Francis Ford Coppola i jego utopijne "Megalopolis". Co poszło nie tak?

Tomasz Zacharczuk
26 października 2024 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (22)
  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Szekspir i Coppola siedzą w lofcie na Manhattanie. Obaj na haju najpierw oglądają "The Room", potem kilka odcinków "Rzymu", a na koniec teledyski Lady Gagi i sporo filmików z Tik-Toka. William cały czas coś pisze. Francis opatulony prześcieradłem imitującym togę, kręci się po apartamencie, cytując Marka Aureliusza. Gdy Coppola budzi się rano, zbiera ze stołu porozrzucane kartki i zaczyna czytać. Po kilku minutach lektury cuci kompana, krzycząc mu w twarz: "Billy, to jest genialne! Ja to nakręcę, choćbym miał wydać na to całą fortunę!". Billy jest w stanie tylko niemrawo unieść kciuk. Tak oto narodziło się "Megalopolis" - imperium Francisusa Fordusa Coppolusa, które powstaje i upada na naszych oczach w nieco ponad dwie godziny.



Wybaczcie ten przydługi, karkołomny i abstrakcyjny zarazem wstęp, lecz jest to pewnego rodzaju kwintesencja stylistyki, której w swoim najnowszym filmie hołduje twórca "Czasu apokalipsy" i "Ojca chrzestnego". Teoretycznie "Megalopolis" miał być opus magnum - dziełem życia Francisa Forda Coppoli. W praktyce jednak wygląda to tak, jakby Tommy Wiseau naczytał się Fukuyamy, Szekspira i Cycerona, a następnie znalazł bogatego sponsora, który był w stanie wyłożyć grube miliony na sfilmowanie ekstrawaganckiej opowieści o ratowaniu naszej cywilizacji.



Szaleństwa seniora Francisa



Obłęd i chaos. To słowa, które najlepiej charakteryzują artystyczną wizję Coppoli w "Megalopolis". W filmie, który jest zanurzony po szyję w bezkształtnej masie powstałej z połączenia kiczu, dezynwoltury, arogancji i megalomanii. W filmie, który jest tak wyzwolony formalnie, że sprawia wrażenie, jakby w pewnym momencie urwał się reżyserowi ze smyczy i uciekł w tylko sobie znanym kierunku. I w końcu w filmie, który kokietując nas łacińskimi sentencjami i bombardując natłokiem słów, opowiada o wszystkim i o niczym jednocześnie. Z naciskiem na to drugie.

I wcale największym paradoksem "Megalopolis" nie jest fakt, że za tym nieudolnym pod każdym względem przedsięwzięciem stoi tak wybitny specjalista w swoim fachu. Wspomniany paradoks polega na tym, że od ekranu ciężko oderwać jest wzrok.

A mówimy przecież o filmie, którego fabuła przypomina skrzyżowanie latynoskich telenowel z opowiastkami science-fiction drukowanymi w kieszonkowych poradnikach dla niedoszłych pisarzy, i o filmie, w którym za efekty specjalne odpowiadali najwyraźniej twórcy pierwszych kolorowych wyświetlaczy w telefonach albo pomysłodawcy Painta.

"Megalopolis" to film, któremu Francis Ford Coppola poświęcił nie tylko setki milionów dolarów, ale ponad cztery dekady życia. Efekt jest jednak daleki od choćby zadowalającego.

Incepcja Coppoli, czyli utopia w utopii



Do sfilmowania opowieści inspirowanej Rzymem w okresie upadku republiki i początków cesarstwa Coppola przymierzał się już od 40 lat. Na sfinansowanie niekonwencjonalnego projektu, którego akcja osadzona jest w nie tak odległej przyszłości, chętnych jednak brakowało. Reżyser więc zbierał skrupulatnie własne fundusze (w efekcie na produkcję z prywatnej kieszeni wyłożył 120 milionów dolarów, choć aż tak dużego wkładu w ogóle na ekranie nie widać) i przepisywał scenariusz. Przepisywał, przepisywał i przepisywał. W sumie 300 razy.

Wszystko po to, by zaprosić nas ostatecznie do Nowego Rzymu - nowoczesnej amerykańskiej metropolii, w której dochodzi do starcia dwóch silnych osobowości. Naukowego wizjonera i geniusza Cezara Kataliny (Adam Driver) i pragmatycznego burmistrza Cicero (Giancarlo Esposito). Pierwszy, za pomocą odkrytego przez siebie pierwiastka - Megalonu, pragnie stworzyć miasto w mieście. Utopijną przestrzeń dla każdego. Drugi ma zupełnie inną wizję rozwoju Nowego Rzymu - z naciskiem na miejsca pracy i dbanie o dotychczasową infrastrukturę.

Konflikt obu mężczyzn zaognia się, gdy bliską relację z Cezarem nawiązuje córka Cicero, Julia (Nathalie Emmanuel). Katalina poza tym ma również wrogów we własnym obozie. Jego działalność finansuje bogaty i wpływowy wuj Crassus (Jon Voight), którego pozycję, a przede wszystkim majątek pragną przejąć kuzyn Cezara, Clodio (Shea LeBeouf), i jego była kochanka Wow (Aubrey Plaza). Oboje mają swoje powody, by obalić imperium Crassusa i zaszkodzić genialnemu spadkobiercy.



Na pierwszy plan wysuwa się jednak rywalizacja Cezara i Cicero, którą można opisać za pomocą wielu antagonizmów: postęp kontra stagnacja, kreatywność vs. rutyna, artystyczna wolność a konformizm i populizm, wizjonerstwo - konserwatyzm. Trudno w tym schemacie nie dopatrzeć się korespondencyjnego pojedynku samego Coppoli z tymi samymi producentami, którzy skąpili funduszy na "Megalopolis". "To wy jesteście tym zacofanym, asekuracyjnym, przyspawanym do stołka i kalkulującym Cicero, a ja wyzwolonym, niezależnym i twórczym Cezarem budującym lepszy świat" - zdaje się wręcz wykrzykiwać z ekranu reżyser.

Coppola, podobnie jak jego bohater, chce stworzyć dzieło życia dla potomnych. Tyle że "Magalopolis" to tak naprawdę również utopia - w domyśle idealne połączenie wielu konwencji i gatunków, a w rzeczywistości pokraczna hybryda niskobudżetowego science-fiction, banalnej w wydźwięku futurystycznej baśni, neoszekspirowskiej tragikomedii, taniego romansu i prowizorycznego dramatu politycznego.

To archaiczne kino, które Coppola stara się podać w nowoczesnej formie. Wygląda to trochę tak, jakby ktoś, kto z trudem ogarnia prezentacje w Power Poincie, zabierał się za nagrywanie rolek na Instagramie lub Tik-Toku. Montażysta płakał jak to wszystko montował.

Ten film ani nie wygląda dobrze, ani nie brzmi dobrze. Ma jednak swój unikalny urok, który niewielka część widzów z pewnością doceni.

"Megalopolis": paskudny i... hipnotyzujący



Jeśli miałbym określić "Megalopolis" jednym słowem, to byłoby nim słowo "paskudny". Paskudnie prymitywne efekty specjalne, paskudnie tekturowa scenografia, paskudnie nudne kostiumy i paskudne aktorstwo. Z napiętym jak plandeka na Żuku Adamem Driverem (który gra, jakby miał dopiero co bronić dyplomu w szkole aktorskiej), błąkającą się po planie Nathalie Emmanuel, z irytującym Giancarlo Esposito, z grającym w zasadzie samego siebie (czyli gościa, którego trudno brać na poważnie) Shią LeBeoufem i parodystycznym Jonem Voightem, ucharakteryzowanym na dodatek na Judi Dench.

Tyle że z paskudnością "Megalopolis" jest jak z paskudną tapetą na ścianie albo paskudnie wyglądającym psem - trudno odwrócić wzrok, bo w tej paskudności jest to "coś". I pod kątem wizualnym czy aktorskim film Coppoli to coś, paradoksalnie, ma.

W przeciwieństwie już do - nazwijmy to - warstwy merytorycznej. Nie kupuję zupełnie argumentu, że Coppola świadomie operuje w "Megalopolis" kiczem i tandetą. Po prostu trudno uwierzyć mi w to, że 85-latek, którego reżyserską wizytówką nigdy nie były dystans i ironia, nagle potrafi naigrywać się zarówno z kina, jak i z siebie. Owszem, na szczęście pojawiają się w jego najnowszym dziele sceny, w których uchyla nieco wentyl i spuszcza powietrze z tej niesamowicie napuszonej opowieści (przecudna scena z Voightem, czyli Robin Hoodem, na jakiego nie zasługiwaliśmy), ale to incydentalne momenty. W przeważającej części "Megalopolis" ugina się pod ciężarem pseudo-intelektualnych dialogów.



Trudno wziąć film w obronę


W ogóle cały intelektualny wydźwięk "Megalopolis", który na forach podnoszą nieliczni obrońcy tego filmu, wziąłbym w duży cudzysłów. Wyznacznikiem intelektualizmu nie jest bowiem dla mnie ponadziewanie filmu łacińskimi sentencjami, cytatami Marka Aureliusza czy innych myślicieli. Tym bardziej, jeżeli wspomniane kwestie pojawiają się tu losowo i tylko po to, by po prostu wybrzmiały. Bez odpowiedniego kontekstu, w oderwaniu od dramaturgii i treści konkretnej sceny.

Równie przypadkowo Coppola stara się w "Megaloplis" zawrzeć obserwacje współczesnych mediów, ruchów czy postaw, ale od nestora światowego kina można byłoby oczekiwać bardziej dojrzałych wniosków. I może byłoby na nie miejsce, gdyby reżyser nie zajmował się głupotami, np. sceną, w której Julia i Cezar... grają w łapki. Albo w karty. Kino intelektualne, podobno.

Wydawałoby się, że taka obsada jest gwarancją jakości, ale w "Megalopolis" nie ma ani dobrze napisanych ról, ani udanych kreacji. Może z wyjątkiem Aubrey Plaza na dalszym planie.

Mega-EGO-lopolis - miasto do zwiedzania. Ale czy do zamieszkania?



"Megalopolis" jest przedsięwzięciem na wskroś nieudolnym, przebodźcowanym, przekombinowanym, nastroszonym i pompatycznym. I nawet rozmiary tytułowego miasta nie pomieściłyby ego Francisa Forda Coppoli. Nie oznacza to jednak, że nie szanuję go za taką artystyczną odwagę, za nadgryzany wieloma przeciwnościami losu opór, za konsekwencję i próbę rozliczenia się nie tylko z czasem (słowo-klucz w "Megalopolis"), ale i dorobkiem naszej cywilizacji.

Nie wyszło, trudno. Jeżeli jest to pożegnanie Coppoli z kinem, to przynajmniej jest to "jakieś" pożegnanie. Bo tego, że ten film ma swój unikalny styl, swój unikalny bajzel i swoją unikalną, choć dziwaczną aurę, na pewno nie można mu odmówić. I tu pojawia się jeszcze jeden paradoks "Megalopolis" - to film, który zdecydowanej większości widzów się nie spodoba, ale jeżeli choć w niewielkim ułamku czujecie, że warto zaryzykować, zaryzykujcie. Może ta utopia ambitnego kina jest właśnie dla was. Ja pozostanę jednak przy "Czasie apokalipsy". "Megalopolis" zwiedziłem, ale karty mieszkańca wyrabiać nie zamierzam.

3/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

6.2
20 ocen

Megalopolis (4 opinie)

(4 opinie)
sci-fi

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (22)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

Orły 2026: Roczny przegląd polskiego kina w Gdyni

25 zł
projekcje filmowe

Dom dobry | klub gsf + Spotkanie z Tomaszem Schurcherdtem

25 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe, spotkanie