkiem czy bluzeczka w kropeczki. - dodaje
Sklepikarze ze skweru załamują ręce.
- Oni się kłócą, a my za to wszystko płacimy - lamentują. - Mnie jest obojętne kto tym rządzi gmina, czy prywatna osoba. Byleby wszystko było jasne, za co i komu płacę. A płacę co dzień miejskiemu inkasentowi 10 złotych opłaty targowej. A pod koniec miesiąca właścicielowi Róży Wiatrów i na koniec sezonu jeszcze miastu za bezumowne korzystanie z terenu.














Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie nie związane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.