- 1 Firma z Gdańska największym polskim biznesem w Ukrainie (71 opinii)
- 2 Prom Bursztyn Unity nabiera kształtów (65 opinii)
- 3 Nowe magazyny energii i farmy PV Energi (28 opinii)
- 4 NERDS, czyli polsko-szwedzka umowa okrętowa (16 opinii)
- 5 Ogromne suwnice na pokładzie kolosa płyną z Chin do Gdyni (102 opinie)
- 6 CCGT Gdańsk: elektrownia gazowa nabiera tempa (144 opinie)
Odeszła z korporacji po 15 latach. Dziś doradza markom modowym na dwóch kontynentach
9 kwietnia 2026, godz. 13:00
Jeszcze kilkanaście lat temu pracowała w strukturach jednej z największych firm odzieżowych w Europie. Dziś doradza markom, producentom i fabrykom na kilku kontynentach, łącząc świat projektowania, produkcji i biznesu. O kulisach branży mody, mitach związanych z produkcją w Azji i o tym, dlaczego dobry design to za mało, rozmawiamy z Agnieszką Trzosek, ekspertką od analizy biznesowej w sektorze mody.
Agnieszka Trzosek: Praca w dużej organizacji była dla mnie bardzo ważnym etapem - nauczyła mnie dyscypliny, myślenia strategicznego i odpowiedzialności za produkt, który trafia do setek tysięcy ludzi. Ale w pewnym momencie poczułam, że chcę tworzyć nie tylko kolekcje czy strategie dla jednej firmy, ale mieć realny wpływ na rozwój różnych marek i ludzi.
Kariera to nie jest drabina, po której się wchodzi coraz wyżej. To raczej droga, na której w pewnym momencie trzeba zdecydować, czy chcemy iść czyjąś ścieżką, czy zacząć wyznaczać własną. Zawsze marzyłam o niezależności i wiedziałam, że prędzej czy później będę chciała pracować na własnych zasadach - rozwijać projekty, szkolić, doradzać, budować produkty i zespoły.
Chciałam mieć poczucie, że to, co buduję, jest naprawdę moje - że nie rozwijam tylko firmy, ale też ludzi, projekty i własną drogę zawodową.
Pierwszy rok na swoim najbardziej zaskoczył mnie tym, jak bardzo wszystko zależy od ciebie - twoich decyzji, odwagi, ale przede wszystkim od relacji z ludźmi. W korporacji pracujesz pod nazwą firmy, na swoim pracujesz pod własnym nazwiskiem. To ogromna odpowiedzialność, ale też ogromna wolność.
I myślę, że właśnie ta wolność i możliwość budowania własnej drogi zawodowej jest dziś dla mnie największą definicją sukcesu.
Agnieszka Hajdas zaprojektowała luksusowe safari w Arabii Saudyjskiej
Czym się tak właściwie teraz zajmujesz?
To zabawne, bo jeszcze półtora roku temu zapytana o to samo nie umiałam dobrze odpowiedzieć. Nie potrafiłam tego ubrać w odpowiednie słowa, ale chyba też sama nie wiedziałam jeszcze do końca, co jest dla mnie najważniejsze i jak nazwać to, co robię. Wiele osób zakłada, że dyrektor ds. designu to osoba, która projektuje ubrania, ale moja droga zawodowa wyglądała inaczej.
Przez ponad 15 lat pracowałam najpierw jako kupiec, później jako product manager, czyli zajmowałam się nie tylko samym produktem, ale przede wszystkim jego strategią - analizą sprzedaży, trendów, potrzeb klienta i budowaniem kolekcji w taki sposób, żeby była nie tylko ładna, ale przede wszystkim sprzedawalna i dopasowana do rynku. Dzięki temu dziś patrzę na design dużo szerzej. Dopiero połączenie produktu, ceny, rynku i produkcji tworzy biznes modowy.
W praktyce zajmuję się dopasowaniem oferty produktowej do rynku sprzedaży - analizuję trendy, dane sprzedażowe, kierunki rozwoju marek i na tej podstawie rekomenduję produkty oraz kierunki kolekcji.
Pracuję trochę po obu stronach rynku. Z jednej strony wspieram producentów w Chinach, Bangladeszu czy Turcji, którzy tworzą kolekcje i produkty, zanim jeszcze kupcy zdecydują się na ich zakup - pomagam im dopasować ofertę do europejskich marek i trendów.
Ważnym przedłużeniem mojej pracy jest też komunikacja w social mediach. Na Instagramie calin.atstudio, w cyklach "Behind the Seams" i "Trend Intelligence", pokazuję kulisy branży mody - tłumaczę mechanizmy stojące za trendami, produktem i produkcją oraz to, jak naprawdę wyglądają decyzje, które później widzimy na sklepowych półkach.
Równolegle bardzo świadomie tworzę też przestrzeń, która motywuje kobiety do rozwoju, odwagi i sięgania po więcej, bo wierzę, że kariera zaczyna się od tego, jak myślimy o sobie.
Jesteś jedną z tych osób, które realnie odczarowują mit "Chiny = tania podróbka i wyzysk". Jak wygląda twoja codzienna praca z chińskimi producentami?
Rzeczywiście, w Europie wciąż funkcjonuje bardzo przestarzały obraz produkcji w Chinach, a prawda jest taka, że wiele fabryk, które odwiedzam i z którymi pracuję, technologicznie i organizacyjnie wyprzedza większość europejskich producentów. To są bardzo nowoczesne firmy, świetnie zorganizowane, dbające o pracowników, często produkujące dla największych światowych marek.
Moja codzienna praca polega przede wszystkim na łączeniu dwóch światów - producentów i marek. Wspieram chińskich czy tureckich producentów w tworzeniu materiałów, kolekcji i produktów dopasowanych do rynku europejskiego, analizuję trendy, kierunki sprzedaży i pomagam im przygotować ofertę, która będzie atrakcyjna dla europejskich kupców i marek.
Z drugiej strony pracuję z europejskimi i polskimi markami, pomagając im rozwijać produkt, skalować biznes i w wielu przypadkach przenosić produkcję do Azji w sposób bezpieczny i jakościowy. Dzięki temu widzę cały proces z obu stron - od projektu i materiałów, przez produkcję, aż po sprzedaż i strategię marki.
Czy "Made in China" może dziś oznaczać jakość premium i od czego to naprawdę zależy?
Zdecydowanie tak - dziś "Made in China" bardzo często oznacza jakość premium, tylko większość klientów po prostu o tym nie wie. Wiele luksusowych marek produkuje w Chinach, tylko produkt końcowy jest wykańczany we Włoszech czy Francji i finalnie otrzymuje metkę "Made in Italy" czy "Made in France".
Jakość produktu nigdy nie zależy od kraju produkcji, tylko od trzech rzeczy: jakości materiałów, technologii produkcji i kontroli jakości. Można wyprodukować bardzo słaby produkt w Europie i produkt premium w Azji - wszystko zależy od standardów, budżetu i oczekiwań partnera produkcyjnego.
Ponad 20 lat temu porzucił Paryż dla Sopotu. Dziś prowadzi znaną restaurację w Trójmieście
Chiny mają dziś ogromną przewagę w technologii, dostępności materiałów i skali produkcji. Tam bardzo często w jednym regionie znajduje się wszystko - przędzalnie, tkalnie, farbiarnie, dodatki, fabryki i logistyka. Dzięki temu można szybciej rozwijać produkt i utrzymywać bardzo wysoką jakość.
Zawsze powtarzam klientom, że metka "Made in" nie mówi nam, czy produkt jest dobry. O jakości produktu mówi dopiero to, z jakich materiałów jest wykonany, w jakiej fabryce powstał i jakie standardy jakości narzuciła marka. Nie kraj produkuje jakość, tylko standardy marki.
Współpracujesz też z tureckim producentem tkanin i odzieży. W czym Turcja wygrywa z Chinami, a w czym Chiny wciąż są absolutnie bezkonkurencyjne dla polskich brandów, które chcą szybko skalować produkcję?
Turcja i Chiny to dziś dwa zupełnie różne, ale bardzo ważne kierunki produkcyjne dla europejskich marek i każdy z nich ma swoje ogromne przewagi. Turcja wygrywa przede wszystkim bliskością Europy, krótkim czasem transportu i dużą elastycznością przy mniejszych zamówieniach. To bardzo dobry kierunek dla marek, które potrzebują szybko doszyć towar, pracują na mniejszych ilościach albo chcą mieć produkcję bliżej rynku sprzedaży. Turcja jest też bardzo mocna w dzianinach, denimie i produkcji bardziej "fashion", gdzie liczy się szybka reakcja na trend.
Chiny natomiast wciąż są bezkonkurencyjne, jeśli chodzi o skalę produkcji, dostępność materiałów, dodatków i technologii. Tam w jednym regionie można zaprojektować produkt, dobrać tkaniny, dodatki, zrobić prototyp i rozpocząć dużą produkcję w bardzo krótkim czasie. Dla marek, które chcą się skalować i szybko rosnąć.
Nie ma jednego najlepszego kraju do produkcji. Jest tylko dobrze dopasowana strategia produkcyjna do etapu rozwoju marki, produktu i rynku sprzedaży. Największym błędem marek jest wybieranie kraju produkcji zamiast budowania strategii produkcji.
Jako "człowiek orkiestra" pomagasz polskim markom rozwijać się, skalować produkcję i usprawniać systemy. Czy jest jakaś współpraca, która była dla ciebie największym "wow" i dlaczego?
Największe "wow" w mojej pracy nie jest związane z jedną konkretną marką, tylko z momentem, kiedy widzę, że firma zaczyna działać zupełnie inaczej niż wcześniej. Bardzo często trafiam do marek, które mają świetny produkt i sprzedaż, ale rosną bardzo chaotycznie - bez planu kolekcji, bez strategii produkcji, bez analizy sprzedaży. I w pewnym momencie zaczynają mieć problemy z zatowarowaniem, cash flow, terminami produkcji.
Największą satysfakcję mam wtedy, kiedy udaje się poukładać cały proces - od planowania kolekcji, przez zamówienia materiałów, produkcję, aż po sprzedaż i analizę wyników. Nagle okazuje się, że firma nie musi pracować więcej, tylko mądrzej, a produkcja, sprzedaż i projekt zaczynają ze sobą współpracować, a nie walczyć.
Dla mnie największym "wow" nie jest więc jedna kolekcja czy jeden projekt, tylko moment, kiedy marka zaczyna działać jak dobrze poukładany biznes, a nie jak firma, która cały czas gasi pożary.
Jaki jest największy mit o branży modowej, który najbardziej cię irytuje? Oraz dlaczego tak wiele marek odzieżowych upada mimo dobrego produktu i designu?
Największym mitem branży fashion jest przekonanie, że jeśli marka ma ładny produkt i dobry design, to na pewno odniesie sukces. Niestety branża mody jest przede wszystkim biznesem - z bardzo trudną logistyką, produkcją, planowaniem kolekcji, zarządzaniem zapasem i cash flow. Do tego dochodzą jeszcze bardzo ważne dla mnie aspekty ekologiczne i etyczne. Design jest ważny, ale sam design nie buduje firmy i długofalowego sukcesu.
Widziałam wiele marek z bardzo dobrym produktem, które upadały nie dlatego, że produkt był zły, tylko dlatego, że firma była źle zarządzana - kolekcje były planowane za późno lub wcale, produkcja była za droga, zamówienia były za duże albo za małe, nie analizowano sprzedaży i firma rosła chaotycznie.
Moda jest jedną z trudniejszych branż biznesowych, bo łączy kreatywność z bardzo twardymi liczbami. Trzeba jednocześnie myśleć o trendach, produkcie, cenie, marży, logistyce, sprzedaży i finansach. I bardzo często marki skupiają się tylko na projektowaniu i marketingu, a zapominają, że największe pieniądze w tej branży zarabia się na dobrze zaplanowanym produkcie i dobrze policzonej kolekcji, a nie na najładniejszej sukience. Dlatego wiele marek nie upada przez brak klientów, tylko przez brak planowania, struktury i kontroli nad produkcją oraz kosztami.
Mówisz "pracuję gdziekolwiek jestem i to jest moja wolność". Jak wygląda twój typowy tydzień nomadki-konsultantki?
Mój typowy tydzień wygląda trochę tak, jakby wszystkie strefy czasowe i branża mody spotykały się w jednym kalendarzu. Często dzień zaczynam bardzo wcześnie, bo o 7 rano mam już spotkanie z fabryką w Chinach, gdzie ustalamy plan kolekcji, kolory, materiały i wszystkie detale dotyczące wzorów do oferty nawet z dwuletnim wyprzedzeniem, na przykład do kolekcji SS27. Przy pracy z Azją im wcześniej zaczniemy, tym lepiej wykorzystujemy różnicę czasu.
Później przenoszę się projektowo do Turcji i pracuję z zespołem technologów oraz projektantów nad konkretną odpowiedzią na moodboardy przesłane przez klientów z Hiszpanii, Wielkiej Brytanii czy Polski - przygotowujemy tkaniny, kolory i modele do kolekcji na kolejny sezon.
W międzyczasie pracuję też z polskimi producentami - czasem jadę do zaprzyjaźnionego przedstawiciela producentów tkanin do Sopotu, żeby fizycznie wybrać materiały i wzory do kolekcji dla klienta, bo w tej branży nadal bardzo ważne jest dotknięcie materiału, zobaczenie koloru na żywo, a nie tylko praca na plikach i zdjęciach.
Zostawiła Gdańsk i zaczęła od nowa - Australia okazała się jej nowym domem
Po południu często mam wideorozmowy i konsultacje z polskimi markami oraz spotkania związane z warsztatami i szkoleniami dla właścicieli marek odzieżowych, a wieczorami sama wracam do roli studentki, bo studiuję online w Stanach (tu różnica czasowa działa bardzo na moją korzyść).
Bardzo wierzę w to, że w tej branży nie można się zatrzymać i cały czas trzeba się rozwijać. Ten tryb pracy bywa intensywny, ale daje mi ogromne poczucie wolności, bo mogę pracować z ludźmi i firmami z różnych krajów, cały czas się uczyć i jednocześnie nie być przywiązana do jednego biura czy jednego miasta.
Twoja historia to też opowieść o odwadze do zmian. Co jest największym wyzwaniem przy przejściu z bezpiecznej korporacji na życie "człowieka orkiestry"?
Największym wyzwaniem przy przejściu z korporacji na własną działalność wcale nie są nowe projekty, klienci czy brak struktury, tylko zmiana sposobu myślenia. W korporacji zawsze jest jakaś struktura, budżet, zespół, stanowisko i nazwa firmy za plecami. Na swoim zostajesz tylko ty, twoje decyzje i twoja odpowiedzialność. Trzeba nauczyć się odwagi w podejmowaniu decyzji, życia z większą niepewnością i tego, że raz pracujesz bardzo dużo, a raz mniej, ale za wszystko odpowiadasz sama.
Z drugiej strony pojawia się coś, czego często nie ma w korporacji - ogromne poczucie sprawczości i wolności. Widzisz, że wszystko, co budujesz, jest naprawdę twoje.
Mówiłaś kiedyś, że w korpo długie weekendy były twoją największą wolnością, a teraz największy luksus to decydowanie o swoim czasie. Jak w praktyce wygląda u ciebie "wyłączenie" - masz jakieś twarde granice typu "po godz. 20 zero maili", czy to bardziej intuicyjne?
U mnie to zdecydowanie działa bardziej intuicyjnie niż według sztywnych zasad. Pracuję z różnymi krajami i strefami czasowymi, więc trudno powiedzieć, że po 16 czy 20 zawsze nie pracuję, bo czasem właśnie wtedy zaczyna się dzień w innym miejscu na świecie. Ale bardzo pilnuję równowagi, odpoczynku i czasu dla najbliższych, bo wiem, że bez tego nie da się pracować kreatywnie i podejmować dobrych decyzji.
Kiedyś luksusem był dla mnie długi weekend i urlop wpisany w kalendarz (nigdy nie dłuższy niż tydzień). Dziś luksusem jest to, że mogę decydować o swoim czasie - mogę pracować bardzo intensywnie przez kilka dni, a potem zrobić sobie dzień w środku tygodnia tylko dla siebie, pojechać nad morze, które kocham, wpaść do mamy na kawę, ugotować coś dobrego dla najbliższych albo po prostu odpocząć.
Myślę, że z czasem człowiek zaczyna rozumieć, że sukces to nie jest tylko stanowisko, pieniądze czy projekty, ale też spokój, zdrowie, relacje i poczucie, że mamy wpływ na swoje życie i czas.
Dla kogoś, kto marzy o podobnym stylu życia (wolność + podróże + własny biznes), ale boi się, że to go pochłonie - jaka jest twoja najważniejsza rada na to, żeby nie stracić życia prywatnego po drodze?
Bardzo świadomie od początku budowałam nie tylko pracę, ale też styl życia oparty na najważniejszych dla mnie wartościach. Dość szybko zrozumiałam, że codzienność trzeba projektować równie świadomie jak biznes. Planowanie kolekcji, strategii firmy czy rozwoju produktu przychodzi nam naturalnie, a bardzo rzadko z taką samą uwagą planujemy czas na odpoczynek, relacje i rozwój osobisty. Jeśli się tego nie zrobi świadomie, praca bardzo szybko wypełnia całą przestrzeń.
Wolność zawodowa nie polega na tym, że pracujemy mniej, tylko na tym, że możemy decydować, z kim pracujemy, nad jakimi projektami i kiedy odpoczywamy. Ale żeby to było możliwe, trzeba nauczyć się mówić "nie", stawiać granice i pamiętać, że biznes ma być częścią życia, a nie całym życiem.
Dla mnie bardzo ważne są relacje z bliskimi, moja rodzina, mąż i dzieci, odpoczynek, joga/pilates, wyjazdy służbowe, które mogę łączyć z prywatnymi. Bo paradoksalnie najlepsze pomysły biznesowe i najlepsze decyzje nie przychodzą wtedy, kiedy siedzimy 12 godzin przy komputerze, tylko wtedy, kiedy głowa jest zrelaksowana.
Największą zmianą było zrozumienie, że nie muszę robić wszystkiego - mogę robić rzeczy, które naprawdę chcę robić, i z ludźmi, z którymi chcę pracować. I to dopiero daje poczucie wolności.
Na koniec pytanie o Trójmiasto: jak ci się tu żyje? Czy masz tu swoje ulubione, inspirujące miejsca? Co lubisz robić w wolnym czasie?
Urodziłam się w Gdańsku, wychowywałam w dużej mierze w Sopocie i mimo że pracuję międzynarodowo, nigdy nie miałam potrzeby wyprowadzać się na stałe za granicę. Bardzo świadomie wybrałam życie tutaj. Mam blisko rodzinę, morze (które dało mi wiele odpowiedzi na trudne pytania), przestrzeń i spokój, równowagę do bardzo dynamicznej pracy międzynarodowej.
Dużo i daleko podróżuję, pracuję z różnymi krajami i kulturami, ale zawsze z ogromną przyjemnością wracam do Trójmiasta. To jest dla mnie miejsce, w którym mogę zwolnić, pomyśleć, poobserwować ludzi, architekturę, przyrodę, kolory, zmieniający się styl życia. A w mojej pracy obserwacja jest kluczowa, bo trendy nie rodzą się na wybiegach, tylko na ulicy, w kawiarniach, na lotniskach - w tym, jak ludzie żyją i jak się zmienia ich codzienność.
Moje życie jest bardzo lokalne, ale zawodowo funkcjonuję globalnie. Nie musiałam wyjechać z Trójmiasta, żeby pracować międzynarodowo. To raczej moja praca wyjechała w świat, a ja mogłam zostać tutaj.
* decyzją Redakcji nie ma możliwości dodawania opinii do tego artykułu
