Recenzja "Thunderbolts*": na takie kino czekaliśmy!

Tomasz Zacharczuk
2 maja 2025 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (27)
"Thunderbolts" to jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy), a na pewno jeden z najbardziej świeżych i odważnych filmów Marvela w erze "post-endgame". Być może to zaczątek nowej, równie znakomitej serii, co "Avengers".

Sześć lat zajęło Marvelowi wymyślenie swojej flagowej franczyzy na nowo. Po serii odtwórczych i asekuracyjnych sequeli oraz produkcji ukierunkowanych głównie na skecze i gościnne występy oto jest: odważny, przebojowy, spójny, nawet lekko zaskakujący i niepopadający w autoparodię blockbuster, który pozwala na nowo zakochać się w tym komiksowym świecie. "Thunderbolts*" nie próbują wejść w buty Avengersów, bo kroczą zupełnie inną ścieżką. To nieco przewrotne: żeby w końcu odnieść wygraną, Marvel musiał skrzyknąć drużynę "przegrywów". Efekt? Najlepsze, co mogło się przydarzyć fanom od czasów "Endgame".





W "Końcu gry" bohaterom udało się ostatecznie unicestwić Thanosa, ale trudno było nie odnieść wrażenia, że wraz z pamiętnym pstryknięciem palcami coś jednak z marvelowskiej sagi bezpowrotnie wyparowało i pomimo wielu wysiłków studia nie udało się już później tego odzyskać. Silna więź z postaciami, które trzeba było pożegnać, ogólny przesyt kinem superbohaterskim i brak nowej, a przede wszystkim spójnej wizji na dalsze filmy - to wszystko sprawiło, że kolejne premiery nie elektryzowały już tak mocno widzów, a i podczas samych seansów raczej na próżno można było doszukać się dawnej magii i świetności.

Fabularnie MCU ugrzęzło w nużącym na dłuższą metę, bo zbyt często powtarzanym motywie multiwersum. Formalnie natomiast produkcje tzw. IV i V fazy gubiły się pomiędzy lekko-zabawową konwencją wcześniejszych projektów a gatunkowym eksperymentowaniem i próbą wynalezienia nowej super-formuły.

Czasami dawało to jeszcze niezły efekt ("Czarna wdowa"), sporadycznie udawało się nawet nawiązywać do "złotej ery" ("Strażnicy Galaktyki vol. 3"), lecz już w tym świetnym skądinąd filmie Jamesa Gunna biło po oczach zapętlanie tych samych schematów i powtarzanie sprawdzonych rozwiązań. Nawet w bezwstydnie zabawnym i dobrze przyjętym "Deadpool & Wolverine", poza "śmieszkowaniem" i nadziewaniem fabuły kolejnymi gościnnymi występami, trudno było dostrzec świeżą wizję i pomysł na przyszłość.

Taktyka Marvela po "Końcu gry" przypominała desperackie wystrzeliwanie ostatnich kul ze starego, przyrdzewiałego magazynka. W końcu jednak zarządzający franczyzą Kevin Feige poszedł po rozum do głowy - zamiast po omacku szukać kolejnych nabojów, postanowił zmienić broń. I to na zupełnie nieoczywistą. Bo czy ze zbitki życiowych "przegrywów", komiksowych anty-bohaterów, postaci snujących się do tej pory po peryferiach uniwersum (z nielicznymi wyjątkami) można utkać super-team na miarę Avengers? Jeszcze nie, ale "Thunderbolts" daje widzom to, co było wyczuwalne w pierwszych wspólnych filmach z Iron Manem, Kapitanem Ameryką czy Thorem - obietnicę niezapomnianej przygody i wiarę w to, że najlepsze jeszcze przed nami.

  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Suicide Squad wg Marvela



I tu jest chyba dobry moment, abym w tych recenzenckich zapędach nieco wstrzymał konie i wystudził być może przebijający już sufit entuzjazm. Dzieło Jake'a Schreiera nie rewolucjonizuje kina superbohaterskiego, nie nadpisuje go na nowo, nie wywraca niczego do góry nogami. Nie jest także produkcją pozbawioną wad i bolączek, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu, gdy twórcy trochę niezdarnie zawiązują akcję i w nieco chaotyczny sposób wprowadzają postaci, którym na dodatek nie dają odpowiedniej ilości ekranowego czasu. Sama fabuła, przynamniej na wstępie, również wydaje się raczej pretekstowa, ale do tego już można się było przyzwyczaić przy wcześniejszych projektach Marvela.

Garstka "wykolejeńców" wykonujących dla CIA szemrane operacje dostaje zadanie zlikwidowania tajnego laboratorium i przy okazji... siebie nawzajem. Yelena (Florence Pugh), Walker (Wyat Russell) i Ghost (Hannah John-Kamen) w porę odkrywają spisek i z trudem uchodzą z życiem. W ucieczce z laboratorium towarzyszy im - Bob (Lewis Pullman) - zwyczajny gość, który sprawia wrażenie, jakby ktoś w ostatniej chwili dopisał go na chybił-trafił do scenariusza. Do renegatów wkrótce dołączają Red Guardian (David Harbour) i Bucky (Sebastian Stan). I to właśnie ten drugi namawia obcą sobie zgraję osób do związania paktu i odwetu na szefowej Agencji, Valentinie de Fontaine (Julia Louis-Dreyfus).

Ekipa napuszczonych na siebie (pod przykrywką misji) outsiderów mści się na swojej mocodawczyni? Chyba skądś to znamy. Do tej pory to raczej DC dreptało po tropach Marvela, tym razem sytuacja odwraca się i dostajemy "Suicide Squad" przepisane na marvelowską modłę. Na fabularnych podobieństwach kończy się jednak porównywanie obu produkcji. Podczas gdy DC stawiało na czarny humor, brutalność i abstrakcję, Marvel idzie w bardziej zachowawcze, ale zarazem wrażliwe i poważne rejony kina.

I tu wracam do tego, co napisałem kilka zdań wcześniej. Dlaczego więc film, który nie wyważa nowych drzwi i nie przynosi zarazem przełomu w kinie superbohaterskim jest jednak tak dobry? Po pierwsze, jego twórcy biją na głowę kreatywnością i pomysłem niemal wszystkie ostatnie koncepty Marvela. Po drugie, wykazują się odwagą i rzucają sobie nieoczywiste wyzwania (w drugiej połowie filmu). Po trzecie, "Thunderbolts" to po prostu film nakręcony i zagrany z sercem.

Najnowszy projekt Marvela oferuje wszystko, za co kiedyś tak masowo uwielbiano kino komiksowe: lekki humor, widowiskową akcję i angażujące postaci. W gratisie dostajemy jeszcze fabułę, która początkowo nie zachwyca, ale potem skręca w bardzo nieoczywiste dla kina superbohaterskiego rejony.

"Thunderbolts": rozrywka, która bawi, ale i zaskakuje



To serce wciąż w głównej mierze bije w rytmie największych marvelowskich przebojów, w których harmonijne łączono lekki humor, dynamiczne interakcje postaci i widowiskową akcję. W filmie Schreiera nie ma jednak miejsca na upychane na siłę dowcipy, nie ma nachalnego dekorowania fabuły cameo i retrospekcjami, nie ma też na szczęście bijącego po oczach sztucznością CGI. W skrócie - nie ma więc największych grzechów ostatnich produkcji studia. "Thunderbolts" to skondensowana w dwugodzinny metraż i precyzyjnie wyważona esencja marvelowskiej rozrywki, która nie jest jedynie atrakcją samą w sobie, a idealnym dopełnieniem fabuły.

Fabuły, która nie obfituje nawet w spektakularną liczbę scen akcji. Gdy już jednak takowe pojawiają się, nie ma właściwie na co narzekać i można błyskawicznie rozgrzeszyć twórców za to, że czasami trochę musimy naczekać się na rozwój sytuacji. Dla wielu emocjonalnych momentów - warto. Choćby dla sceny, w której jadący motocyklem Bucky, przy dźwiękach znakomitej muzyki Son Lux (wielkie brawa za ten soundtrack!), dołącza do samochodowego pościgu. Ciary. Dawno ich nie czułem podczas seansu Marvela. I sądząc po reakcjach pozostałej części widowni, chyba nie tylko ja tak miałem.



Tak spontanicznych i żywiołowych postaw wśród widzów nie ma jednak zbyt wiele, bo w drugiej połowie filmu opowieść skręca już w zaskakująco poważne emocjonalnie rejony. Bohaterowie nie walczą tu bowiem z klasycznym "czarnym charakterem". W stylizowanej trochę na niego de Fontaine jest zresztą więcej różnych odcieni szarości niż deklaratywnej czerni. Prawdziwy wróg kryje się w głowach. W przeszłości, w lękach, w kompleksach postaci. Jakkolwiek to zabrzmi, "Thunderbolts" to po części film o traumach, wypaleniu, poczuciu braku wartości i w końcu - o depresji.

Oczywiście, to wciąż kinowa rozrywka, nie terapia. Stąd sporo treści i motywacyjnych sloganów podawanych w bardzo łopatologiczny, mechaniczny i naiwny sposób. Są też dwie nadmiernie ckliwe sekwencje, ale trzeba twórcom przyznać, że zabrali nas tam, gdzie dotąd kino superbohaterskie (nie tylko spod szyldu Marvela) nie zaglądało. To nie tylko szalenie potrzebne, żeby mówić w kinie o takich rzeczach, ale też po prostu intrygujące fabularnie. Wszystko bowiem bardzo zgrabnie spina się w kulminacyjnej części filmu, którą ogląda się bardziej w skupieniu i "wewnątrz", niż dając głośny upust emocjom.

"Thunderbolts" to kilka naprawdę pierwszorzędnie nakręconych scen akcji udźwiękowionych na dodatek znakomitą muzyką Son Lux. Film imponuje też świetnymi kreacjami aktorskimi.

Kadra B właśnie awansowała do marvelowskiej ekstraklasy



Jest jeszcze jedno pole, na którym "Thunderbolts" odnosi nieoczywiste zwycięstwo: bohaterowie filmu. Jednoręki druh Steve'a Rogersa, siostra Czarnej Wdowy, "podróbka" Kapitana Ameryki, post-sowiecki mitoman i gaduła - niejeden z widzów mógłby krzyknąć: "przecież do marvelowska kadra B". Tym większe słowa uznania dla scenarzystów, którzy z tego na pozór niedopasowanego teamu stworzyli ekipę, za którą po prostu chce się trzymać kciuki. Wciąż będę się upierał, że niektórym postaciom (Ghost, Walker) nie poświęcono zbyt wiele czasu, ale wymagałoby to zapewne wydłużenia metrażu, a ten wydaje się optymalny.

Poza tym widowisko prężnie i bez większego wysiłku dźwigają na swoich barkach pozostali bohaterowie. Obdarzony już zaufaniem i jednocześnie sentymentem ze strony widzów Bucky w bezbłędnym wydaniu Sebastiana Stana to chyba już ostatnie ogniwo łączące "stare" z "nowym". Świetny ponownie w komediowym wydaniu jest David Harbour. Małym odkryciem filmu jest natomiast Lewis Pullman, którego Bob (i nie, jednak nie jest to scenariuszowy "bug") kapitalnie rozwija się na przestrzeni dwóch godzin. No i w końcu fantastyczna i obdarzona ogromną charyzmą Florence Pugh. I tu zaryzykuję: dla nowych "Thunderbolts" jest ona tym, kim dla "Avengers" był Robert Downey Jr. - spoiwem, które cementuje wszystkie elementy supebohaterskiej układanki. Bez cienia wątpliwości to właśnie wokół Pugh Kevin Feige powinien budować kolejne projekty.



A na te nareszcie chce się czekać. I to jeszcze jeden aspekt odróżniający film Schreiera od ostatnich przedsięwzięć Marvela: "Thunderbolts" już teraz oferuje świetną zabawę, ale obiecuje tym samym jeszcze więcej. Nie warto już się oglądać za siebie, Marvel otworzył tym filmem przed sobą autostradę, po której warto mknąć. Gdzieś tam na horyzoncie już przecież widać nową "Fantastyczną czwórkę". Oby tylko nikt w studiu nie zechciał zaciągnąć "wstecznego" i nie zaczął spoglądać w lusterka. Mając taką ekipę, trzeba teraz pruć do przodu. Let's go Thunder!

8/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

6.1
17 ocen

Thunderbolts* (2 opinie)

(2 opinie)
akcja

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (27)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Rumia

Pruszcz Gdański

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

25 zł
projekcje filmowe, wystawa

Cykl filmowy MDAG w Kinie Kompas w Muzeum Emigracji

20 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe

Sztuka w Centrum. Nowości 2026

32 zł
projekcje filmowe