- 1 To nie prawdziwa góra, to wysypisko śmieci (46 opinii)
- 2 Historyczne reklamy stoczni niszczeją w Gdyni (58 opinii)
- 3 Nowy zabytek obok Manhattanu (72 opinie)
- 4 Jakie tajemnice skrywa Kępa Dominikańska? (13 opinii)
- 5 Rzadkie i nieznane fotografie Gdyni (51 opinii)
- 6 Kiedyś to było... zima na Wybrzeżu (126 opinii)
Film "33 zdjęcia z getta" - niezwykła historia fotografii odnalezionych w Gdańsku
-
Lubię to 5
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 5
33 zdjęcia z getta - zwiastun filmu
Młody polski strażak dokumentuje z ukrycia powstanie w getcie warszawskim. Kilkadziesiąt lat później odnalezienie negatywów zdjęć w domu we Wrzeszczu staje się wydarzeniem na światową skalę, bo to jedyne fotografie z tamtego okresu, które nie zostały zrobione przez Niemców. Niezwykłą historię Zbigniewa Leszka Grzywaczewskiego opowiada film "33 zdjęcia z getta", który we wtorek, 27 stycznia, będzie miał swoją premierę na platformie HBO Max. O kulisach produkcji i okolicznościach zrobienia tytułowych 33 zdjęć rozmawiamy z Maciejem Grzywaczewskim - Gdańszczaninem, działaczem demokratycznej opozycji w PRL i synem strażaka-fotografa, który z narażeniem własnego życia uwiecznił niemiecki pogrom na Żydach. To kolejna koprodukcja Gdańskiego Funduszu Filmowego.
KINO Repertuar kin w Trójmieście
"33 zdjęcia z getta" to film dokumentalny w reżyserii Jana Czarlewskiego, który przedstawia historię wykonania unikalnych fotografii obrazujących przerażające wydarzenia mające miejsce u schyłku powstania w getcie warszawskim w 1943 r. Zdjęcia, zrobione potajemnie przez strażaka Zbigniewa Leszka Grzywaczewskiego, niemal 80 lat później w domowym archiwum odnalazł jego syn Maciej - Gdańszczanin, uczestnik sierpniowego strajku w Stoczni Gdańskiej, działacz opozycji, a później producent filmowy.
W filmie, który od 27 stycznia będą mogli oglądać abonenci platformy HBO Max nie tylko w Polsce, ale i w 19 krajach na całym świecie, śledzimy losy dwóch rodzin - polskiej i żydowskiej - których początek znajomości sięga czasów niemieckiej okupacji. Jan Czarlewski odtwarza wojenne wydarzenia z perspektywy strażaka-fotografa oraz przybliża kulisy odnalezienia wyjątkowych fotografii dokumentujących likwidację żydowskiego getta w Warszawie. "33 zdjęcia z getta" to jednocześnie opowieść o odkrywaniu na nowo swojego ojca przez Macieja Grzywaczewskiego.
Tomasz Zacharczuk: W zwiastunie filmu pada ciekawe określenie odnoszące się do pańskiego ojca - "szpieg, który przemycał obrazy". Czy rzeczywiście czuje się pan synem szpiega i czy tata - wówczas 23-letni chłopak - miał świadomość, że to, co robi, zapisze się w historii świata?
Maciej Grzywaczewski: Sądzę, że robiąc te zdjęcia, ojciec podświadomie czuł, że dokonuje czegoś ważnego. O tym, co działo się podczas powstania w getcie warszawskim, nie lubił rozmawiać. Nigdy też nie wyjawił nam, że zrobił takie fotografie. W dziennikach, które prowadził przez dziesięć lat - od 1938 do 1948 r. - bardzo często pisał o wykonywaniu zdjęć, ale nie tych konkretnych. W jego zapiskach można było znaleźć wzmianki o samym powstaniu w getcie. Bez wątpienia odcisnęło na nim piętno i poniekąd zmieniło go jako człowieka. Nawet w swoich dziennikach nigdy nie wyjaśnił jednak, dlaczego przemycił do getta aparat i z ukrycia robił zdjęcia, które - jak się potem okazało - były jedynymi wykonanymi w tamtym czasie przez cywila.
Czy czuję się synem szpiega? Bardziej podoba mi się określenie "świadek historii", który przekazał pewne obrazy do pamięci świata. Na ile świadomie, na ile nie - tego już raczej się nie dowiemy. Myślę, że można to porównać do tego, gdy wspólnie z Aramem Rybickim spisywaliśmy na tablicach "solidarnościowe" postulaty. W tamtym momencie uznawaliśmy to za zwykłą powinność i żaden z nas nie przypuszczał, że może w ten sposób zapisać się w historii ruchu związkowego. Podobnie kilkadziesiąt lat temu mogło być z moim ojcem. On wiedział, że po prostu trzeba to zrobić - trzeba te wszystkie potworne okrucieństwa uwiecznić na taśmie, aby pamięć o mordowanych nie wyparowała.
W jaki sposób Leszek Grzywaczewski znalazł się w getcie warszawskim i zaczął dokumentować niemiecki pogrom na Żydach?
Ojciec od 1941 r. był w strukturach Warszawskiej Straży Ogniowej. Dowodził wówczas plutonem, którego zadaniem było powstrzymanie pożarów, aby te nie przedostawały się na aryjską stronę. W getcie skoszarowany był przez kilka tygodni. Pracy było mnóstwo, bo cały teren był właściwie wielkim morzem ognia. To Niemcy decydowali, który budynek należy gasić, a który pozostawić już płomieniom.
Jak udało się ojcu przemycić do getta aparat?
Ojciec zawsze pasjonował się fotografią. Namierzenie tego konkretnego aparatu, którym wykonał zdjęcia w getcie, nie było wcale prostym zadaniem. Początkowo wydawało mi się, że korzystał z zupełnie innego rodzaju sprzętu. Cenną wskazówką okazał się fragment jego dzienników, w którym pisał o tym, jak przez dwie godziny siedział w łazience i próbował zainstalować film do "korelki". Tym aparatem był Kochmann Korelle - jedyny wówczas na rynku, który robił zdjęcia półklatkowe. Skąd tata go miał? Prawdopodobnie od mamy, która odziedziczyła go po swoim ojcu, Adamie Paprockim. Dziadek był architektem i najpewniej używał takiego aparatu do różnorakiej dokumentacji. Tuż po wybuchu wojny Niemcy wywieźli dziadka do Dachau i tam go zamordowali. Aparat został u mojej mamy. Był sprawny, malutki, kompaktowy - łatwo można było go ukryć.
Aparat, choć mały, to jednak śmiertelnie niebezpieczny dla jego posiadacza. Gdyby Niemcy zorientowali się, że Leszek Grzywaczewski robi zdjęcia, mogłoby się to dla niego skończyć tragicznie.
Najpewniej śmiercią. Co ciekawe, na jednej z fotografii widać niemieckiego żołnierza wpatrującego się wprost w obiektyw. Był to raczej niskiej rangi oficer Wehrmachtu, któremu być może ojciec wmówił, że zdjęcia robione są w celu dokumentacji strażackiej. Na innym zdjęciu widać z kolei tatę w pełnym strażackim umundurowaniu. Ktoś inny więc musiał wykonać tę fotografię. Bez wątpienia jednak większość sytuacji, w których ojciec wyjmował aparat i robił potajemnie zdjęcia, mogła się dla niego skończyć po prostu egzekucją.
Jaka opowieść kryje się w tytułowych 33 zdjęciach?
Z jednej strony zarejestrowano na nich przerażającą dehumanizację i prawdziwe okropieństwo wojny. Z drugiej - zupełną bezsilność świadków tych zajść w getcie. Na zdjęciu, które chyba najbardziej mnie poruszyło, widać żydowską rodzinę tuż przed samobójczym skokiem z piątego piętra kamienicy. Z tyłu fotografii znajdował się dopisek taty: "nie mogliśmy im pomóc, choć technicznie było to możliwe". Widać na tych zdjęciach ogromne emocje ich autora i towarzyszące mu napięcie. Nie są to oczywiście perfekcyjne kadry. Czasami jedno zdjęcie nachodzi na drugie, na innym widać porwaną perforację, na kolejnym coś zasłania główną ekspozycję, na jeszcze innym w kadr "wchodzi" filar albo jakaś inna przeszkoda. Sprzęt, którym dysponował ojciec, nie był idealny, a przecież znacząca część zdjęć powstawała z ukrycia i pod presją czasu, co też miało wpływ na jakość fotografii.
Po wojnie pana ojciec przeniósł się z Warszawy do Gdańska, a wraz z nim znalazło się tu całe potężne archiwum zdjęć.
Budynek przy ul. Mokotowskiej w Warszawie, w którym mój ojciec mieszkał z mamą, nie uległ poważnym zniszczeniom podczas wojny. Dzięki temu wiele zdjęć i filmów mogło się zachować. Ojciec wrócił po nie po powstaniu warszawskim, w którym brał aktywny udział i był ranny w czasie walk. Wszystkie rzeczy - a uzbierało się tego kilka kartonów - zabrał ze sobą do Gdańska. Ponad pół wieku negatywy i fotografie przeleżały w naszym mieszkaniu przy ul. Partyzantów. Po śmierci taty w 1992 r. część kartonów zabrała siostra, drugą częścią zaopiekowałem się ja.
Tu powoli przechodzimy do przełomowego znalezienia wspomnianych klisz z getta. Zanim do tego doszło, należy jeszcze wspomnieć o rodzinie Laksów, która odegrała tu jedną z kluczowych ról.
Tak, to była rodzina, którą moi rodzice ukrywali w swoim mieszkaniu w trakcie wojny. Hilary ze swoją żoną Janiną oraz z malutką córką Romą. Nie wiemy dokładnie, kiedy po wojnie i w jakich okolicznościach tata przekazał odbitki zdjęć Hilaremu Laksowi. Ten następnie podarował je córce, a ta po latach udostępniła je Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. O tym, że w Stanach Zjednoczonych mogą być pokazywane fotografie autorstwa ojca, opowiedziała mi moja córka. To było kilkanaście lat temu. Zabrałem się wówczas za przeglądanie domowego archiwum, ale nie udało mi się odnaleźć kluczowych negatywów.
A potem był - jak się okazało - przełomowy telefon z Muzeum POLIN w Warszawie...
Trzy lata temu muzeum przygotowywało specjalną wystawę upamiętniającą 80. rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim. Zuzanna Schnepf, kuratorka ekspozycji, zadzwoniła do mnie z prośbą, abym jeszcze raz przejrzał rzeczy po ojcu. Tłumaczyłem, że to nic nie da, bo do tej pory nie udało mi się odkryć filmu, który znajdował się w tym "szpiegowskim" aparacie taty. Pani Zuzanna nie dawała jednak za wygraną. Postanowiłem tym razem przejrzeć dokładnie kartony, które trafiły do mojej siostry. Siedziałem nad tym dwa tygodnie. To było pięć ogromnych pudeł, a przełomowe negatywy ukryte były na dnie ostatniego z nich.
Niewiele brakowało, a nie zwróciłbym na nie uwagi. Na kliszy początkowo były fotografie mojej mamy. Miałem już odłożyć negatyw, gdy nagle zobaczyłem, że w dalszej kolejności są już zdjęcia wykonane w getcie - łącznie trzydzieści trzy zdjęcia. Muzeum szybko nagłośniło to odkrycie. Informowały o nim media z całego świata. Były to pierwsze zdjęcia wykonane w getcie nie przez Niemca, a przez polskiego cywila. Ja sam miałem poczucie niesamowitej wagi tego odkrycia. Znaleźć film, który ma 80 lat i jest w świetnym stanie? Ewenement. Może cud?
Przy okazji znalazłem też wiele innych niesamowitych fotografii. Jak choćby te, na których widać było Krzysztofa Kamila Baczyńskiego czy Jana Bytnara i Tadeusza Zawadzkiego, czyli późniejszych bohaterów "Kamieni na szaniec". To byli koledzy taty z liceum, z którymi ojciec wybrał się na pielgrzymkę do Częstochowy tuż przed maturą w 1939 r.
Kiedy narodził się pomysł nakręcenia filmu o tym znalezisku i o kulisach powstania samych zdjęć?
Już wtedy, gdy udało mi się odnaleźć negatywy, miałem poczucie, że jest to historia godna upamiętnienia w formie audiowizualnej. Historia, która posiadała przecież wiele znaków zapytania. Skąd tata znał rodzinę Laksów? W jaki sposób doszło do tego, że ukrywał tę rodzinę w domu? Kiedy przekazał odbitki Hilaremu Laksowi? Jak trafiły one do muzeum w Waszyngtonie? To aż prosiło się o udokumentowanie. Zależało mi, aby ten film zrobił młody reżyser. Janek Czarlewski był idealnym kandydatem. To Polak, który urodził się we Francji i za granicą szlifował swoje umiejętności. Uznałem, że to doskonała osoba, która będzie miała odpowiedni dystans do pokazywanych wydarzeń, a jednocześnie spojrzy na nie innym okiem.
Janek wykonał nieprawdopodobną pracę. Jego research był niewiarygodny. Dotarł do listów Hilarego Laksa, które po polsku pisał do Romy. Udało mu się przekonać do udziału w filmie samą Romę - dziś ponad 90-letnią kobietę, która nigdy nie chciała wracać do tych wspomnień. Nigdy również nie zdecydowała się na powrót do Polski. Wciąż jednak doskonale pamięta mojego ojca i nawet w filmie wypowiada takie zdanie: Leszek saved my life.
Do prac nad filmem wykorzystano również fragmenty dzienników mojego taty. Zresztą przekazałem je - m.in. wraz z hełmem strażackim ojca - do Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Mam nadzieję, że po odpowiedniej redakcji uda się te dzienniki wydać, bo to niesamowity kawał historii, a jednocześnie bardzo intymne i prywatne zapiski z dekady obejmującej całą wojnę. O niektórych sprawach tata nie pisał wprost - jakby czuł, że trzeba odpowiednio "szyfrować" niektóre wpisy. Gdyby wpadły one - nawet przypadkiem - w niepowołane ręce, ojciec miałby duże kłopoty.
Dla nas - widzów "33 zdjęcia z getta" to film z jednej strony o okropieństwie wojny, a z drugiej opowieść o heroicznej odwadze strażaka, który pomimo ogromnego ryzyka chwycił za aparat i uwiecznił przerażające obrazki. Czym ten film jest dla pana? Okazją do poznania ojca na nowo?
Zdecydowanie tak. Powstawaniu tej produkcji towarzyszyły w moim przypadku ogromne emocje. Od śmierci taty minęło 30 lat. Wiedziałem już wcześniej, ile mu zawdzięczam. Wiedziałem, że to po nim odziedziczyłem wrażliwość na historię i taką odpowiedzialność za ojczyznę. Teraz zaskoczyło mnie to, jak odważnym, ale zarazem jak skromnym był człowiekiem przez całe życie. Nigdy nie zabiegał o uznanie i chwałę za to, co zrobił. Dla mnie był po prostu zwykłym tatą - inżynierem okrętownictwa i pasjonatem żeglarstwa. Tatą, który zabierał mnie nad jezioro i z którym pływałem łódką. Tutaj widzę 23-latka, który dokonał rzeczy, na które niewielu by się odważyło i o których niewielu pewnie by pomyślało. Zrobił coś, co przeszło do pamięci świata. A o takim bestialstwie, jakie miało miejsce w getcie warszawskim, trzeba wciąż pamiętać i trzeba to przypominać kolejnym pokoleniom. To, że film pokazywany będzie na HBO Max nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, najlepiej świadczy o tym, że jest to historia godna pokazania i utrwalenia.
Miejsca
Wywiady
Opinie wybrane
-
2026-01-27 08:26
Wieki szacunek i pamięć ofiarom mordów dokonanych przez Niemców w czasie IIWŚ (2)
Pamiętajmy
O ofiarach niemieckiego KL Stuthoff, Piaśnicy, Szpęgawska, Mniszka k. Grudziądza, setkach innych miejsc.
O Masakrze Pomorskiej Polaków dokonanej przez Niemców w czasie II WŚ.- 100 7
-
2026-01-27 18:35
(1)
Cóż innego wam pozostaje?
- 0 7
-
2026-01-27 19:19
Gimbaku
A ty pamietasz o przodkach co dostali w ...na froncie wschodnim ?
- 2 1
-
2026-01-27 20:24
ocalilam kilka zdjęć jakie robił mój Tato w czasie robót przymusowych, gdzieś pod holenderską granicą. (1)
Nie opowiem tu historii jaka się z tymi zdjęciami wiązała. Tylko cudem wszystko nie skończyło się tragicznie.
- 16 0
-
2026-01-28 11:23
hipokryzja grubymi nićmi szyta ...bo mój ból jest większy niż twój
przykre że ofiary płaczące nad swoim losem same stały się katami porównywalnymi do swoich histrorycznych opracwów ...chcesz wiedzieć jak byłow Auchwitz ...zapraszamy do strefy gazy ...obraz na żywo ...dokładnie to samo o ile nie gorzej i to w wykonaniu niedawnych ofiar - wstyd na cały świat
- 6 2
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
