Świetne "Oszukać przeznaczenie 6": nikt nie ginie tu przypadkiem
Filmowe serie często wymykają się prawom fizyki i logiki. Ta jedna nie jest pod tym względem wyjątkiem, ale pozostaje za to wierna jednemu prawu: prawu Murphy'ego. Bo jeśli coś może pójść tu źle, na pewno tak się stanie. I zazwyczaj staje się w bardzo brutalny, absurdalny i spektakularny zarazem sposób. "Oszukać przeznaczenie: Więzy krwi", czyli szósta już odsłona popularnego cyklu horrorów, jest zaskakująco udanym powrotem do uniwersum, w którym śmierć czyha dosłownie na każdym kroku. To kwintesencja ekranowej makabreski, która bawi i jednocześnie trzyma w napięciu.
Poszukali, a potem oszukali przeznaczenie
W tym czasie do kin "zleciały" jeszcze cztery kolejne odsłony serii, w których zawsze obowiązywał ten sam schemat: grupka nastolatków cudem unika katastrofy, ale potem - najczęściej w kuriozalnych i brutalnych okolicznościach - młodzi ludzie zaczynają ginąć jeden po drugim. W księgach rachunkowych śmierci wszystko bowiem musi się zgadzać. Nie ma ulg i odpisów.
Opłakana w skutkach dla filmowych postaci zabawa z ponurym żniwiarzem w kotka i myszkę trwała do 2011 r. Aż w końcu - głównie z powodu powtarzalności fabuły i wyczerpania pomysłów - przejadła się zarówno widzom, jak i producentom. Chyba mało kto się spodziewał, że po zakurzone na kinowym strychu pudło z napisem "Oszukać przeznaczenie" ktoś jeszcze sięgnie.
Ale kiedy, jak nie teraz, gdy filmowy recykling w hollywoodzkiej fabryce stał się już powszechną praktyką. Zwłaszcza że reanimowanie slasherowych klasyków na przykładzie "Halloween" czy "Krzyku" wypadło lepiej niż przyzwoicie. Pomimo to niewiele osób wierzyło w sukces "Więzów krwi", ale twórcy filmu w pewnym sensie też oszukali przeznaczenie - stworzyli coś z niczego, a efekt ich prac jest więcej niż zadowalający.
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Śmierć na kilka sposobów i z zaskoczenia
Dzieło Zacha Lipovsky'ego i Adama B. Steina przywołuje na myśl wszystko, co najlepsze i najbardziej charakterystyczne dla całej serii, co jest dobrą i złą informacją zarazem. Dobrą dla tych, którzy już trochę stęsknili się za absurdem cyklu, za jego gęstą od napięcia atmosferą i poczuciem osaczenia towarzyszącemu postaciom. Zła natomiast dotyczy widzów liczących na przełamanie schematu i wypatrujących nowych perspektyw dla ewentualnych kolejnych odsłon. Aż tak ambitne cele twórcom "Więzów krwi" raczej nie przyświecały. Trochę na bazie sentymentu wobec tego, co już było, a trochę w oparciu o świeżą energię i nowe nastawienie Lipovsky i Stein skupili się przede wszystkim na zabawianiu widza. A z tym zadaniem poradzili sobie bez większego trudu.
Największą frajdę - jakkolwiek nietaktownie to zabrzmi - twórcy każdej kolejnej części "Oszukać przeznaczenie" dostarczali widzom poprzez kreatywne podejście do uśmiercania filmowych postaci. Gdyby nagrody Darwina przyznawano fikcyjnym osobom, bohaterowie cyklu mieliby monopol na seryjne zgarnianie niechlubnych statuetek. Autorom "szóstki" pomysłowości i fantazji w tym względzie na pewno nie zabrakło. Już świetnie wymyślona i nakręcona sekwencja otwarcia pokazuje, że scenarzyści nie zamierzają brać jeńców, nie stosują taryfy ulgowej, nie folgują nikomu i nie mają zbyt długiego sentymentu do swoich postaci. Guy Busick i Lori Evans Taylor w tańcu się nie... pieszczą.
Jest brutalnie, niedorzecznie, często też zaskakująco i na domiar wszystkiego - krwiście. A przy tym wszystkim dawki grozy i niepokoju odpowiednio rekompensowane są czarnym humorem i groteskowością sytuacji oraz pułapek, w jakie wpadają bohaterowie "Więzów krwi". Niekiedy jest autentycznie zabawnie, w niektórych fragmentach filmu czuć napięcie i zagrożenie, ale są też sceny, które "nie dowożą" zbyt wielu emocji i które można jedynie skwitować wzruszeniem ramion. W całkiem niedawno jeszcze pokazywanej w kinach "Małpie" poziom ekranowej makabry był nieco bardziej wyrównany. Na korzyść "Więzów krwi" przemawia jednak znacznie lepiej zrealizowany i bardziej emocjonujący finał oraz większy niż u Oza Perkinsa suspens.
"Szóstka" bowiem, w przeciwieństwie do poprzednich części "Oszukać przeznaczenie", potrafi nas sprytnie wodzić za nos i stosować zmyłki. Gdy już wydaje się nam, że "kostucha" zgarnie, co - słusznie czy niesłusznie - jej się należy, na scenę wkraczają scenarzyści i stonowanym głosem mówią: hold on. Przeciąganie niektórych ekranowych egzekucji jest znakomitym sposobem na budowanie napięcia, a jednocześnie na wzmożenie czujności u widza. Każdy detal, każdą drobnostkę, każdy rekwizyt warto bacznie śledzić, bo zostają one wykorzystane w najmniej przez nas spodziewanym momencie. Dlatego w najnowszej odsłonie horroru mamy bodaj więcej elementów zaskoczenia niż we wszystkich wcześniejszych epizodach razem wziętych.
Logiki i sensu wciąż brak, ale ogląda się bez bólu
Stojący za kamerą duet reżyserów stawia na świeże pomysły i rozwiązania, ale nie oznacza to, że nie czerpie też garściami z dotychczasowego dorobku serii. Mamy tu kilka smaczków i nawiązań do poprzednich filmów, ale ten swoisty fanserwis nie przysłania nam fabuły. Fabuły, która również stara się spinać wcześniejsze historie i tworzy dla nich podwaliny. Kto zapoczątkował oszukiwanie przeznaczenia i dlaczego śmierć przez wszystkie już sześć filmów jest tak bezlitosna i skrupulatna? Odpowiedź kryje się właśnie w "Więzach krwi". Aby ją poznać, musimy wraz ze Stefani (Kaitlyn Santa Juana) wrócić do jej rodzinnego domu. Studentkę od kilku miesięcy nękają przerażające koszmary, w których widzi śmierć babci i dziesiątek innych osób. Klucz do wyjaśnienia tych niepokojących wizji tkwi w przeszłości rodziny Reyesów, pół wieku wstecz.
Trzeba przyznać, że w pewnym stopniu twórcy najnowszej części trochę wyłamali się z fabularnego schematu całej serii, ale wciąż nie jest to opowieść, której mocnym punktem jest logika. Podobnie jak silnym atutem bohaterów nie jest zdrowy rozsądek. Mimo wszystko "Więzi krwi" ogląda się bezboleśnie, a nawet momentami całkiem płynnie i przyjemnie. W przeciwieństwie do poprzednich filmów cyklu nie ma się wrażenia, że cała historia klejona jest na ślinę. Oczywiście nadal fabuła jest bardziej pretekstowa niż faktycznie angażująca, ale więcej od tego typu produkcji wymagać raczej nie należy.
Widzowie oszukani raczej nie będą
Podobnie jak nie wypada wymagać cudów od członków obsady. Bardziej w cenie jest tu bowiem aktorska charyzma niż rzeczywisty talent. A z tym jednak w szóstym "Oszukać przeznaczenie" bywa różnie. Właściwie tylko Richard Harmon w roli Erica jest dostatecznie przekonujący i potrafi wywoływać emocje. A te z pewnością odczują zagorzali fani serii, gdy zobaczą - niestety już po raz ostatni na ekranie - zmarłego przed paroma miesiącami Tony'ego Todda.
Charyzmatyczny aktor, znany głównie z "Candymana", przewijał się przez wszystkie dotychczasowe części "Przeznaczenia". Autorzy "szóstki" postanowili nieco rozjaśnić przeszłość ekranowego Williama Bludwortha, choć nie jestem pewien, czy nawet to utnie niektóre fanowskie teorie na temat tej enigmatycznej dla całego cyklu postaci. Hołd oddany Toddowi jednak piękny i równie pięknie zainscenizowano jego pożegnanie przed kamerą.
Grany przez Leona Niemczyka "król sedesów" w filmie "Chłopaki nie płaczą" mawiał: "przyjaciela oszukasz, mamusię oszukasz, ale życia nie oszukasz". Śmierci, co pokazuje "Oszukać przeznaczenie", też nie. Na szczęście twórcy "Więzów krwi" nie oszukali widzów - dostaliśmy to, na co można było liczyć - krwawą, przewrotną, absurdalnie zabawną i porządnie nakręconą rozrywkę z pogranicza komedii i horroru. A że wyszło lepiej, niż można było tego oczekiwać? Cóż, widocznie tak miało być.
Film
Opinie wybrane
-
2025-05-17 01:24
(2)
Oglądałam wszystkie części bo były mega...myślałam że będzie sztos oglądając zwiastun ..otóż nie ,ogromne rozczarowanie ,totalna klapa ,wytrzymaliśmy do końca ,ale nic nie ma wspólnego z wcześniejszą serią. ..szkoda czasu i kasy.
- 5 6
-
2025-05-17 10:29
Widocznie za trudny dla niektórych :) (1)
- 2 1
-
2025-05-27 16:10
Nie za trudny a za głupi
- 0 0
-
2025-05-16 22:07
Ciężarówka z kłodami drewna na obwodnicy (1)
Scena z 2 części z kłodami drewna jest absolutnie kultowa. Jak jadę obwodnicą trójmiasta i widzę ciężarówkę kłodami to od razu zjeżdam na inny pas i zwalniam :)
- 38 1
-
2025-05-17 12:12
Nie zwalniaj
Tylko jak najszybciej wyprzedzaj.
- 1 0
-
2025-05-16 22:28
(1)
"pozostaje za to wierna jednemu prawu: prawu Murphy'ego. Bo jeśli coś może pójść tu źle, na pewno tak się stanie."
Może niech pan Zacharczuk sprawdzi na czym polega prawo Murphy'ego, zamiast powtarzać mit. Prawo Murphyego mówi, że jeśli coś może się wydarzyć, to się wydarzy, nie, że jeśli coś może pójść źle, to na pewno tak się stanie.- 4 5
-
2025-05-17 14:51
Poszedłem za twoją radą i sprawdziłem
Szkoda, że ty sam tego nie zrobiłeś, bo wyszło na to, że bredzisz
- 1 0
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
