Recenzja "Kopnęłabym cię, gdybym mogła": mocny thriller macierzyński, który podzieli widzów
Gdyby wymyślono plebiscyt na najbardziej intrygujący tytuł filmu, dzieło Mary Bronstein w tym roku uplasowałoby się zapewne w ścisłej czołówce takiego zestawienia. Oryginalność tej produkcji wcale jednak nie zamyka się tylko w napisie widocznym na plakacie. "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" jest swego rodzaju "thrillerem macierzyńskim", który o byciu rodzicem opowiada bez upiększających filtrów, wzniosłych deklaracji i wybielających rzeczywistość klisz. Duszne i przytłaczające, ale jednocześnie niestroniące od czarnego humoru kino z genialną Rose Byrne w roli kobiety uwięzionej w pułapce bezradności - nie powinno więc dziwić, że otrzymała nominację do Oscara w kategorii "Najlepsza aktorka pierwszoplanowa".
KINO Co w kinie? Sprawdź aktualny repertuar
Jak intensywny i wręcz klaustrofobiczny będzie to seans, podpowiada nam już pierwsza scena, w której w ciasnym kadrze zastyga zmęczona twarz głównej bohaterki. Podczas rozmowy z lekarką Linda (Rose Byrne) próbuje niezdarnie zamaskować wycieńczenie i przekonać towarzyszącą jej córkę, że "mama wcale nie jest smutna". Powodów do przesadnej radości w życiu kobiety na próżno jednak szukać. Jej dziecko zmaga się z niesprecyzowaną przez scenariusz chorobą, która wymaga podawania dziewczynce pokarmów dojelitowo za pomocą specjalnej tuby. Oznacza to, że Linda każdej nocy musi być w trybie "stand by" i czuwać nad prawidłowym funkcjonowaniem medycznej aparatury. I nie może w tym przypadku liczyć na wsparcie zapracowanego i w związku z tym nieobecnego męża.
W pracy też nie jest lekko. Zawód psychoterapeutki wymaga od Lindy cierpliwości, uważności i empatii - a w stanie chronicznego przeciążenia trudno jest o to zadbać. Tym bardziej że pacjenci do najłatwiejszych akurat nie należą. Wydaje się, że wszystko kobiecie zaczyna walić się na głowę. I to dosłownie - jak choćby wtedy, gdy w domu Lindy zapada się sufit, odsłaniając ogromną dziurę, która poniekąd symbolizuje miejsce, w jakim emocjonalnie znajduje się bohaterka filmu Mary Bronstein.
Reżyserka "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" skupia się w swojej historii na ciemnej stronie macierzyństwa, pokazując, w jaki sposób osamotnienie, nadmiar odpowiedzialności i zwyczajna ludzka niepewność prowadzą na skraj załamania nerwowego.
-
Lubię to 3
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 3
Kino, które zamiast ukojenia i pocieszenia "częstuje" kopniakami
Być może po przeczytaniu zarysu fabuły niejednemu widzowi zaświeci się czerwona lampka ostrzegająca przed ckliwym dramatem o tym, jak to miłość do dziecka przezwycięży wszelkie kryzysy i przywróci radość z bycia rodzicem. Ale nie jest to kino przynoszące szybkie ukojenie, oswajające wątpliwości i dostarczające gotowych i łatwych rozwiązań. Nie ma tu pokrzepiających instrukcji rodem z parentingowego poradnika. Jest za to zapis surowej, przytłaczającej i wycieńczającej rzeczywistości, jakiej muszą stawić czoła te matki, które w natłoku codziennych obowiązków i wyzwań czują się wypalone, niewystarczające, "wybrakowane".
W "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" Mary Bronstein dość bezceremonialnie i bez żadnych "zmiękczających" środków konfrontuje widza z narracją o macierzyństwie jako doświadczeniu z definicji uskrzydlającym i inspirującym. I pyta: a co, gdy jednak tak nie jest? Jak poradzić sobie z poczuciem winy, narastającą frustracją i poczuciem utraty samej siebie? U Lindy - zajmującej się przecież profesjonalnie merytorycznym i rzeczowym doradzaniem innym - górę nad logiką biorą impulsywne i chaotyczne rozwiązania - w tym sięganie po alkohol i inne używki. Desperackie poszukiwanie sposobów na wyciszenie i ucieczkę od codzienności nawarstwia jednak problemy i jeszcze bardziej komplikuje sytuację życiową Lindy.
"Thriller macierzyński", który chwilami ogląda się na jednym wdechu
Sądzę, że w tym momencie dość oczywistym jest, iż seans filmu Mary Bronstein do łatwych i przyjemnych nie należy. Ale nie jest to jednocześnie kino, które bezpardonowo sprowadza widza do parteru i odcina mu tlen. Ten gęsty, zawiesisty i "oblepiający" klimat opowieści reżyserka skutecznie rozrzedza całkiem sporą dawką czarnego humoru, a nawet elementami kina grozy czy ekranowym surrealizmem, który akurat najtrafniejszym rozwiązaniem formalnym nie jest i niepotrzebnie odciąga uwagę od "przyziemnej" warstwy tej historii. Symbolika dziur (jest ich więcej niż ta wspomniana w suficie) pochłaniających energię głównej bohaterki jest czytelna, ale stosowana przez Bronstein w nadmiarze staje się zwyczajnie irytująca.
Nie zmienia to faktu, że "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" ogląda się momentami na jednym wdechu - niczym rasowy thriller, choć przecież nie uświadczymy tu scen akcji czy kryminalnych zagadek. Jest natomiast naprawdę sprawne tempo opowieści i konsekwentne zagęszczanie i tak już dusznej atmosfery. Pod tym względem faktycznie dzieło Bronstein przypomina twórczość braci Safdiech, choć znacznie bliższym porównaniem mogłoby być zaklasyfikowanie tego filmu jako kobiecej wersji "Upadku" z Michaelem Douglasem. Jest tu bardzo podobny schemat nawarstwiania fabuły i podnoszenia "temperatury wrzenia" u głównej bohaterki.
Szkoda jedynie, że ta kumulacja wydarzeń i emocji znajduje tak szybkie i chaotyczne ujście w mało angażującym punkcie kulminacyjnym. Choć trzeba jednocześnie przyznać, że ostatnią sceną Bronstein nie tylko obroniła swój film, ale nareszcie zarówno Lindę, jak i nas - pomimo że tylko dyskretnie - to jednak przytuliła.
Twarz Rose Byrne zostaje z nami długo po seansie
"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" potrafi zaskoczyć nie tylko gatunkową swobodą i humorem, ale także obsadą. Któż by wymyślił, by w filmie o macierzyństwie u boku Rose Byrne zagrali raper A$AP Rocky i osobowość telewizyjna Conan O'Brien. Przy czym obie te kreacje należy potraktować bardziej jako barwne ciekawostki niż pełnoprawne drugoplanowe postaci.
Pierwszy z nich wciela się w sąsiada Lindy po tym, jak kobieta wraz z córką zmuszona jest do tymczasowej wyprowadzki z domu do obskurnego motelu. Drugi - w nazbyt przerysowany, aczkolwiek chwilami autentycznie zabawny sposób - gra neurotycznego terapeutę, z którym Linda współpracuje i któremu się zwierza (a przynajmniej próbuje to robić).
Cały jednak aktorski ciężar w filmie Bronstein spada na barki Rose Byrne, która kapitalnie poradziła sobie z taką odpowiedzialnością. Stworzyła jedną z najlepszych i najbardziej przejmujących w ostatnim czasie kobiecych ról w światowym kinie. Podołała niezwykle wymagającemu zadaniu, bo niemal cały czas znajduje się w obiektywie kamery, a ta nieustannie skoncentrowana jest na jej udręczonej, apatycznej i rozpaczliwie poszukującej pomocy twarzy.
Co ciekawe, Bronstein przez cały film w ogóle nie pokazuje jej ekranowej córki. Być może reżyserce zależało na tym, abyśmy nie zbudowali żadnej więzi z dziewczynką, w pełni poświęcając uwagę jej matce. Zabieg nieszablonowy, ale zdał egzamin.
Podobnie jak wspomniana Byrne, dla której nominacja do Oscara była jedynie formalnością. I można jedynie ubolewać nad tym, że w tym samym roku o tylko jedną statuetkę ubiegają się dwie aktorki, które stworzyły kreacje po prostu wybitne. Mowa tu również o Jessie Buckley, która najprawdopodobniej zgarnie złotego rycerzyka za rolę w "Hamnecie". Absolutnie nie umniejsza to jednak staraniom Rose Byrne, w której Lindzie zapewne jak w lustrze przeglądać się będą kobiety mające na głowie milion spraw, a w głowie jeden wielki chaos.
"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" nie jest na pewno filmem skrojonym pod masową widownię. Może być produkcją, która poprzez swoją dziwaczną niekiedy formę i niestandardowe rozwiązania fabularne zrazi do siebie niejednego widza. Ci jednak, którzy szukają w kinie autentyczności i emocji bez retuszu, znajdą w tej historii wszystko, co szczere, a czasami niewygodne, niepopularne, być może niemodne, a nawet wciąż opatrzone jakimś tabu. To kino, które rzeczywiście potrafi dokopać, bo akurat może, ale pozwala potem wstać z kolan i odnaleźć w sobie odwagę do bycia niedoskonałą i niedoskonałym.
Film
Opinie wybrane
-
2026-03-10 19:56
Ten kto ma chore dziecko zrozumie
Film nie dla mas, niszowy, trudny.
Na pewno rodzice chorych dzieci zrozumieją przez co przechodzi bohaterka.
A macierzyństwo powinno być pokazywane realistycznie, bez cukierkowości i tabu. W tym filmie można znaleźć i dobre jego chwile.
Polecam- 0 0
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
