Recenzja "Kopnęłabym cię, gdybym mogła": mocny thriller macierzyński, który podzieli widzów

Tomasz Zacharczuk
21 lutego 2026, godz. 07:00
Opinie (14)
W filmie Mary Bronstein śledzimy kilka dni z życia Lindy - kobiety, której coraz trudniej jest odnaleźć się w prywatnym i zawodowym chaosie.

Gdyby wymyślono plebiscyt na najbardziej intrygujący tytuł filmu, dzieło Mary Bronstein w tym roku uplasowałoby się zapewne w ścisłej czołówce takiego zestawienia. Oryginalność tej produkcji wcale jednak nie zamyka się tylko w napisie widocznym na plakacie. "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" jest swego rodzaju "thrillerem macierzyńskim", który o byciu rodzicem opowiada bez upiększających filtrów, wzniosłych deklaracji i wybielających rzeczywistość klisz. Duszne i przytłaczające, ale jednocześnie niestroniące od czarnego humoru kino z genialną Rose Byrne w roli kobiety uwięzionej w pułapce bezradności - nie powinno więc dziwić, że otrzymała nominację do Oscara w kategorii "Najlepsza aktorka pierwszoplanowa".





Jak intensywny i wręcz klaustrofobiczny będzie to seans, podpowiada nam już pierwsza scena, w której w ciasnym kadrze zastyga zmęczona twarz głównej bohaterki. Podczas rozmowy z lekarką Linda (Rose Byrne) próbuje niezdarnie zamaskować wycieńczenie i przekonać towarzyszącą jej córkę, że "mama wcale nie jest smutna". Powodów do przesadnej radości w życiu kobiety na próżno jednak szukać. Jej dziecko zmaga się z niesprecyzowaną przez scenariusz chorobą, która wymaga podawania dziewczynce pokarmów dojelitowo za pomocą specjalnej tuby. Oznacza to, że Linda każdej nocy musi być w trybie "stand by" i czuwać nad prawidłowym funkcjonowaniem medycznej aparatury. I nie może w tym przypadku liczyć na wsparcie zapracowanego i w związku z tym nieobecnego męża.

W pracy też nie jest lekko. Zawód psychoterapeutki wymaga od Lindy cierpliwości, uważności i empatii - a w stanie chronicznego przeciążenia trudno jest o to zadbać. Tym bardziej że pacjenci do najłatwiejszych akurat nie należą. Wydaje się, że wszystko kobiecie zaczyna walić się na głowę. I to dosłownie - jak choćby wtedy, gdy w domu Lindy zapada się sufit, odsłaniając ogromną dziurę, która poniekąd symbolizuje miejsce, w jakim emocjonalnie znajduje się bohaterka filmu Mary Bronstein.

Reżyserka "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" skupia się w swojej historii na ciemnej stronie macierzyństwa, pokazując, w jaki sposób osamotnienie, nadmiar odpowiedzialności i zwyczajna ludzka niepewność prowadzą na skraj załamania nerwowego.

  • Lubię to Lubię to 3
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 3

Kino, które zamiast ukojenia i pocieszenia "częstuje" kopniakami



Być może po przeczytaniu zarysu fabuły niejednemu widzowi zaświeci się czerwona lampka ostrzegająca przed ckliwym dramatem o tym, jak to miłość do dziecka przezwycięży wszelkie kryzysy i przywróci radość z bycia rodzicem. Ale nie jest to kino przynoszące szybkie ukojenie, oswajające wątpliwości i dostarczające gotowych i łatwych rozwiązań. Nie ma tu pokrzepiających instrukcji rodem z parentingowego poradnika. Jest za to zapis surowej, przytłaczającej i wycieńczającej rzeczywistości, jakiej muszą stawić czoła te matki, które w natłoku codziennych obowiązków i wyzwań czują się wypalone, niewystarczające, "wybrakowane".

W "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" Mary Bronstein dość bezceremonialnie i bez żadnych "zmiękczających" środków konfrontuje widza z narracją o macierzyństwie jako doświadczeniu z definicji uskrzydlającym i inspirującym. I pyta: a co, gdy jednak tak nie jest? Jak poradzić sobie z poczuciem winy, narastającą frustracją i poczuciem utraty samej siebie? U Lindy - zajmującej się przecież profesjonalnie merytorycznym i rzeczowym doradzaniem innym - górę nad logiką biorą impulsywne i chaotyczne rozwiązania - w tym sięganie po alkohol i inne używki. Desperackie poszukiwanie sposobów na wyciszenie i ucieczkę od codzienności nawarstwia jednak problemy i jeszcze bardziej komplikuje sytuację życiową Lindy.

"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" to film, który na lewo i prawo rozdaje emocjonalne kopniaki. Jednocześnie to produkcja, w której odnajdziemy wcale nie tak mało czarnego humoru, a nawet elementów zaczerpniętych wprost z horroru. Na zdjęciu: A$AP Rocky i Rose Byrne.

"Thriller macierzyński", który chwilami ogląda się na jednym wdechu



Sądzę, że w tym momencie dość oczywistym jest, iż seans filmu Mary Bronstein do łatwych i przyjemnych nie należy. Ale nie jest to jednocześnie kino, które bezpardonowo sprowadza widza do parteru i odcina mu tlen. Ten gęsty, zawiesisty i "oblepiający" klimat opowieści reżyserka skutecznie rozrzedza całkiem sporą dawką czarnego humoru, a nawet elementami kina grozy czy ekranowym surrealizmem, który akurat najtrafniejszym rozwiązaniem formalnym nie jest i niepotrzebnie odciąga uwagę od "przyziemnej" warstwy tej historii. Symbolika dziur (jest ich więcej niż ta wspomniana w suficie) pochłaniających energię głównej bohaterki jest czytelna, ale stosowana przez Bronstein w nadmiarze staje się zwyczajnie irytująca.



Nie zmienia to faktu, że "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" ogląda się momentami na jednym wdechu - niczym rasowy thriller, choć przecież nie uświadczymy tu scen akcji czy kryminalnych zagadek. Jest natomiast naprawdę sprawne tempo opowieści i konsekwentne zagęszczanie i tak już dusznej atmosfery. Pod tym względem faktycznie dzieło Bronstein przypomina twórczość braci Safdiech, choć znacznie bliższym porównaniem mogłoby być zaklasyfikowanie tego filmu jako kobiecej wersji "Upadku" z Michaelem Douglasem. Jest tu bardzo podobny schemat nawarstwiania fabuły i podnoszenia "temperatury wrzenia" u głównej bohaterki.

Szkoda jedynie, że ta kumulacja wydarzeń i emocji znajduje tak szybkie i chaotyczne ujście w mało angażującym punkcie kulminacyjnym. Choć trzeba jednocześnie przyznać, że ostatnią sceną Bronstein nie tylko obroniła swój film, ale nareszcie zarówno Lindę, jak i nas - pomimo że tylko dyskretnie - to jednak przytuliła.

Niezaprzeczalnie największą gwiazdą filmu jest Rose Byrne, która rozgrywa tu najlepszą partię w swojej dotychczasowej karierze aktorskiej. Nominacja do Oscara w 120 proc. zasłużona.

Twarz Rose Byrne zostaje z nami długo po seansie



"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" potrafi zaskoczyć nie tylko gatunkową swobodą i humorem, ale także obsadą. Któż by wymyślił, by w filmie o macierzyństwie u boku Rose Byrne zagrali raper A$AP Rocky i osobowość telewizyjna Conan O'Brien. Przy czym obie te kreacje należy potraktować bardziej jako barwne ciekawostki niż pełnoprawne drugoplanowe postaci.

Pierwszy z nich wciela się w sąsiada Lindy po tym, jak kobieta wraz z córką zmuszona jest do tymczasowej wyprowadzki z domu do obskurnego motelu. Drugi - w nazbyt przerysowany, aczkolwiek chwilami autentycznie zabawny sposób - gra neurotycznego terapeutę, z którym Linda współpracuje i któremu się zwierza (a przynajmniej próbuje to robić).

Cały jednak aktorski ciężar w filmie Bronstein spada na barki Rose Byrne, która kapitalnie poradziła sobie z taką odpowiedzialnością. Stworzyła jedną z najlepszych i najbardziej przejmujących w ostatnim czasie kobiecych ról w światowym kinie. Podołała niezwykle wymagającemu zadaniu, bo niemal cały czas znajduje się w obiektywie kamery, a ta nieustannie skoncentrowana jest na jej udręczonej, apatycznej i rozpaczliwie poszukującej pomocy twarzy.

Co ciekawe, Bronstein przez cały film w ogóle nie pokazuje jej ekranowej córki. Być może reżyserce zależało na tym, abyśmy nie zbudowali żadnej więzi z dziewczynką, w pełni poświęcając uwagę jej matce. Zabieg nieszablonowy, ale zdał egzamin.



Podobnie jak wspomniana Byrne, dla której nominacja do Oscara była jedynie formalnością. I można jedynie ubolewać nad tym, że w tym samym roku o tylko jedną statuetkę ubiegają się dwie aktorki, które stworzyły kreacje po prostu wybitne. Mowa tu również o Jessie Buckley, która najprawdopodobniej zgarnie złotego rycerzyka za rolę w "Hamnecie". Absolutnie nie umniejsza to jednak staraniom Rose Byrne, w której Lindzie zapewne jak w lustrze przeglądać się będą kobiety mające na głowie milion spraw, a w głowie jeden wielki chaos.

"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" nie jest na pewno filmem skrojonym pod masową widownię. Może być produkcją, która poprzez swoją dziwaczną niekiedy formę i niestandardowe rozwiązania fabularne zrazi do siebie niejednego widza. Ci jednak, którzy szukają w kinie autentyczności i emocji bez retuszu, znajdą w tej historii wszystko, co szczere, a czasami niewygodne, niepopularne, być może niemodne, a nawet wciąż opatrzone jakimś tabu. To kino, które rzeczywiście potrafi dokopać, bo akurat może, ale pozwala potem wstać z kolan i odnaleźć w sobie odwagę do bycia niedoskonałą i niedoskonałym.

7/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

6.6
18 ocen

Kopnęłabym cię, gdybym mogła (5 opinii)

(5 opinii)
thriller, komedia, dramat

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (14)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Rumia

Pruszcz Gdański

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

25 zł
projekcje filmowe, wystawa

Miesiąc Kobiet w Galerii Morena - bezpłątne spotkania i warsztaty

projekcje filmowe, warsztaty, targi

Kino Seniora w Kameralnym - bilety 12 zł | marzec

12 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe