Recenzja filmu "Flow". Mądra i poruszająca animacja godna Oscara
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Na jednej łódce siedzą kot, kapibara i lemur... Nie jest to początek dowcipu, choć takim dowcipem dla wielu mogłoby być to, że stworzona za pomocą powszechnego i darmowego oprogramowania oraz kosztująca 50-krotnie mniej od "W głowie się nie mieści 2" łotewska animacja - na dodatek pozbawiona dialogów i ludzkich postaci - ma większe oscarowe szanse od produkcji Pixara. Tyle że nie jest to żart, a po prostu fakt. "Flow" to zjawiskowa wizualnie, zarażająca empatią i uniwersalna w odbiorze opowieść, która właśnie poprzez prostotę formy i oszczędność treści dotyka rzeczy wielkich. Jeden z najpiękniejszych filmów animowanych ostatnich miesięcy.
Czarny mruczek przygląda się swojemu odbiciu w lustrze wody. Moment kociej kontemplacji nie trwa zbyt długo, bo w oddali słychać ujadanie psów. To znak, że trzeba brać łapy za pas i poszukać bezpiecznego schronienia. Gdy wydaje się, że kot w końcu takowe znalazł, nadbiega stado spłoszonych jeleni tratujących wszystko na swojej drodze. Na tym jednak nie koniec. Zaraz za uciekającymi zwierzętami nadchodzi woda. Naprawdę wielka woda, przed którą ciężko się uchronić. Od tej pory nasz bezimienny bohater będzie musiał radzić sobie w środowisku, które nieszczególnie jest jego domeną. Wiadomo, kotu chyba łatwiej oswoić się z psem niż z wodą. A tej akurat we "Flow" jest pod dostatkiem.
Gdy suchy ląd wydaje się tylko mrzonką, jedynym ratunkiem dla kota pozostaje samotnie dryfująca łódź. Po mozolnym wdrapaniu się na jej pokład główny bohater ze zdumieniem odkrywa, że nie jest pierwszym załogantem. Ten "statek" ma już swojego "kapitana" - kapibarę. Wkrótce do tego niezwykłego duetu dołącza lemur, który wcale nie będzie ostatnim pasażerem na łódce.
Zwierzęca arka rozpoczyna rejs w nieznane, który będzie obfitować w wiele fabularnych sztormów i malizn. Omijanie przeszkód i walka z żywiołem nie będą łatwe, bo nad początkowo kłótliwą i niezgraną załogą nie ma kto zapanować. Na tej arce nie ma przecież Noego. Ba, we "Flow" nie ma żadnego człowieka.
O ludziach bez ludzi
W swojej apokaliptycznej wizji łotewski reżyser Gints Zilbalodis pokazuje jedynie ślad pozostały po ludzkości. Widzimy częściowo zalane powodzią miasta czy dom właściciela kota, w którym pełno jest rysunków i rzeźb. Co stało się z artystą-kociarzem? Jaki los spotkał jego i wszystkich ludzi? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że człowiek opuścił łajbę, której stery w dość brutalny sposób przejęła natura. Bardzo daleki byłbym od przyklejania "Flow" łatki ekologicznego manifestu, ale niewątpliwie między wierszami w tej opowieści można dostrzec wcale nie tak pozorne grożenie palcem i dość niepokojącą konkluzję: w obliczu kataklizmu zwierzęta sobie poradzą, ale my już niekoniecznie.
Oczywiście animacji pozbawionych ludzkich postaci oglądaliśmy już wiele. Na ich tle "Flow" wyróżnia się jednak tym, że nie dochodzi tutaj do klasycznej antropomorfizacji. To znaczy, że zwierzętom nie są przypisane cechy typowo ludzkie.
Kot, pies, kapibara, lemur czy ptak nie mają imion i nie przemawiają ludzkimi głosami. Stąd w filmie Zilbalodisa brak jakichkolwiek dialogów, bo zwierzęta komunikują się ze sobą za pomocą charakterystycznych sobie odgłosów. Kot miauczy, pies szczeka, kapibara... hmm, mruczy? (choć w tym filmie akurat głównie chrapie). Twórcy łotewskiego kandydata do Oscara mocno więc stawiają na realizm, ale jednocześnie nie rezygnują całkowicie z charakterystycznej dla bajek umowności i uproszczeń. Paradoksalnie nie rezygnują także z ludzi, bo w zachowaniu i motywacji zwierząt możemy zauważyć sporo nieobcych nam wzorców.
Jeśli spojrzymy bowiem nieco głębiej, to wśród pasażerów łódki zobaczymy nieufnego indywidualistę chadzającego własnymi ścieżkami, niepoprawnego optymistę, egoistę nastawionego na to, by brać, a nie dawać oraz przyjmującego niemal wszystko na chłodno obiboka i wykluczonego przez swoich samotnika-racjonalistę.
Na tym poziomie interpretacyjnym "Flow" z opowiastki o samotnie dryfujących zwierzakach przeistacza się w opowieść na serio o budowaniu w sobie empatii i zaufania, o współpracy ponad podziałami w obliczu zagrożenia, o nieoczywistych przyjaźniach i wcale nie tak rzeczywistych konfliktach. Z pozornie małej i błahej rzeczy robi nam się niespodziewanie wielkie kino z wielkimi ambicjami.
Przygoda, humor, dramaturgia, wzruszenia - "Flow" ma ten flow
No dobrze, ja tutaj o ambicjach, głębi, interpretacjach, apokalipsie (a nie wspomniałem jeszcze o tym, że w jednej ze scen robi się wręcz mistycznie), a wielu z was zapewne zada sobie teraz pytanie, czy jest to w ogóle film dla dzieci? Absolutnie tak.
Pomimo tych wielu możliwości odbioru "Flow" to w zasadzie bardzo prosta historia o zgrai zwierzaków napotykających na różne perypetie. W dodatku bohaterowie wyglądają naprawdę uroczo, a w szczególności kot (mam nadzieję, że mój pies za te słowa się nie obrazi). Poza tym "Flow" ma dobry flow: zgrabnie łączy elementy wartkiej przygodówki, wzruszającej baśni i zabawnej komedii (jest tu naprawdę sporo śmiesznych scen, które na szczęście nie mają wiele wspólnego z głupawymi gagami). A to wszystko zostaje skondensowane w odpowiednich ilościach w bardzo przystępnym metrażu, bo film trwa zaledwie 80 minut.
Recenzując w przeszłości wiele animacji, często pisałem o tym, że coś dla siebie na ekranie znajdą zarówno młodsi, jak i starsi. Nie dotyczy to "Flow". Nie ma tu bowiem pojedynczych momentów polegających na tym, że "dzieciom spodobają się zwierzątka, a dorośli wychwycą kilka zawoalowanych żartów". Jest to film, który mali i duzi będą oglądać na zupełnie innym poziomie, a każdy z tych poziomów jest równie wartościowy i atrakcyjny dla oka. Dlatego łotewska produkcja sprawdzi się na seans z dziećmi, ale również jako wypad do kina w pojedynkę.
Warto jednak wziąć pod uwagę fakt, że jest to animacja, która - choć pozbawiona dialogów - wymaga jednak koncentracji i skupienia. W dzisiejszym przebodźcowanym i naładowanym treściami świecie wcale nie tak łatwo przetrawić ciszę. Być może znacznie trudniej też zaangażować się w opowieść, której bohaterem jest kot - nie Garfield, nie Kot w butach - po prostu kot.
Gdy jednak złapiemy już tę odpowiednią częstotliwość, na której nadaje "Flow", seans może stać się dla nas pewnego rodzaju kontemplacją i formą wyciszenia. Skutecznym przełączeniem się na tryb "off".
Animacja nieperfekcyjna, dlatego piękna
Wspomnianemu wyłączeniu się na 80 minut z całą pewnością sprzyja fakt, że "Flow" wizualnie prezentuje się wręcz fantastycznie i pochłania bez reszty. Zdumiewające jest to, że Gints Zilbalodis stworzył swoje dzieło, korzystając z powszechnie dostępnego i darmowego oprogramowania, a budżet całego filmu wyniósł zaledwie 4 miliony dolarów. "W głowie się nie mieści 2" - dla porównania - kosztowało 200 milionów. Zastosowana we "Flow" trójwymiarowa animacja mocno przypomina grafikę gier na konsole starszej generacji. To oczywiście nie każdemu może się spodobać. Dostrzegalna w pierwszych minutach filmu lekka "pikseloza" może drażnić, zwłaszcza że przyzwyczailiśmy już oko do wymuskanych cyfrowo obrazów, w które nie może wkraść się żaden fałsz.
Zilbalodis skutecznie się z tego schematu wyłamuje, a pozorną "wadę" obrazu zamienia w ogromny atut, czyniąc ze swojej produkcji rzecz unikatową i odróżniającą się na tle pozostałych animacji. Oczywiście czasami trudno nie zauważyć błędów, ale - podobnie jak niepoprawne posunięcia pędzlem na obrazach - dodają one wartości całemu dziełu. Dziełu, które zachwyca swoimi barwami (kadry z zachodzącym słońcem wyglądają magicznie), skupieniem na detalach oraz fantastyczną pracą kamery, która obraca się wokół postaci - dokładnie jak w filmie fabularnym.
Nie tylko bohaterowie wyglądają świetnie, ale wręcz obłędnie prezentują się wykorzystane w animacji lokacje - czasami przypominające kadry z widowisk fantasy, a niekiedy wyglądające jak obrazki wyciągnięte z postapokaliptycznych filmów sci-fi.
Nie muszę chyba pisać o tym, że w filmie bez dialogów, oprócz obrazu, kluczowa jest także muzyka. To nią właśnie nadrabia się brak słów i to ona służy do ilustrowania fabuły oraz budowania i rozładowywania dramaturgii (której we "Flow" jest sporo).
W łotewskiej produkcji słyszane w głośnikach kompozycje nie ograniczają się jednak tylko do sugerowania nam, kiedy jest śmiesznie, a kiedy poważnie. Wspaniały motyw przewodni oraz wiele pobocznych melodii tworzą niezwykle klimatyczny i nostalgiczny soundtrack, którego z przyjemnością (choć chyba bardziej z zadumą) można posłuchać po wyjściu z kina. Oprócz tego "Flow" jest znakomicie udźwiękowionym filmem, w którym wykorzystano odgłosy prawdziwych zwierząt.
Dzieło Zilbalodisa zebrało już na całym świecie mnóstwo nagród, ale niewykluczone, że te najważniejsze dopiero przed nim. "Flow" już ma dwie nominacje do Oscara. I o ile w kategorii "najlepszy film międzynarodowy" najprawdopodobniej uzna wyższość "Emilii Perez", o tyle wśród najlepszych animacji ma duże szanse, by pobić wielkie hity Pixara i DreamWorks (choć "Dziki robot" był tutaj moim faworytem, ale tylko do dziś).
Być może jednak największą wygraną "Flow" ma już na koncie - widzom i wielkim wytwórniom udowodnił, że wciąż można opowiadać piękne historie w prosty sposób, nie rezygnując z artystycznego zacięcia. Nawiązując do tytułu filmu, to nurt, którym powinno podążać kino. A z tym nurtem i z tą zwierzęcą arką zdecydowanie warto popłynąć.
Film
Opinie wybrane
-
2025-01-27 10:04
Bardzo fajna opowieść dla dużych i małych (1)
Choć bohaterami są zwierzęta, to tylko pretekst do opowiedzenia uniwersalnej historii przede wszystkim o ludziach. O zagrożeniach, ulotności tego co mamy, radzeniu sobie, różnych postawach, izolacji, lękach i ich przełamywaniu (vide: łowienie ryb), odwadze, współczuciu, współdziałaniu - długo by wymieniać. Parę łez można uronić, parę razy można się uśmiechnąć. Dobre dla wrażliwych. Gruboskórni stracą tylko swój czas.
- 7 0
-
2025-01-27 13:48
Nowłaśnie
Ci ostatni przeważają w komentarzach
- 2 0
-
2025-01-25 09:31
FLOW (2)
to przepiękna opowieść telepatyczna, gdzie każdy może usłyszeć wewnętrzne myśli głównego bohatera i jego kompanów - po swojemu. To niemalże baśń dla każdego odbiorcy poszukującego odpowiedzi na pytania, jakbym się zachowała/ł w sytuacji zagrożenia, będąc współzależny od towarzyszy na małej przestrzeni i niepewnej chwili....jutra? To pewnego rodzaju
to przepiękna opowieść telepatyczna, gdzie każdy może usłyszeć wewnętrzne myśli głównego bohatera i jego kompanów - po swojemu. To niemalże baśń dla każdego odbiorcy poszukującego odpowiedzi na pytania, jakbym się zachowała/ł w sytuacji zagrożenia, będąc współzależny od towarzyszy na małej przestrzeni i niepewnej chwili....jutra? To pewnego rodzaju zaduma nad tym, co ważne w życiu i niematerialne, gdy w obliczu zagrożenia życia jesteś zdany na siebie, a jednocześnie, odgrywając rolę na tej niewielkiej łodzi, mając nadzieję na zrozumienie współtowarzyszy, że warto być razem, chociaż ostatecznie wiemy, że każdy pójdzie w swoją stronę, gdy tylko poczuje się bezpiecznie...nie zapominając o lekcji życia.
- 22 4
-
2025-01-25 22:12
jakie myśli dzbanku psa kota (1)
Wiesz jakie są ich mysli:) Co za biedactwo umysłowe
- 1 7
-
2025-01-26 17:56
Nieladny
Komentarz
- 0 0
-
2025-01-25 09:15
(2)
Na przykład przychodzisz na ten świat i szczęśliwie zamierzasz zaprzyjaźnić się i stworzyć coś ciekawego, ale społeczeństwo robi wszystko, aby człowiek odwrócił się od niego na zawsze.
- 17 6
-
2025-01-25 11:19
Ale mnie rozbawiłeś :) (1)
- 0 6
-
2025-01-25 11:57
A czym cie rozbawił? Masz dzieci? Ja mam i póki były w przedszkolu to było super. Dziecko chłonne wszystkiego. Poszło do szkoly i z roku na rok pomimo starań rodziców, szkoła niszczy ciekawość świata. Mamy być przygotowanymi korposzczurami. Dramat.
- 9 0
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
