Recenzja "Beetlejuice, Beetlejuice". Nie tak to miało wyglądać

Tomasz Zacharczuk
7 września 2024 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (40)
  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Gdy jeden z bohaterów "Beetlejuice, Beetlejuice" kreśli na ścianie drzwi stanowiące portal do zaświatów (znamy ten trik z pierwszej części filmu), postać grana przez Jennę Ortegę kwituje to ironicznym uśmiechem, uznając sztuczkę za banalną i naiwną. Podobną naiwnością wykazuje się Tim Burton, który tą samą kredą na tej samej ścianie rysuje te same drzwi, licząc na to, że to wystarczy, by wskrzesić filmową magię sprzed 30 lat. A nie jest to takie proste i oczywiste. Drugi "Sok z żuka" bywa smaczny, choć trudno ugasić nim pragnienie. Zasadnicze pytanie brzmi jednak: czy w ogóle po obejrzeniu "jedynki" byliśmy spragnieni jej kontynuacji?



Gdyby ktoś podobne pytanie zadał mi ponad dwie dekady temu, pomysłowi nakręcenia sequela "Beetlejuice'a" zapewne najpierw ochoczo bym przyklasnął, a potem zacierał ręce w oczekiwaniu na efekt. W latach 90. słynący ze swobodnego łączenia gotyckiej estetyki z groteską, humorem i surrealizmem Tim Burton był w topowej formie, miał głowę wypełnioną świeżymi konceptami, niczego nikomu nie musiał udowadniać oraz tworzył bez większej presji i uwzględniania jakichkolwiek kompromisów. To był najlepszy czas na ponowne przywołanie Beetlejuice'a.

Recenzja filmu Recenzja filmu "Nosferatu". Wypad z wampirem



Dziś ten jeden z największych wizjonerów współczesnego kina sprawia wrażenie nieco wypalonego artysty, który nie do końca ma pomysł na nowe filmy. Przypomina w tym bohatera jednego ze swoich najsłynniejszych dzieł, czyli Edwarda Nożycorękiego, który odizolował się od ludzi we własnym zamku, gdzie tworzy sztukę dla samego siebie, nie bacząc na zmieniające się okoliczności i trendy. Oczywiście stwierdzenie, że Tim Burton się skończył, jest zdecydowanie przedwczesne, co potwierdza choćby sukces serialu "Wednesday", w którym reżyserowi udało się podołać wymagającemu wyzwaniu, a mianowicie zjednać sobie na nowo zarówno fanów swojej twórczości, jak i młodsze pokolenie widzów.

"Wednesday". Lampy z Gdyni w hicie Netflixa

Idąc tym tropem, a jednocześnie podążając za niezwykle ostatnio w Hollywood popularnym nurtem nostalgii, Burton po 36 latach postanowił odświeżyć jeden ze swoich klasyków. I choć "Beetlejuice, Beetlejuice" formalnie i narracyjnie nie odbiega za mocno od oryginału, to jednak całość trąca czymś już wyraźnie nieświeżym. Żeby nie powiedzieć trupem. W kontekście "Soku z żuka" takie stwierdzenie należałoby potraktować jako komplement (wszak umarlaki grają tu pierwsze skrzypce), ale nie do końca tak jest. Nie do końca też Burton rozwiał wątpliwości tych niedowiarków, którzy wątpili w sens kręcenia drugiej części tej czarnej komedii.

Rodzinę Deetzów spotyka niespodziewana tragedia. To jednocześnie okazja, by ponownie spotkać się w słynnej posiadłości, którą przed laty nawiedził Beetlejuice.

Drugi "Sok z żuka": składniki podobne, ale smak już inny



Tim Burton lubi wracać tam, gdzie już był. Nawet kręcąc zupełnie inne filmy, potrafi rotować tymi samymi zagrywkami i sztuczkami. Nie inaczej jest w "Beetlejuice, Beetlejuice". Scena otwarcia z szybującą nad Winter River kamerą to przecież kopiuj-wklej z pierwszych kadrów "Soku z żuka". Jeszcze więcej podobieństw można doszukać się na płaszczyźnie fabuły. I choć tym razem reżyser korzysta z pomysłów zupełnie innych scenarzystów, to w głównej mierze dostajemy opowieść po prostu przepisaną z "jedynki".

Tytułowy bohater (Michael Keaton) znów kombinuje na lewo i prawo jak tu dać nogę z zaświatów i zaciągnąć przed ołtarz dorosłą już Lydię (Winona Ryder). Ta z kolei robi karierę w telewizyjnym show, w którym występuje w roli medium. I choć doskonale potrafi dogadać się z duchami, to niekoniecznie odnajduje wspólny język z nastoletnią córką Astrid (Jenna Ortega). Wypisz-wymaluj relacja młodocianej Lydii z jej macochą (Catherine O'Hara). Widzieliśmy to w oryginalnym "Soku".

Nawet jeśli Burton przy wsparciu scenarzystów wprowadza nowe postaci, to do złudzenia przypominają one niektórych pierwotnych bohaterów. Ot choćby adorator Lydii, czyli Rory (Justin Theroux), który jest równie manieryczny i dwulicowy jak znany z "jedynki" Otho.

Jeszcze więcej zaświatów, świetny Michael Keaton, doskonała Catherine O'Hara, mocno wyczuwalny styl Tima Burtona - to największe zalety nowego "Soka z żuka". Na duży minus słaby i powtarzalny scenariusz oraz brak wyraźnego powodu, dla którego ta kontynuacja ma rację bytu.

"Beetlejuice" snuje się i przynudza



Trzeba jednak przyznać twórcom nowego "Beetlejuice", że na samej powtarzalności nie chcą budować swojego dzieła. Dlatego wprowadzają sporo nowych wątków. Naprawdę sporo wątków. Czegoż tu nie ma. Mamy byłą wybrankę serca Beetlejuice'a (w tej roli Monica Bellucci), która pała teraz żądzą zemsty na dawnym kochanku. Jest postać aktora-policjanta (doskonale przerysowany Willem Dafoe), który próbuje przypilnować porządku w zaświatach. Mamy oczywiście rodzinę Deetzów, która musi stawić czoła pewnej tragedii. Pojawia się nawet wątek nastoletniej miłości z Astrid w roli głównej.

Tego wszystkiego jest po prostu za dużo. Brakuje tylko Maitlandów, których nieobecność zostaje wytłumaczona zaledwie jednym zdaniem. No właśnie, na większość pojawiających się podczas seansu pytań twórcy odpowiadają zdawkowo. Bohaterowie równie szybko jak wpadają w tarapaty, tak potrafią w cudowny sposób się z nich wyplątać. O jakiejkolwiek dramaturgii czy solidnej porcji zwrotów akcji można zapomnieć. Aczkolwiek jeden twist scenarzystom naprawdę się udał. Szkopuł w tym, że trzeba się na niego bardzo długo naczekać.

Dopiero wtedy, czyli pół godziny przed końcem seansu, nowy "Beetlejuice" wskakuje na właściwe tory, dzięki czemu można wyczuć to słynne burtonowskie tempo i w pełni dać się porwać ekranowemu szaleństwu. Do tego momentu cała opowieść snuje się bez większych emocji i celu. Zupełnie jak Monica Bellucci, której rola ogranicza się właściwie tylko do dreptania po planie i wypowiedzenia dwóch kwestii. Wspomnianych emocji brakuje nawet w kulminacyjnej scenie. Natomiast równie absurdalny, co po prostu zbędny epilog wypadałoby po prostu przemilczeć.

Tim Burton sobie nie folgował. W niektórych scenach reżyser dał upust swojej wyobraźni, a także podostrzonemu względem oryginału poczuciu humoru.

Burton wciąż jednak ma to "coś"



No dobrze, ale jeśli ktoś, tak jak Tim Burton, potrafi zaczarować widza niepowtarzalnym klimatem swoich dzieł i w fenomenalny sposób uzewnętrznić swoje fantazje, to jesteśmy mu w stanie sporo wybaczyć. Jako zagorzały fan twórczości autora "Jeźdźca bez głowy" czy "Gnijącej panny młodej" sam wielokrotnie przymykałem oko na fabularne uproszczenia i niedobory emocji. Bo na ekranie działa się prawdziwa magia. W "Beetlejuice, Beetlejuice" Burton jest kiepskim opowiadaczem, za to wciąż wybitnym kreatorem.

Po kilku przeciętnych projektach reżyser wraca do źródeł, oferując publiczności czystą esencję autorskiego stylu. Komediowa makabra idzie pod rękę z wizualną groteską. Jest mrocznie, a jednocześnie naprawdę zabawnie. A co najbardziej istotne, w porównaniu do "jedynki" mamy możliwość jeszcze większej ekspansji zaświatów, a sam Beetlejuice pojawia się na ekranie o wiele częściej niż w oryginale. I co ważne, wciąż jest tak samo arogancki, obleśny, oślizgły i rozbrajający.

Michael Keaton dostał więc od Burtona znacznie większe pole manewru i wykorzystał tę okazję koncertowo. Aktor wraca do kultowej roli po 36 latach, choć można odnieść wrażenie, że na planie nie było go raptem 3 tygodnie. Równie znakomity popis daje Catherine O'Hara, której Delia w oryginale była raczej postacią celowo marginalizowaną, a jednocześnie antypatyczną. Tutaj sprawia wrażenie najsympatyczniejszej z całego różnorodnego panteonu postaci.

Poprawnie wypada Jenna Ortega, której trudno cokolwiek zarzucić, ale jednocześnie trudno za coś szczególnie nagrodzić brawami. W stylistyce Burtona niewątpliwie czuje się jak ryba w wodzie. Nie mam wątpliwości, że w latach 90. zdystansowałaby obie ulubione aktorki reżysera, a więc Helenę Bohnam-Carter i Winonę Ryder, która akurat w drugim "Soku" sprawia wrażenie nieobecnej. Zupełnie jak duchy, z którymi kontaktuje się jej postać.



W jednej ze scen Astrid odwiedza strych posiadłości swoich dziadków i zachwyca się makietą miasteczka Winter River. Podobnie na nowego "Soka z żuka" mogą spoglądać fani "jedynki". To makieta. Pieczołowicie wykonana, z dbałością o detale i wierność oryginałowi, ale tylko makieta pierwszego filmu. Nie ma tu zbyt wiele życia, choć w kontekście opowieści o truposzach brzmi to jak herezja. Udana rekonstrukcja, ale nic ponadto.

Czy jest to kontynuacja, na którą czekaliśmy? Raczej nie. Czy to kontynuacja, której potrzebowaliśmy? Odpowiadając w imieniu fanów Burtona: raczej tak. Sprzeczność? Tak, podobnie jak sam Beetlejuice, którego równie mocno uwielbiamy, jak i się nim brzydzimy (ale tylko trochę).

6/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

7.6
43 oceny

Beetlejuice Beetlejuice (3 opinie)

(3 opinie)
fantasy, horror, komedia

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (40)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

Etnomatograf. Kino w muzeum. Grudzień 2025

impreza filmowa, projekcje filmowe