Recenzja filmu "Fachowiec". Wylewka Stathama i dobra rola aktora z Gdańska
Był już kurierem, mechanikiem, a nawet... pszczelarzem. Jason Statham, choć grywa bohaterów o różnych profesjach, w niemal każdym filmie kopiuje tę samą postać - niewzruszonego twardziela, który prędzej czy później wszystkie konflikty rozwiązuje za pomocą pięści. Nie inaczej jest tym razem. W filmie Davida Ayera brytyjski gwiazdor wciela się w pracownika budowlanego, który zamiast wylewać beton, woli lać po gębach bandziorów. I choć Stathamowi wciąż nie sposób odmówić klasy, to najnowsza produkcja z jego udziałem sama tej klasy nie prezentuje. "Fachowiec" to bardzo przeciętny "akcyjniak", który w gąszczu podobnych tytułów nie wyróżnia się zupełnie niczym.
KINO Co w kinie? Sprawdź aktualny repertuar
Jason "skopięwszystkietyłki" Statham
Lata 80. należały do Sylvestra Stallone'a i Arnolda Schwarzeneggera. Dekadę później na półkach wypożyczalni kaset mnożyły się tytuły z Jeanem-Claudem van Dammem i Stevenem Seagalem. Po 2000 roku w kinie akcji pojawiało się mnóstwo nowych twarzy, ale gdyby pokusić się o wskazanie jednego godnego następcy wszystkich powyższych gwiazd, to z całą pewnością byłby nim Jason Statham. Zresztą Brytyjczyk, który karierę zaczynał w gangsterskich komediach Guya Ritchiego, a na szerokie wody wypłynął już ponad 20 lat temu rolą w "Transporterze", zgrabnie łączy w sobie atrybuty swoich zacnych poprzedników.
W jego przypadku nie ma oczywiście mowy o muskulaturze godnej Stallone'a czy akrobatycznych popisach dorównujących poziomem umiejętnościom van Damme'a, ale Statham to niewątpliwie facet, który od kilkunastu już lat prezentuje nienaganną sportową sylwetkę i wykazuje się ponadprzeciętną sprawnością fizyczną. A oprócz tego dokłada jeszcze to, o co trudno było posądzać wspomniane ikony kina akcji - naturalny luz, stoicki spokój i poczucie humoru. I to - w połączeniu z ekranową charyzmą - właściwie wystarcza, by obsadzać go w kolejnych bliźniaczo podobnych projektach, bo zachrypnięty głos Stathama i jego (firmowa) skwaszona mina w ogóle się widzom nie nudzą.
Nie oznacza to, że każde przedsięwzięcie z jego udziałem kończy się komercyjnym sukcesem. Brytyjski gwiazdor kilka lat temu zaliczył zresztą moment aktorskiej "zapaści", gdy zaplątał się w zbyt dużo B-klasowych filmideł. Dzięki angażowi do serii "Szybcy i wściekli", nawiązaniu współpracy ze Stallonem przy "Niezniszczalnych" i ponownym występom u Ritchiego ("Jeden gniewny człowiek", "Gra fortuny" - bardzo solidne tytuły) Statham powrócił z przytupem do pierwszej ligi.
A że jest to należne mu miejsce udowodnił choćby w zaskakująco niezłym ubiegłorocznym "Pszczelarzu", gdzie po raz pierwszy spotkał się na planie z Davidem Ayerem. Najnowszy projekt obu panów sukcesu poprzedniego jednak nie powtórzy. "Fachowiec" to bowiem bardzo przeciętny "akcyjniak", który przypadnie do gustu jedynie najzagorzalszym fanom aktora lub komuś, kto nie ma absolutnie żadnego pomysłu na zagospodarowanie dwóch godzin swojego życia.
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
"Fachowiec" bez wybitnego fachu w rękach
Levon Cade (Statham) przez ponad 20 lat jako komandos brał udział w najniebezpieczniejszych misjach na całym świecie. Po tragicznej śmierci żony postanowił jednak porzucić wojsko, aby na stałe osiedlić się w domu i zająć się córką. Chcąc całkowicie zerwać z dotychczasowym życiem, mężczyzna postawił na spokój i stabilizację, dlatego zatrudnił się jako pracownik budowlany w firmie swojego przyjaciela. I to właśnie Joe (Michael Pena), jego żona i ich córka Jenny (Arianna Rivas) stali się najbliższymi osobami dla Cade'a. Gdy pewnego wieczoru dziewczyna znika w zagadkowych okolicznościach, Levon podejmuje się jej odszukania. Nie wie, że będzie to oznaczać wypowiedzenie wojny rosyjskiej mafii zajmującej się handlem ludźmi.
Można w "Fachowcu" dostrzec powidoki "Uprowadzonej" czy "Johna Wicka", ale są to raczej mgliste skojarzenia, bo najwięcej podobieństw znajdziemy w stosunku do wielu poprzednich projektów Stathama - i to niestety tych gorszego sortu. Najnowszy film Ayera to sztampowa "rąbanka" pozbawiona elementów zaskoczenia i fabularnych twistów. Scenarzyści (Ayer do spółki z samym Stallonem) próbują co prawda nadać banalnej historii nieco głębi, wskazując na PTSD Levona i jego prawną batalię z teściem o prawa do opieki nad córką, ale są to wątki pozbawione rozwinięcia i finalnie porzucone przez twórców zaraz po ich wyeksponowaniu. Chyba po spisaniu paru kartek scenariusza autorzy "Fachowca" machnęli ręką na urozmaicenie głównego wątku i skupili się po prostu na klasycznym mordobiciu.
Rozrywka w trybie "eliminacja"
Nie jest to bynajmniej złe podejście, bo gdzieżby indziej jak nie w kinie sensacyjnym w cenie są prostota i oszczędność tekstu. I o ile twórców filmu należy rozgrzeszyć z braku większych ambicji i chęci hołdowania bezrefleksyjnej rozrywce, o tyle wypada już ich zganić za to, jak tę rozrywkę opakowali. No bo co powinno decydować o jakości kina "kopanego"? Na pewno wartka akcja i sprawne tempo, wyraziste postaci, pomysłowe inscenizacje i choreografia walk. Nie zawadzą też szczypta humoru, umiejętność budowania napięcia i dosłownie parę chwytliwych kwestii lub rzucanych w ferworze walk powiedzonek. A prawie tych wszystkich elementów w "Fachowcu" po prostu brakuje.
Prawie, bo z pewnością nie ma co narzekać na dynamikę zdarzeń. U Ayera cały czas coś się dzieje i poza dwoma przestojami akcja gna na złamanie karku. Tylko co z tego, skoro nie towarzyszą temu większe emocje. Od samego początku krucjata Cade'a jest przewidywalna w skutkach, a twórcy filmu nie robią wiele, by czymś nas zaskoczyć. Ok, to dość częsta wada tego typu produkcji. Czasami to jednak nie rozwiązanie, a droga prowadząca do rozwiązania bywa znacznie ciekawsza. "Fachowiec" i na tym polu zawodzi, bo to jałowe kino zakotwiczone w stylistyce lat 90. Bez fantazyjnej choreografii i pomysłowości scen akcji. Ewidentnie David Ayer zamiast w tryb "kreacja" wszedł w tryb "eliminacja". Statham tłucze więc oponentów bez opamiętania, ale jednocześnie bez finezji i gracji.
Nawet jeśli w pojedynczych scenach widać zalążek pomysłu na walkę wręcz, to wszystko psują zbyt szybki montaż i pracująca za blisko aktorów kamera. Gdy tylko pomiędzy postaciami dochodzi do kontaktu, ekran ogarnia chaos. Właściwie można byłoby pokazać tylko początek i koniec bijatyk, bo tego, co jest pomiędzy, i tak nie widać. Szkoda, że twórcy filmu należycie nie wykorzystali też potencjału miejsca, w którym pracuje główny bohater. Co prawda na początku filmu jest scena, w której Levon na placu budowy spuszcza łomot zbirom, ale trudno mówić tu o wykorzystaniu potencjału takiej lokalizacji. Przecież dla kogoś takiego jak Cade finałowe starcie w otoczeniu rusztowań i w zasięgu ciężkiego sprzętu byłoby jak baraszkowanie na placu zabaw. O przyjemności oglądania takich harców nawet nie wspomnę.
Piotr Witkowski z Teatru Wybrzeże: gdański akcent u boku Stathama
"Fachowiec" powtarza również jeden zasadniczy błąd towarzyszący wielu produkcjom z udziałem Jasona Stathama. Grającemu przez niego głównemu bohaterowi brakuje wyrazistego i równie skutecznego przeciwnika. W filmie Ayera Levon Cade naparza się z całą armią rosyjskich gangsterów - w dodatku niezbyt rozgarniętych i nieporadnych. Nie ma właściwie żadnego momentu, w którym moglibyśmy zawiesić oddech i zadrżeć o los tytułowej postaci. Statham kontra bezkształtna masa "złoli". Taki schemat sprawdzał się w "Johnie Wicku", ale jest to kino plasujące się jednak kilka półek wyżej.
Do tej bezkształtnej masy, ale wcale nie w bezkształtnej roli zalicza się nasz człowiek - Piotr Witkowski. Gdańskiego aktora widzieliśmy już we fragmentach trailera. Dobra wiadomość jest taka, że gwiazdor serialu "Idź przodem, bracie" pojawia się nie w jednej, a w kilku scenach. Czasami nawet uraczy nas kwestią w łamanej angielszczyźnie (wszak gra rosyjskiego bandziora), więc nie jest to do końca epizodyczny występ. Zła wiadomość jest natomiast taka, że Statham spuszcza mu mocne bęcki. Witkowski, również na naszych łamach, przyznawał, że wychowywał się na kinie akcji, więc konfrontacja z takim tuzem "akcyjniaków", nawet tak opłakana w skutkach, to jak audiencja u papieża.
Paradujący w pstrokatym dresie gdańszczanin mógłby teraz zbić "piątkę" z Piotrem Adamczykiem, który bardzo podobną kreację stworzył na potrzeby serialu "Hawkeye". Oczywiście wciąż można narzekać na to, że polscy aktorzy w oczach hollywoodzkich reżyserów nadają się jedynie do grania wschodnioeuropejskich gangsterów (i to takich pocieszno-gamoniowatych), ale z drugiej strony od czegoś trzeba zacząć. A w przypadku Witkowskiego rola Vanko to może nie pokaźna, ale cenna zaliczka na rozkręcenie zagranicznej kariery.
O ile pochodzący z Trójmiasta aktor swojej szansy nie zmarnował, o tyle aktorski potencjał Davida Harboura i Michaela Peny zmarnował David Ayer. Szczerze przyznam, że nie rozumiem obsadzania ludzi z takim CV w tak bardzo marginalnych i niewiele znaczących rolach. Z kolei bardzo udanym castingowym wyborem jest Arianna Rivas, która w roli Jenny robi sporo, by nie polegać tylko na swoim wybawicielu. A co ze wspomnianym wybawicielem? Cóż, Statham to Statham. U nas nazwalibyśmy go twardzielem lub kozakiem. W angielskim języku jest jeszcze jedno zgrabne określenie pasujące do jego ról - "badass". Jego Levon Cade kopie tyłki, bije mocno, strzela celnie, czasami stara się nawet żartować (ale nie tylko jemu to nie wychodzi). Samą swoją obecnością zawyża notę całego filmu, choć widzieliśmy go już w znacznie lepszych wcieleniach.
"Fachowiec" - nawiązując do profesji głównego bohatera - nie wyleje nowych fundamentów pod kino akcji. To raczej typ niezobowiązującego i mocno przeciętnego filmu, który można by streścić jednym określeniem: zabijacz czasu. Rzecz głównie dla tych, którzy z nostalgią wspominają "akcyjniaki" z lat 90., aczkolwiek wiele filmów z tamtego okresu, nawet po upływie daty ważności, prezentuje się lepiej od tego, co teraz zaproponował Ayer. Film bez historii, który po zniknięciu z kin pozostaje zalać betonem i czekać aż wyschnie, by postawić na nim coś nowego. Oczywiście ze Stathamem w roli głównej.
Film
Fachowiec
Opinie wybrane
-
2025-03-29 12:21
(1)
A mi się podoba.Co prawda to nie Transporter,ale Statham daje radę.
- 9 6
-
2025-03-30 15:24
To jaki jest film nie decyduje aktor ,nie jest reżyserem ani scenarzysta. Aktor moze byc lepszy lub gorszy ale w kiepskim filmie
najlepszy aktor go nie uratuje.
- 0 0
-
2025-04-03 07:32
chyba nie może być gorsze od "pszczelarza"
który zaczynał się naprawdę dobrze, a potem zaczęła się farsa.
- 0 0
-
2025-03-29 23:14
Kino akcji też coraz gorsze
Jeszcze przełknę że ciągle jakiś tam emerytowany Rambo chce łowić ryby ale nie pozwala mu ruska mafia, handlarze narkotykami, skorumpowani gliniarze, motocyklowe gangi i pewnie jakaś była żona. Niestety nie przełknę że nawet tak oklepane mordobicie nie potrafi choć utrzymać jakości (bo o poprawie to już dawno przestałem marzyć), jak już klepią w
Jeszcze przełknę że ciągle jakiś tam emerytowany Rambo chce łowić ryby ale nie pozwala mu ruska mafia, handlarze narkotykami, skorumpowani gliniarze, motocyklowe gangi i pewnie jakaś była żona. Niestety nie przełknę że nawet tak oklepane mordobicie nie potrafi choć utrzymać jakości (bo o poprawie to już dawno przestałem marzyć), jak już klepią w kółko to samo to niech chociaż trzyma się to kupy. W jednym z poprzednich filmów pomagał mu właśnie Rambo, partnerowała Winona Ryder I mimo skromnego budżetu jakoś się dało coś sklecić.
- 3 1
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
