Recenzja filmu "Ballerina": idealna dla fanów Johna Wicka
A teraz na parkiecie para nr 1: zwycięzca czterech edycji Tańca ze Śmiercią - John Wick - i jego partnerka, wschodząca gwiazda wśród ekranowych killerów - Eve Macarro. Razem zatańczą krwiste paso doble do utworu "Fight Fire With Fire" zespołu Metallica. Takiego intra w "Ballerinie" oczywiście nie usłyszymy, ale trudno o lepszą metaforę dla tego, co dzieje się na ekranie. Nowa, kobieca postać w popularnym uniwersum kina akcji zna kroki, czuje rytm i porusza się z baletową gracją, lecz w tym dance macabre to wciąż za mało, by przejąć prowadzenie. Na razie podąża za mistrzem, ale jeśli dalej będzie tańczyć w tym tempie, niewykluczone, że w przyszłości wspólnie sięgną po kryształową kulę. Oczywiście taką, którą można załadować do magazynku.
Zdaję sobie sprawę z tego, jak karkołomnym i na pozór niedorzecznym zabiegiem jest zestawianie serii "John Wick" z popularnym telewizyjnym programem, w którym celebryci tańczą u boku profesjonalistów. Wydawać by się mogło, że jedynym wspólnym punkcikiem dla obu tych zbiorów jest fakt, że prowadzący show Krzysztof Ibisz jest równie dobrze "zakonserwowany" co robiący show Keanu Reeves. Pozostańmy jednak w sferze tych abstrakcyjnych porównań. Wszak abstrakcyjne jest przecież całe filmowe uniwersum wymyślone przed 11 laty przez Chada Stahelskiego.
Tu i tu o sukcesie i przychylności widzów decyduje w dużej mierze choreografia. Na małym ekranie - choreografia tańca, na dużym - choreografia walk. Poza tym producenci cyklu "John Wick", decydując się na nakręcenie spin-offa (który pokazuje co prawda odrębną historię, ale nadal luźno powiązaną z tytułowym bohaterem), postawili na zasadę obowiązującą również w telewizyjnym formacie: doświadczony zawodowiec (Wick/Reeves) ma nauczyć kroków amatorkę (Eve/de Armas) dopiero wkraczającą w ten świat. I o ile taka formuła sprawdza się przy okazji telewizyjnych programów, o tyle nie zawsze gwarantuje powodzenie w przypadku filmowych projektów. Jak więc wyszło tym razem?
Po seansie "Balleriny" można wysnuć trzy wnioski, z których dwa na pewno są optymistyczne zarówno dla twórców filmu, jak i widzów zaciekawionych produkcją Lesa Wisemana. Po pierwsze: uniwersum Johna Wicka idealnie nadaje się do eksploracji tego, co już w nim jest oraz do dalszej rozbudowy mrocznego świata asasynów. Po drugie: Ana de Armas doskonale pasuje do kina akcji, obdarza swoją postać charyzmą i nie próbuje na siłę być "Johnem Wickiem w szpilkach". Po trzecie (i to ten mniej optymistyczny wniosek, aczkolwiek zależy, jak na to spojrzeć): król jest jeden i na razie nie zamierza dzielić tronu z nikim innym (bo i niespecjalnie są ku temu powody).
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Konsekwencje bez ryzyka
"Rules and consequences" - tymi słowami w jednej ze scen John opisuje Eve prostotę świata, w którym oboje funkcjonują. Nie trzeba o tym przypominać twórcom "Balleriny". Zasady serii już dekadę temu ustalił Chad Stahelski, a konsekwencją Lesa Wisemana jest ich kurczowe trzymanie się. Nawet na poziomie fabuły, bo ta znów dotyczy osobistej zemsty. Gdy młodziutkiej Eve nieznani sprawcy mordują ojca, osierocona dziewczyna najpierw trafia pod opiekę Winstona (Ian McShane), a potem pod protekcję Ruskiej Romy na czele z jej dyrektorką (Anjelica Huston). Po kilkunastu latach szkolenia na kontraktową zabójczynię dorosła już Eve (Ana de Armas) nie cofnie się przed niczym, aby dotrzeć do zleceniodawców zabójstwa sprzed lat. Nawet jeśli będzie to równoznaczne z wypowiedzeniem posłuszeństwa przełożonym i konfrontacją z samym Baba Jagą (Keanu Reeves).
Rules and consequences. Les Wiseman nie zamierza nawet ingerować w to "johnwickowe" przykazanie. Nie chodzi już nawet o sposób kręcenia "Balleriny", ale także o poprowadzenie historii. Oczywiście z jednej strony spin-off musi wpisywać się w klimat i styl głównej serii, ale z drugiej - wypada, aby poboczna opowieść czymś się jednak wyróżniała na tle oryginału. Tymczasem tutaj nie widać choćby chęci przełamania schematu, podobnie jak trudno dostrzec jakiekolwiek ryzyko podjęte w tym projekcie. To po prostu asekuracyjna wariacja na temat tego, co już czterokrotnie w popularnym cyklu widzieliśmy. I nie ma w tym nic złego, bo oczekiwanie czegoś świeżego i innowacyjnego byłoby zbyt naiwne.
Na złotej tacy wszystko z menu "Johna Wicka"
Pod kątem fabuły i dramaturgii można filmowi Lesa Wisemana zarzucać pewne uchybienia i stosowanie bezpiecznych rozwiązań. Najważniejszym jednak kryterium oceny z perspektywy widzów jest sposób budowania i realizowania scen akcji, a w tym względzie, mówiąc kolokwialnie, "Ballerina" dowozi. Oczywiście po czwartej części "Johna Wicka", która była kaskaderskim spektaklem i obłędnie niedorzecznym widowiskiem, wszystko, co jest po niej, wydaje się już po stokroć spowolnione i zwyczajne. Pamiętajmy jednak, że był to niebotyczny poziom, do którego, na szczęście, twórcy spin-offu nie chcieli w ogóle doskakiwać. Nie pora i miejsce na takie ambicjonalne zapędy. "Ballerina" miała nas zabrać w podróż do korzeni serii i to się jej udało. Stosując muzyczne porównanie - więcej tu brudnych, pojedynczych rockowych riffów ("JW 1", "JW 2") niż operowego przepychu i symfonicznego brzmienia ("JW 3" i "JW 4").
Często przewijającym się przez film motywem jest pozytywka z baletową tancerką, którą mała Eve otrzymała od swojego ojca. I tak jak tę zabawkową balerinę trzeba nakręcić, by wprawić ją w ruch, tak również "Ballerina" Wisemana potrzebuje rozruchu. Szkopuł w tym, że trwa on odrobinę za długo. O ile prolog jest istotny dla całej późniejszej fabuły, tak okres wymagającego i mozolnego treningu Eve w Ruskiej Romie można było nieco okroić. Film, w przeciwieństwie do każdej z odsłon "Johna Wicka", rozkręca się bardzo powoli, a gdy już wydaje nam się, że wskakuje na właściwe tory, to szybko można odczuć pewien niedosyt. Pierwsza misja Eve, delikatnie mówiąc, nie obfituje bowiem w fajerwerki. Na szczęście potem jest tylko lepiej.
Jeszcze przed upływem połowy filmu jego twórcy podsuwają nam pod nos ogromną, złotą tacę, na której lądują najbardziej smakowite kąski dla fanów tego uniwersum: szaleńcze pościgi, widowiskowe strzelaniny, precyzyjnie zaprojektowane i zjawiskowo nakręcone pojedynki. Nie brakuje zarówno pomysłowych rozwiązań ("mordercze" łyżwy), jak i tych, które celowo wywołują uśmiech i zaskoczenie na twarzy (scena z talerzami czy sprzedawca Frank).
Na deser dostajemy jeszcze znakomity finał osadzony w ośnieżonym górskim miasteczku. A gdy do akcji wkraczają miotacze ognia, brakuje tylko w głośnikach "Fight Fire With Fire" Metalliki. Takiej pirotechniki nie powstydziłby się na swoich koncertach Rammstein. Drobnym niedosytem pozostaje jedynie ostatni akord finałowej sceny. To trochę tak, jakby po wyrzuceniu tony granatów i wystrzelaniu kilkunastu magazynków karabinu maszynowego Wiseman sięgnął po zwykły pistolet, na dodatek z tłumikiem.
Król jeszcze bez królowej, ale "zaręczyny" przyjęte
Jeśli twórcy "Balleriny" liczyli na kontynuację (a raczej tak, biorąc pod uwagę, że zostawili do "dwójki" nie tyle uchyloną furtkę, co otwartą na oścież bramę), to scenami akcji i sposobem realizacji filmu na pewno dali argument na "tak". Nie był to jednak jedyny warunek, jaki należało spełnić. Równie kluczowy jest przecież odbiór tytułowej bohaterki i dyspozycja samej Any de Armas. I to kryterium także można uznać za spełnione. Pochodząca z Kuby aktorka już w "Nie czas umierać" kilkuminutowym występem skradła show i dała jasny sygnał, że w kinie akcji warto dać jej szansę na pełnym dystansie. Tego zaufania w "Ballerinie" nie nadwyrężyła. De Armas imponuje fizycznym przygotowaniem, zwinnością i płynnością ruchów, charyzmą i ekspresją - zarówno w bardziej dynamicznych, jak i statycznych scenach.
Nie próbowała też stworzyć jedynie damskiej wersji Johna Wicka. Eve w wielu aspektach przypomina znacznie bardziej doświadczonego i renomowanego kolegę po fachu, ale jest od niego bardziej emocjonalna, impulsywna, spontaniczna. No i ma głęboko w poważaniu wspomniane zasady i konsekwencje. Trzeba również przyklasnąć twórcom filmu, że nie powtórzyli błędu, jakim było choćby w "Atomic Blonde" przypisanie Charlize Theron wielu ról: maszynki do zabijania, szpiega, femme fatale i po prostu seksownej blondynki. Ana de Armas z pewnością dysponuje nieprzeciętną urodą, ale autorzy "Balleriny" nie chcieli grać tylko tą kartą.
Szkoda, że nie "ugrali" więcej Normanem Reedusem, bo jego ledwie epizodyczny występ zostawia spory niedosyt. Raczej przeciętnym "szwarccharakterem" jest Gabriel Byrne (choć wątek jego sekty jest intrygujący). Za to klasą kolejny raz na drugim planie ujmują McShane, Huston i oczywiście Reeves. Baba Jaga ma w "Ballerinie" czas na gościnny występ, bo akurat akcja filmu chronologicznie plasuje się pomiędzy trzecim a czwartym "Johnem Wickiem". Czy jego obecność była w tym filmie niezbędna? Wydaje się, że i w tym względzie Wisemanowi i producentom zabrakło nieco odwagi, by całkowicie oddać scenę Eve. A może chodziło zwyczajnie o zaakcentowanie hierarchii i przypomnienie, że do abdykacji króla jeszcze daleko?
Na koronację królowej uniwersum jest z kolei za wcześnie, ale "Ballerina", nie licząc paru potknięć, spełnia oczekiwania i gwarantuje beztroską filmową rozrywkę. Na pewno nie na poziomie solowych występów Wicka, ale z ogromnym potencjałem, by wkrótce stanąć u jego boku, a nie za jego plecami. Aby tak się stało, producenci - wzorem tej wybuchowej dwójki - muszą mniej kalkulować i bardziej ryzykować. I oby było ich na to stać, bo brutalny teatr absurdu, przemocy i rozwałki, jakim jest uniwersum Johna Wicka, wydaje się zbyt duży, aby całą scenę oddawać tylko jednemu soliście. Tym bardziej że tej zabójczej balerinie talentu i rozmachu nie brakuje.
Film
Ballerina. Z uniwersum Johna Wicka
Opinie wybrane
-
2025-06-07 14:19
Wczoraj na ekrany kin wszedł też nowy film Wesa Andersona pt. ,, Fenicki układ" , film oryginalny i ciekawy,ale po co go zrecenzować? Lepiej to hoolywodzkie badziewie , gdzie kobitka 50 kg morduje całe rzesze dwa razy większych facetów, no ale z drugiej strony czego oczekiwać od krytyków filmowych na trójmiasto.pl? Dla nich jedyne i prawdziwe kino to sieczka z Holywood
- 15 8
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
