Recenzja "Bridget Jones: Szalejąc za facetem". Wciąż wzrusza i bawi do łez

Tomasz Zacharczuk
15 lutego 2025 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (61)
W "Szalejąc za facetem" Bridget Jones próbuje na nowo poukładać sobie życie po śmierci ukochanego. Odnalezienie się w uczuciach i powrocie do pracy nie będzie jednak łatwe.

Czy współczesne kino potrzebuje jeszcze Bridget Jones? Prawie 25 lat po premierze pierwszego filmu poświęconego zwariowanym perypetiom nieporadnej i niepoprawnej romantyczki wydaje się, że postać wymyślona przez Helen Fielding już zaoferowała widzom to, co miała najlepszego w swoim repertuarze. W czwartej części zatytułowanej "Szalejąc za facetem" obserwujemy więc głównie mniej lub bardziej udane ogrywanie sprawdzonych schematów i wciąż znakomitą w swojej popisowej roli Renee Zellweger. I nawet jeśli całej serii brakuje już świeżości, to nie sposób nie zauważyć, że nadal potrafi ona bawić i wzruszać. Najnowszy film Michaela Morrisa tylko to potwierdza.





Bridget Jones została wdową


Bridget Jones znów jest sama. Jej uczuciowa i życiowa stabilizacja nie trwała zbyt długo. Tym razem nie zawiniły jednak pochopne decyzje i niewłaściwe wybory głównej bohaterki. Prowodyrem całego zamieszania okazał się los, który niejednokrotnie już potrafił zadrwić z Bridget, ale teraz wyprowadził w jej kierunku bolesny i nokautujący cios.

Mark Darcy, z którym Jones postanowiła założyć rodzinę, zginął tragicznie podczas misji pokojowej w Sudanie. Kobieta została z dwójką małych dzieci - 9-letnim Billym i 4-letnią Mabel. Najsłynniejsza swego czasu singielka wielkiego ekranu jest więc teraz wdową w dojrzałym wieku i z wielką emocjonalną pustką w sercu.

Helen Fielding, czyli autorka książek o Bridget Jones i współscenarzystka poprzednich filmów z tego cyklu, postawiła na terapię wstrząsową. Chcąc kontynuować opowieść, nie miała zresztą innego wyjścia. Z uporządkowanego i sielankowego życia Bridget u boku Darcy'ego nie udałoby się zapewne wycisnąć zbyt wiele soczystej treści na kolejną produkcję. Trzeba było więc sięgnąć po radykalne rozwiązania.

Czy słusznie? Na to pytanie powinni już sobie odpowiedzieć najbardziej zagorzali fani tej serii, choć jest to trudny dylemat: pożegnać się definitywnie z sympatyczną Angielką i pozostać z wizją happy-endu z "Bridget Jones 3" czy jednak domagać się powrotu swojej ulubienicy za wszelką cenę?

  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

"Bridget Jones 4": powtarzalność z nutką świeżości



Film Michaela Morrisa udowadnia, że druga z tych opcji ma rację bytu i swoje uzasadnienie. Wraz z Bridget przeżywaliśmy już romantyczne uniesienia i bolesne rozstania. Widzieliśmy jej zawodowe wzloty i upadki. Obserwowaliśmy też, jak oswaja się z macierzyństwem i wkracza w uroki ustabilizowanego życia rodzinnego. Teraz, z jej pomocą, uczymy się, w jaki sposób stawiać czoła przeciwnościom losu, przepracować żałobę i rozpocząć nowy etap, mając już dość spory bagaż doświadczeń. "Szalejąc za facetem" wprowadza więc do całej serii kilka nowych ożywczych elementów, uwiarygadniając tym samym sens kontynuacji.

Nie zmienia to jednak faktu, że czwarta część "Bridget Jones" powiela jednocześnie przypadłości każdego filmowego sequela, który z jednej strony chce widza zaskoczyć czymś nowym, a zarazem nie do końca potrafi zerwać z tym, co już było.

Niektóre zapożyczenia z poprzednich odsłon mają rzeczywiście swój urok. W jednym z kadrów znów widać słynne beżowe majtasy, wraca też - choć w formie zawoalowanego słownego żartu - nieodłączne dla tej serii "All By Myself". Wraca także mnóstwo postaci z poprzednich części, choć część z tych comebacków wydaje się sztucznie wymuszona i wrzucona na siłę. Symboliczną obecność na ekranie zalicza Colin Firth, tylko w jednej scenie gra Jim Broadbent (choć ma to akurat swoje uzasadnienie), niewiele więcej ekranowego czasu dostaje Hugh Grant (którego w "trójce" nie było).

Na niewiele kreatywności scenarzyści "Szalejąc za facetem" pozwolili sobie również przy konstruowaniu głównych wątków fabuły. Pojawiający się w życiu Jones mężczyźni - przystojny, spontaniczny i dużo młodszy od Bridget Roxster (Leo Woodall) oraz zafiksowany na punkcie dyscypliny i porządku szkolny nauczyciel, "ochrzczony" przez główną bohaterkę "faszystą z gwizdkiem", pan Wallaker (Chiwetel Ejiofor) - funkcjonują na zasadzie oczywistych kontrastów.

Wypisz-wymaluj Mark Darcy i Daniel Cleaver. Można nawet stwierdzić, że nowi bohaterowie są nieco zmodyfikowanymi wariantami obu adoratorów Bridget z poprzednich części. Niby są to nowe rozgrywki miłosne, ale talia kart, którymi grają główne postaci, jakby ta sama.

Czwarta część "Bridget Jones", zwłaszcza przez pierwszą godzinę seansu, oferuje widzom sporo dobrej rozrywki. To udany powrót uwielbianej bohaterki, ale chyba też odpowiedni moment na to, by się z nią pożegnać.

Bridget wciąż bawi, choć potrafi też wzruszyć



Dużo w filmie Michela Morrisa jest także humoru doskonale znanego z poprzednich części. Zwłaszcza pierwsza połowa "Szalejąc za facetem" obfituje w slapstickowe gagi i słowne utarczki, które chwilami autentycznie potrafią rozbawić do łez. Materiału do żartów jest zresztą sporo - Bridget i jej życiowa fajtłapowatość, Bridget i aplikacje randkowe, Bridget i jej kompleksy na tle dużo młodszego partnera, a w końcu Bridget-mama nie zawsze zdolna ogarnąć domowy rozgardiasz.

Pierwsza godzina seansu upływa błyskawicznie nie tylko za sprawą bardzo sprawnego tempa, ale właśnie dzięki utrzymaniu naprawdę dobrego poziomu komedii. A w przypadku drugich, trzecich czy - tak jak w tym przypadku - czwartych filmów w serii nie zawsze jest to regułą.

W drugiej godzinie Morris nieco zmienia rozkład emocjonalnych akcentów. Wkrada się sporo powagi i życiowych refleksji, a nieporadna Bridget przeobraża się w Bridget dojrzałą i gotową do niełatwych rozliczeń z przeszłością. I choć jest to scenariuszowy krok w dobrą stronę, to jednak tak radykalna zmiana tempa i nastroju psuje trochę przyjemność z zabawy.

"Siada" nie tylko tempo, ale również sens niektórych wątków. Część z nich twórcy domykają w zbyt dużym pośpiechu, a inne formują dość niezgrabnie i niedostatecznie przekonująco. Finalnie wszystkie te elementy fabuły układają się w satysfakcjonujący happy-end - może nader oczywisty i cukierkowy, ale jest to przecież wpisane w DNA całego cyklu.

Żaden z filmów o Bridget Jones nie odniósłby takiego sukcesu bez świetnej roli Renee Zellweger. Nie inaczej jest w przypadku "Szalejąc za facetem". Oprócz odtwórczyni głównej roli za zabawianie widzów z powodzeniem biorą  się też Emma Thompson i Hugh Grant.

Renee Zellweger wciąż to ma!



Czy z kolei w DNA Renee Zellweger zakodowana jest sama Bridget Jones? Niewykluczone, bo patrząc na ekran trudno jest dostrzec tylko aktorkę wcielającą się w określoną rolę. Widzimy po prostu Bridget Jones. I nie chodzi już nawet o ogromny szacunek, jakim Zellweger obdarowuje swoją postać, dzięki której zdobyła ogromną rozpoznawalność i wypracowała sobie silną pozycję w świecie filmowym.

To jeden z rzadkich jednak w kinie przykładów bardzo silnego emocjonalnego zżycia aktorki z ekranową bohaterką i czerpania autentycznej frajdy z możliwości ponownego wejścia w jej buty. W "Szalejąc za facetem" od początku do końca widać niezwykle pozytywną energię u Zellweger, którą po raz czwarty zjednuje sobie widzów i zaskarbia ich może już nawet nie tyle sympatię, co uwielbienie. A dodatkowo widać w tym wszystkim jeszcze świeżość, pomimo tego, że od debiutu w roli Bridget minęło prawie ćwierć wieku.

Jeżeli ktoś z pozostałej części obsady jest w stanie dorównać Zellweger, to chyba tylko rewelacyjna w epizodach, wracająca po raz kolejny do serii, Emma Thompson. Wraca też Hugh Grant i pomimo wspomnianej wcześniej ograniczonej liczby minut, wypada naprawdę przekonująco. Na tyle, że w zasadzie nie potrzebuje nawet kolejnych scen. W tych, których się pojawia, daje na tyle dużo, że fani Daniela Cleavera nie powinni czuć się mimo wszystko zawiedzeni.

Duży plus wędruje też na konto scenarzystów za to, że relacji Daniela i Bridget nie próbowali na siłę cofnąć do wcześniejszych etapów i znaleźli dla obojga przestrzeń do funkcjonowania obok siebie.

Czy jeszcze więcej filmowej przestrzeni dostanie w przyszłości sama Jones? Kolejny już raz dostajemy zakończenie sugerujące, że faktycznie może być to "last dance" Zellweger w roli Bridget. Tyle że 9 lat temu także wydawało się, że ten rozdział jest już powoli domykany. I chyba tym razem rzeczywiście w tym dzienniku należałoby postawić ostatnią kropkę.

Czwarta odsłona cyklu na pewno nie zaniża jego poziomu i jest gwarantem dobrej zabawy, aczkolwiek więcej drzwi przed scenarzystami zamyka niż otwiera. Może to ten czas, by pomachać Bridget i krzyknąć "farewell, Mrs Jones!".

6/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

6.8
53 oceny

Bridget Jones: Szalejąc za facetem (18 opinii)

(18 opinii)
komedia romantyczna

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (61)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Rumia

Pruszcz Gdański

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

25 zł
projekcje filmowe, wystawa

Miesiąc Kobiet w Galerii Morena - bezpłątne spotkania i warsztaty

projekcje filmowe, warsztaty, targi

Kino Seniora w Kameralnym - bilety 12 zł | marzec

12 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe