Mewa atakuje na rozkaz WRON-y. Początek stanu wojennego w Trójmieście

Tomasz Kot
13 grudnia 2024 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (58)
Plan działania ZOMO i funkcjonariuszy SB wokół Grand Hotelu w Sopocie, gdzie zatrzymała się większość członków Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność", którzy obradowali w Gdańsku.

12 grudnia 1981 r. członkowie Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność" kończący obrady w hali Stoczni Gdańskiej nie mieli pojęcia, że władze PRL mają zamiar wprowadzić stan wojenny. Jeśli były takie pogłoski, to nie traktowano ich chyba poważnie, ponieważ kierownictwo związku nie miało żadnego planu na wypadek takiego scenariusza. Tymczasem tuż po północy przestały działać telefony i faksy. Wyłączono sygnał radiowy i telewizyjny. Oddziały MO i SB przystąpiły do realizacji planu aresztowania członków "krajówki". Akcja nosiła kryptonim "Mewa".



Do realizacji planu skierowano ponad 1300 funkcjonariuszy służb siłowych. Akcja nie przyniosła oczekiwanych rezultatów bowiem z planowanych do zatrzymania ponad 120 osób, aresztowano jedynie około 40. Zgarnięto co prawda większość przywódców, ale na wolności pozostawało 25 proc. składu osobowego najwyższego kierownictwa "Solidarności".

"Mewa" miała dwa warianty.

Pierwszy z nich przewidywał siłowe wkroczenie na teren stoczni i zbiorowe aresztowania członków komisji krajowej. Dowodzący akcją pułkownik Sylwester Paszkiewicz, zastępca komendanta ds. SB, KW MO w Gdańsku, nie zdecydował się na konfrontację. Prawdopodobnie obawiał się, że w kolebce "Solidarności" załoga i delegaci mogli stawić zdecydowany opór, co mogło przynieść trudne do przewidzenia konsekwencje.

Milicyjny plan zablokowania siedziby głównej NSZZ Solidarność w Gdańsku.
Zdecydowano się na drugi z wariantów. Z godnie z nim funkcjonariusze mieli zatrzymać członków Komisji w hotelach, w których przebywali. Dopełnieniem miały być lotne ekipy, które wyłuskiwałyby miejscowych działaczy w miejscach ich zamieszkania.

Realizację planu ułatwiał fakt, że delegatów rozlokowano tylko w dwóch hotelach. W "Monopolu" w Gdańsku, gdzie zakwaterowano 13 związkowców oraz w sopockim "Grand Hotelu", w którym zamieszkało 95 delegatów.

Akcją w Monopolu dowodził major Ryszard Berdys, a aresztowaniami w Grand Hotelu, major Zdzisław Sobański.

Gdańsk. Hotel Monopol, 13 grudnia, godzina 2.00-3.15



Grudzień jest mroźny w całym kraju. W Trójmieście w dzień jest -7, -8 stopni C. W nocy temperatura spada poniżej kilkunastu kresek poniżej zera. Wisząca w powietrzu wilgoć powoduje, że zimno w odczuciu jest wyjątkowo dotkliwe. Na krawędzi ulic piętrzą się metrowej wysokości zaspy. Na jezdniach 30 centymetrowy puch, gdzieniegdzie rozjeżdżony na burą masę, głównie przez jeżdżące we wszystkie strony pojazdy milicji.

355 zomowców i esbeków otacza hotel. Mniejsze oddziały wchodzą do środka. Wchodzą do pokojów zajętych przez działaczy "Solidarności", legitymują ich. Niektórych aresztują. W tym m.in. Stanisława Wądołowskiego, wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej.

Zestawienie sił milicyjnych podległych Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Gdańsku, zaplanowanych do użycia "na wypadek bezpośredniego zagrożenia wewnętrznego państwa".
Antoni Tokarczuk z lubelskiego KUL zdążył już zasnąć. Budzi go walenie do drzwi. Półprzytomny otwiera. Widok dwóch potężnych milicjantów w jakichś kosmicznych uniformach z naramiennikami, w kaskach, z pałami i tarczami szybko stawia go na nogi. Po odczytaniu decyzji o internowaniu, milicjanci dają Tokarczukowi zaledwie kilka minut na spakowanie się i prowadzą go do samochodu.

Po nieco ponad godzinie główne siły milicyjne odjeżdżają spod hotelu. Zostają jeszcze funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, którzy chodzą od pokoju do pokoju, sprawdzając, czy gdzieś nie ukrył się żaden z delegatów "Solidarności".

Akcję sił bezpieki z pewnego oddalenia obserwują Zbigniew BujakZbigniew Janas. Kiedy milicja odjeżdża, Bujak namawia Janasa, żeby poszli zobaczyć "co tam się stało". Na miejscu obaj odbijają się o zamknięte drzwi. Do hotelu nie można wejść. W holu dostrzegają asystentkę Janusza Onyszkiewicza. Kobieta na ich widok zaczyna machać, żeby uciekali. Bujak jednak nie chce odstąpić.

- Nie gorączkuj się - woła przez drzwi. - Sprowadź kogoś, kto nam otworzy.
Opozycjoniści wchodzą po schodach. Tu słyszą: Janusza wzięli, Wądołowskiego wyprowadzili w kajdankach. Bujakowi uginają się nogi. Obaj z Janasem w pośpiechu opuszczają hotel.

Potem okazuje się, że aresztowania uniknęli jeszcze Andrzej KonarskiEugeniusz Szumiejko.

Zbigniew Bujak będzie najdłużej ukrywającym się członkiem kierownictwa NSZZ "Solidarność". W ukryciu pozostanie do maja 1986 r.

Sopot. Grand Hotel, 13 grudnia, godzina 2.15-5.15



Major Sobański jest mocno podenerwowany. Czeka na rozkaz rozpoczęcia akcji. Winne jest zamknięcie systemów łączności w całym kraju. Nikt nie pomyślał o środkach alternatywnych.

948 funkcjonariuszy MSW otaczających hotel niecierpliwi się i marznie w porywistym wietrze od morza. Dla rozgrzewki zomowcy przytupują okutymi buciorami. Nie bardzo mają jak się poklepywać, żeby się rozgrzać. W jednej ręce trzymają tarczę, w drugiej pałkę. Na głowach hełmy.

W rozświetlonych oknach hotelu zaczynają odsuwać się firany, zza których jacyś ludzie wyglądają na mundurowych otaczających szczelnie budynek. Sobański samowolnie podejmuje decyzję o wejściu do Grandu. Funkcjonariusze ruszają w kierunku potężnego gmachu z chrzęstem i skrzypieniem butów po śniegu.

Milicyjne sprawozdanie z wydarzeń mających miejsce w pierwszych dniach po wprowadzeniu stanu wojennego w Gdańsku.
Członkowie Komisji Krajowej w większości nie śpią. Widzą co się dzieje na zewnątrz. Mimo bliskości plaży z hotelu nie ma jak uciec. Delegatom pozostaje czekać na rozwój wypadków.

W hotelowym barze na parterze siedzi jeszcze kilka osób ze zjazdu. Lech Dymarski obserwuje przez okno zomowskie kordony. Wraca do środka i siedzącemu przy stoliku Tadeuszowi Mazowieckiego przekazuje na ucho wiadomość o tym, co dzieje się za oknem.

Mazowiecki patrzy na niego zdziwiony:

- Co pan powie... a dużo ich jest?
Nagle siedząca przy barze prostytutka przestała chichotać. Wypuszcza z dłoni kieliszek z okrzykiem "O Jezu!" i ucieka. W ciągu kilku minut z baru znikają cinkciarze, taksówkarze i inne szemrane postaci prowadzące tam interesy w sobotnie noce. Powoli, nierówno wygasają instrumenty orkiestry przygrywającej gościom. Lider zespołu jednak szybko dochodzi do siebie.

- Grać, jakby się nic nie stało! - rozkazuje bandowi.
Do pokoju hotelowego wraca Karol Modzelewski. Zastaje w nim kilka osób przy stoliku kilka gorączkowo dyskutujących osób. Modzelewski pyta czy któryś z  działaczy chce wziąć prysznic. Dyskusja się urywa. Wszyscy patrzą na niego okrągłymi ze zdumienia oczami. Nikt nie chce korzystać z kąpieli.

- To może ja - rzuca i wchodzi do łazienki.
Jako były więzień polityczny wie co robi. Osadzony ma prawo do kąpieli dopiero po tygodniu od zatrzymania.

Wszyscy delegaci wracają do pokojów. Zomowcy chodzą od drzwi do drzwi waląc w nie pięściami. Jeśli nikt nie otwiera grożą wyważeniem. Po wejściu gromady funkcjonariuszy otwierają szafy, wybebeszają szuflady, penetrują balkony, zaglądają pod łóżka. Pytają czy nie ma ktoś broni.

Część pracowników hotelu starają się ukryć delegatów, co wydłuża milicyjną akcję.

Internowani, niektórzy zakuci w kajdanki, są po kolei prowadzeni ciasnymi korytarzami, wzdłuż których stoją w szpalerach uzbrojeni zomowcy. Tak samo jest przed wejściem do Grandu, gdzie zatrzymanych ładują do milicyjnych suk.

Aresztowani zostają przewiezieni do Gdańska, na komendę MO przy ulicy Kurkowej. Tam zostają upchnięci w piwnicy. Sprowadzany do piwnicy Jacek Kuroń zapamiętuje dużą salę, jaskrawo oświetloną. Podłoga pokryta piaskiem. W głębi biały mur, na którym widać liczne ślady kul.

Przy drzwiach stoi szereg ZOMO-wców z bronią w ręku. Pada rozkaz: pod ścianę. Kuroń, który przywykł do więzień, myśli, że to koniec. Dochodzi do ściany, odwraca się i... nic. Mężczyźni stoją nieruchomo.

Niektórych z zatrzymanych wiozą do ośrodka internowania w Strzebielinku koło Wejherowa.
Ostatecznie trafiają tam niemal wszyscy zatrzymani podczas akcji "Mewa".

Gdańsk/Sopot/Gdynia - noc z 12 na 13 grudnia



W środku nocy do Lecha Wałęsy na Zaspę przyjeżdżają pierwszy sekretarz KW PZPR w Gdańsku Tadeusz Fiszbach i wojewoda gdański Jerzy Kołodziejski. Namawiają Wałęsę, aby ten natychmiast zgodził się wyjechać do Warszawy w celu podjęcia rozmów z przedstawicielami władz centralnych.

Wąłęsa odmawia.

Przedstawiciele lokalnych władz odjeżdżają, ale na polecenie przełożonych wracają. Obaj są bardzo zdenerwowani. Kołodziejski ma na stopach dwa różne buty, a Fiszbach z roztargnienia zostawia w mieszkaniu Wałęsów czapkę.

Około godz. 3 w nocy udaje im się namówić przewodniczącego "Solidarności" do wyjazdu. Wałęsa wie, już, że nie chodzi o żadne rozmowy. Przewodniczący NSZZ przebywa w internowaniu kolejno w Chylicach, Otwocku Wielkim i Arłamowie.

Areszt opuszcza w listopadzie 1982 r.

Andrzej Gwiazda z żoną Joanną zostają aresztowani w swoim mieszkaniu w Sopocie. Podczas zatrzymania dopomina się o pokazanie mu nakazu aresztowania. Esbecy nie mają takiego dokumentu. Gwiazda próbuje stawiać opór i rzuca się na wiszący na ścianie swój czekan, który towarzyszy mu podczas górskiej wspinaczki. Szybko jednak zostaje obezwładniony.

Gwiazda spędził w ośrodku internowania ponad rok, po czym przeniesiono go do Centralnego Aresztu Śledczego, z którego wyszedł dopiero w sierpniu 1984 r.

Około godziny 23, 12 grudnia kończą się obrady w klubie Bursztynek w Gdyni. Zebranie zwołał Bogdan Borusewicz, który tworzy nowy ruch polityczny. Tuż przed tym "Borsuk" otrzymuje niepokojące informacje o przygotowaniach do stanu wojennego od miejscowego przewodniczącego "Solidarności" i byłego milicjanta.

Borusewicza podwozi do domu w Sopocie jego kolega Krzysztof Dowgiałło. Po drodze mijają mnóstwo pojazdów milicyjnych. Podjeżdżają pod czteropiętrowy blok przy ul. 23 Marca 96Mapka, w którym mieszka działacz. Widzą stojącą kilka budynków dalej milicyjną nyskę.

Borusewicz brnie do domu przez głębokie zaspy. Jednak przez oświetlone okna klatki schodowej widzi, że z jego mieszkania na czwartym piętrze wychodzi obcy człowiek. Wchodzi ostrożnie na klatkę. Na schodach zgarniają go sąsiadki. Borusewicz zostawia u nich torbę z nielegalnymi książkami. Dowiaduje się też, że chwilę wcześniej po klatce biegał jakiś esbek z pistoletem w ręku i krzyczał żeby zamykać drzwi, bo jest wojna.

Borusewicz próbuje się wymknąć z bloku, ale dostrzega tajniaków stojących przed drzwiami. Otwiera okno w korytarzu i zsuwa się po piorunochronie. Pręt głośno trzeszczy. Trzeszczy też lód pod stopami biegnących esbeków.

Działacz zeskakuje prosto w zaspę i pędem biegnie do lasu, który zaczyna się bardzo blisko bloku. Kątem oka widzi tajniaka, który usiłuje wyrwać broń z kabury. Na lodzie nogi esbeka się jednak rozjeżdżają, a on, nie mogąc podeprzeć się ręką, pada twarzą na stwardniały śnieg.

Borusewicz wbiega między drzewa. Za sobą słyszy głuche puknięcia. Esbecy otworzyli ogień w jego kierunku. Borusewicz gubi pogoń w głębi lasu. Zawraca i przez cmentarz dociera do mieszkania matki swojego kolegi.

Stamtąd wysyła wiadomość do swojego brata, aby ostrzegł znajomych działaczy. Brat pędzi do mieszkania Lecha Kaczyńskiego, ale jest już za późno. Kaczyński został aresztowany tuż po północy.

Bogdan Borusewicz ukrywa się do stycznia 1986 r. w kilku miejscach, m.in. w przylegającej do lasu willi przy ul. Kasprowicza.

Korzystałem z następujących książek i artykułów:

  • Piotr Breziński, Operacja Mewa.
  • Kalendarium stanu wojennego, Wojskowe Biuro Historyczne
  • Włodzimierz Kalicki, Wydarzyło się wczoraj.
  • Polowanie na Solidarność, Histmag.org

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (58)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Katalog.trojmiasto.plMuzea

Sprawdź się

Sprawdź się

W którym roku Gdańsk po raz pierwszy stał się Wolnym Miastem?

 

Najczęściej czytane