Recenzja "F1: Film". Bolid z napisem "największy hit lata"
W Formule 1 o sukcesie często decyduje geniusz konstruktora bolidu i talent kierowcy, który potrafi wydobyć z maszyny maksymalne osiągi. Ten sam schemat sprawdza się też na wielkim ekranie. Kolejny raz, po "Mavericku", Joseph Kosinski udowadnia, że jest wybitnym konstruktorem współczesnego kina akcji, zaś Brad Pitt potrafi tę filmową wyścigówkę rozpędzić do szalonych prędkości i - pomimo paru "wycieczek" poza tor - wjechać nią z impetem na metę. Nie trzeba być zagorzałym fanem motorsportu, by uznać "F1: Film" za produkcję, która bez trudu wywalczy pole position wśród blockbusterów tegorocznego sezonu.
KINO Co w kinie? Sprawdź aktualny repertuar
Sonny Hayes (Brad Pitt) dawniej miał niemal wszystko: miejsce w zespole Formuły 1, niebywały talent, młodzieńczą brawurę, mentalność zwycięzcy i potencjał na przyszłego, kilkukrotnego mistrza świata "królowej motorsportu". Na początku lat 90. z powodzeniem ścigał się z legendami - Ayrtonem Senną i Michaelem Schumacherem. Dramatyczny wypadek podczas Grand Prix Hiszpanii, który omal nie kosztował go życia, w ułamku sekundy przekreślił marzenia o byciu numerem jeden i pozostaniu w tym elitarnym sporcie. 30 lat po tych wydarzeniach Hayes swoim zdezelowanym vanem objeżdża Amerykę, łapiąc się każdej nadarzającej się okazji, by brać udział w różnego rodzaju wyścigach.
Za kierownicą nadal jest nieokiełznany i bezczelny, a przede wszystkim - wciąż piekielnie szybki. Poza torem jednak jego życie stoi pod znakiem nieustannych awarii, usterek i kraks. Problemy ze zdrowiem, nieudane związki, dwa rozwody i roztrwoniona za sprawą hazardu fortuna sprawiły, że wszystko, co wydawało się najlepsze w jego życiu, Sonny może dziś oglądać już jedynie w lusterku wstecznym. Nieoczekiwanie zła karta może się w końcu odwrócić. Tuż po tym, jak Hayes w efektownym stylu zapewnia wygraną swojemu zespołowi w 24-godzinnej Daytonie, odwiedza go były partner z teamu F1. Ruben (Javier Bardem) jest dziś szefem Apex GP - "kopciuszka" wśród tuzów Formuły.
Zamykający klasyfikację drużynową zespół, który na półmetku sezonu uzbierał okrągłe zero punktów, pilnie potrzebuje wyników, by nie doszło do jego zlicytowania, a w konsekwencji do rozpadu. Stąd desperacka decyzja Rubena, by fotel jednego z kierowców Apex GP obsadzić ponad pięćdziesięcioletnim weteranem. Hayes swoimi umiejętnościami i doświadczeniem ma nie tylko podreperować pozycję teamu, ale również wcielić się w rolę mentora dla drugiego z kierowców, Joshuy Pearce'a (Damson Idris). A może być to jeszcze większym wyzwaniem niż punktowanie w wyścigach, bo młodzian - choć ambitny i zdolny - bywa krnąbrny i oporny wobec rad "staruszka", który w F1 niczego konkretnego nie osiągnął.
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Filmowy bolid z silnikiem "Mavericka"
Zarówno stojący za kamerą Joseph Kosinski, jak i odpowiedzialny za scenariusz Ehren Kruger obierają w swojej opowieści ten sam tor jazdy, co wiele poprzednich filmów z nurtu kina sportowego (zwłaszcza lat 90.). Mamy więc klasyczną, po części naiwną i do bólu przewidywalną historię o odkupieniu, próbie powrotu na szczyt i udowodnieniu wszystkim wokół, że życiowy "przegryw" ma jeszcze wiele do ugrania. Twórcy "F1: Film" stopniowo odhaczają też kolejne elementy tego typu widowisk: nie zawsze czystą rywalizację weterana z żółtodziobem i ich konflikt także poza torem, nachalnie wkomponowany w fabułę wątek romantyczny i oczywiście opowieść o grupie nieudaczników, którzy - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - nagle zaczynają stawać na wysokości zadania i prowadzić swój team do sukcesu.
Na poziomie fabuły nie wszystkie podzespoły funkcjonują prawidłowo. Czasami razi w oczy brak konsekwencji i logiki, niekiedy przeszkadza spora umowność i skrótowość w rozwijaniu akcji. Aż chciałoby się, aby na tor wyjechał "samochód bezpieczeństwa" i uporządkował nieco kolejność wydarzeń - tak, by w tym czasie twórcy filmu pozbierali niepotrzebne elementy, które zaśmiecają opowieść (zwłaszcza w jej środkowym akcie). Przyznajmy jednak otwarcie: nie fabuła jest tu najważniejsza. I Kosinski doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego całą moc "F1: Film" oparł na "silniku" "Mavericka". Tam zadziałało to bez zarzutu. Tutaj - nie licząc paru pomniejszych usterek - sprawdza się równie dobrze.
Efekty i emocje, które wbijają w fotel
Tak jak w kontynuacji "Top Gun" zachwycały nas podniebne akrobacje i sposób realizowania scen w powietrzu, tak w "F1: Film" cała wizualna maestria skoncentrowana jest na wyścigach. Ujęcia z kokpitu pojazdów, z kamer umieszczonych na kaskach kierowców i z boku bolidów, a do tego dynamiczny montaż, kamery obracające się z ruchem głowy kierowcy, szerokie kadry z wyprzedzającymi i rozbijającymi się autami - to wszystko sprawia, że widowisko Kosinskiego po prostu wgniata w kinowy fotel i sprawia, że w nadmiarze emocji i adrenaliny wywiercamy palcami dziury w oparciach siedzeń. Nie dało się tego zrobić lepiej, by oddać jednocześnie ducha sportowej rywalizacji, jak i esencję oraz piękno samej Formuły 1.
Tak spektakularnego dla oka efektu nie udałoby się uzyskać bez zaangażowania i poświęcenia aktorów, którzy na własnej skórze musieli poczuć trudy prowadzenia bolidów i związane z tym przeciążenia. Do nagrywania poszczególnych sekwencji nie użyto co prawda pojazdów Formuły 1, a zmodyfikowanych bolidów Formuły 2, ale rezultat, jaki widzimy na ekranie, jest zjawiskowy. Dopełnieniem operatorskich fajerwerków jest także świetnie zbilansowany soundtrack - od klasycznych rockowych kawałków Queen i Led Zeppelin po bardziej nowoczesne brzmienia. Nie można też zapomnieć o pracy, jak zawsze, niezawodnego Hansa Zimmera, którego oryginalna muzyka podnosi temperaturę seansu o co najmniej kilka kresek i buduje poza kadrem własną narrację nasączoną emocjami.
"F1" tylko dla fanów F1? W żadnym wypadku
Niewątpliwie wszystkie realizacyjne zabiegi najbardziej docenią zagorzali miłośnicy Formuły 1, którzy w filmie Kosinskiego mogą się zakochać, ale jednocześnie poczują momentami... irytację lub wręcz rozbawienie. Pozytywne wrażenia z pewnością potęguje nagrywanie sekwencji na prawdziwych torach podczas prawdziwych wyścigów - od legendarnego Silvestrone, poprzez węgierski Hungaroring czy belgijskie spa, aż po włoską Monzę. Na ekranie widzimy oryginalne padoki wielu stajni F1, ale też twarze nie tylko samych zawodników - na czele z Maxem Verstappenem czy Lewisem Hamiltonem (jeden z producentów i konsultantów filmu), lecz również osób stojących na czele dzisiejszych teamów F1 i legend tej dyscypliny. Cała otoczka i "insajderski" wgląd w strukturę wyścigów dają niesamowite poczucie realizmu.
Nieco gorzej pod tym względem wyglądają już same zawody. "Brudne" zagrywki Hayesa, jego - delikatnie mówiąc - kontrowersyjny styl jazdy, sposób komunikacji z zespołem i wywieranie na nim presji dalekie są od standardów F1 i tego, jak na co dzień przebiegają wyścigi. To, co na ekranie wygląda jak element sprytnie uknutej strategii, w rzeczywistości zapewne skończyłoby się wysypem kar i dyskwalifikacji. Należy po prostu na to przymknąć oko i pamiętać, że mamy do czynienia z fabularną opowieścią, a nie kolejnym odcinkiem dokumentalnego serialu Netfliksa. I choć intensywność i mnogość zwrotów akcji podczas pojedynczego wyścigu mogą budzić zdziwienie wśród znawców motorsportu, to jest to konsekwentna strategia twórców, którzy zmagania na torze musieli nie tylko uatrakcyjnić, ale też objaśnić laikom niemającym dużej styczności z tą dyscypliną.
Pitt nie potrzebuje pit-stopów
Dzięki temu podejściu "F1: Film" to szalenie wciągające i intensywne filmowe doświadczenie również dla tych widzów, którzy nie pasjonują się pojedynkami Mercedesa z Ferrari. Ba, świetnie bawić się powinni nawet ci, którzy na co dzień nie prowadzą samochodu i nie mają prawa jazdy. Duża w tym zasługa Josepha Kosinskiego, który umiejętnie potrafi dozować emocje i podbijać je w najbardziej odpowiednim do tego momencie. Trudno też nie docenić pracy całej obsady - nawet tych aktorów schowanych nieco na drugim planie.
Javier Bardem obdzielił swoją postać taką sympatią, że trudno za nią od początku nie trzymać kciuków. Kerry Condon w roli głównej konstruktorki Apex GP świetnie daje sobie radę, ale niestety tylko do momentu, gdy twórcy filmu "wrabiają" ją w związek z Sonnym. Wtedy aktorka staje się już tylko dekoracją dla samego Pitta. Niezły jest młody Damson Idris. Co prawda scenariusz nie pozwala mu za bardzo rozwinąć postaci Joshuy, ale na krótki moment jest nawet pełnoprawnym partnerem dla głównej gwiazdy "F1: Film". A bezapelacyjnie jest nią Brad Pitt.
Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy Sonny Hayes jest zbitką kilku dotychczasowych postaci granych przez hollywoodzkiego gwiazdora, czy może odbiciem samego aktora. Gdyby postawić na to pierwsze, to mamy tu sporo nonszalancji i celowo przeszarżowanej brawury Aldo Raine'a z "Bękartów wojny", stoickiego spokoju i dystansu Bootha z "Pewnego razu... w Hollywood" oraz odrobiny cwaniactwa i poczucia humoru Rusty'ego z "Ocean's Eleven". Jedno jest pewne: Sonny Hayes od pierwszych kadrów "kupuje" nas swoją charyzmą i sposobem bycia. Dla samego Pitta natomiast "F1: Film" jest dokładnie tym, czym dla Toma Cruise'a był "Maverick" - stemplem na wizerunku jednej ze współczesnych ikon sztuki filmowej.
"F1: Film" dowozi
W jednej ze scen bohater grany przez Brada Pitta, pytany o to, dlaczego wciąż się ściga, mówi, że właśnie w ten sposób może na chwilę zatrzymać czas i odizolować się od wszystkiego i wszystkich. Podobne wrażenia w widzach może wzbudzać najnowsze dzieło Kosinskiego. "F1: Film" pochłania absolutnie i na ponad dwie godziny przenosi nas do innego świata, angażuje różne rejony naszych emocji i cieszy oko imponującymi efektami specjalnymi i obłędnie zrealizowanymi kadrami. Trudno od letniego blockbustera oczekiwać więcej.
Dlatego - choć to dopiero początek lata - można chyba kosztującemu ponad 300 mln dolarów widowisku (i widać ten finansowy rozmach w każdej niemal scenie) przyznać tytuł największego hitu tych wakacji. Jasne, nie obyło się bez przymusowych pit stopów i zaliczania pobocza. Filmowy bolid skonstruowany przez Kosinskiego i prowadzony przez Pitta bywa trochę nadsterowny na emocjonalnych zakrętach i niestabilny na fabularnych szykanach, ale mknie z taką prędkością i robi tyle zamieszania na torze, że trudno oderwać od niego wzrok. "F1: Film" dosłownie i w przenośni: dowozi.
Film
Opinie wybrane
-
2025-06-28 09:15
Film o Kubicy to by była dopiero historia (5)
Nie dość, że to materiał na film akcji to jeszcze taki z morałem i to napisany przez życie
- 25 4
-
2025-07-02 12:40
Kubica? To ten, który na własne życzenie skasował sobie karierę?
Startował w wyścigu w którym nie musiał, ambicja go jak zwykle poniosła i wywalił w barierkę, która mało go nie zabiła, a na stałe go okaleczyła. Przez to nie został legendą w F1. No faktycznie, jest o czym kręcić....
- 0 3
-
2025-06-28 19:05
Tym bardziej że Kubica wygrał, ostatnio 24 le mans
- 4 0
-
2025-06-28 17:05
(2)
Tak, ale ten film trwałby 15 min.
- 1 5
-
2025-06-28 17:32
To nie znasz jego kariery. (1)
- 5 0
-
2025-07-01 18:03
Aż za, eeeeeee, dobrze
Niby taki mistrz kierownicy, ale lepiej mu wyszła cza-cza w TzG, niż rondel andorra. Chociaż znajdą się tacy co powiedzą, że to spisek volkswagena przeciw wielkiemu polakowi.
- 0 2
-
2025-06-28 20:07
Warto
Dobrze wydane pieniądze na bilety patrząc na filmy konkurencyjne w repertuarze.
- 8 1
-
2025-06-28 17:25
Mam o tym filmie takie samo zdanie jak o ostatnim Drive to Survive Netflixa (1)
To jest pulp fiction oderwane od rzeczywistości ulepione z kolorowych kawałków po to, żeby ludzie którzy totalnie nic nie wiedzą o tym sporcie byli w stanie to obejrzeć. Są samochody jest Brad Pitt i w ogóle. Max Verstappen miał za darmochę wejściówkę na premierę tegoż filmu, a jednak wolał zostać w domu pościgać z kolegami w sim racingu. Dość wymownie wyraził w ten sposób swój stosunek do tego filmu.
- 6 5
-
2025-06-28 17:32
F1 się sprzedało, robią wszystko żeby jak najbardziej wejść w komercję
- 2 0
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
