Recenzja filmu "Gladiator II". Wielkie oczekiwania i jeszcze większy zawód

Tomasz Zacharczuk
16 listopada 2024 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (79)
  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Wracającym ze zwycięskich wypraw rzymskim generałom organizowano często w stolicy imperium triumfalne przemarsze, podczas których celebrowano ich odwagę i poświęcenie. Powrót Ridleya Scotta do jednego ze swoich najwybitniejszych dzieł na takie fanfary i oprawę nie zasługuje. Drugiemu "Gladiatorowi" nie sposób odmówić widowiskowości i rozmachu, ale jest to kontynuacja, która ustępuje oryginałowi na każdym polu. Tego akurat należało się spodziewać, ale ta długo wyczekiwana (albo i nie) produkcja ma duże problemy, by obronić się także jako samodzielny film. Pod tym względem w wielu momentach przypomina bezbronnego wojownika rzuconego w Koloseum na pożarcie lwom.



Wszystko to już widzieliśmy, ale w znacznie lepszym wydaniu


Oryginalnego "Gladiatora" widziałem niejednokrotnie. Ostatni raz jednak dobrych kilkanaście lat temu. Dlatego przed wybraniem się do kina na drugą część, zastanawiałem się nad odświeżeniem produkcji sprzed prawie ćwierć wieku. Po wcale nie tak długim namyśle doszło do mnie, że właściwie wciąż mam w pamięci przebieg fabuły, kluczowe sceny, nawet niektóre detale, zjawiskową kreację Russella Crowe'a i nie mniej znakomitą muzykę Hansa Zimmera. To właśnie świadczy o klasie widowiska - nawet nie oglądając filmu przez długi czas, nadal przywołuje on ogrom wspomnień i towarzyszących im samych pozytywnych odczuć.

A z czym tuż po seansie zostawia mnie nowy "Gladiator"? Głównie z pustką. Emocjonalną. Bo choć Ridley Scott już na początku sequela wrzuca piąty bieg, dwoi się i troi ze zwrotami akcji, urządza na ekranie rozpustną ucztę wizualną i raz za razem wymachuje nam przed oczami relikwiami z pierwszego filmu, to nie wzbudza to we mnie żadnych większych emocji. Nie angażuje w fabułę, nie intryguje obrazem, nie zaciekawia postaciami. Zupełnie nic. "Gladiator II" przelewa się przeze mnie jak piasek przez dłoń Maximusa w jednym z najbardziej rozpoznawalnych kadrów produkcji sprzed 24 lat.

Lucjusz (Paul Mescal) po wielu latach wraca do Rzymu. I podobnie jak ojciec, musi walczyć o życie na arenie gladiatorów.

Film jak odbitka z pierwszego "Gladiatora"



W przypadku najnowszego projektu Ridleya Scotta najgorsze wcale nie jest to, że pod każdym względem ustępuje on filmowi z 2000 roku. Najbardziej chyba boli fakt, że sam reżyser nie zrobił praktycznie nic, by od takich porównań uciec, a przynajmniej nie dać do nich większego pretekstu. "Gladiator II" to w głównej mierze bowiem nieudolna kalka "jedynki" - z naśladowniczym sposobem poprowadzenia opowieści, z przepisanymi na nowo niektórymi scenami, z podobną charakterystyką kilku postaci, a nawet z "flashbackami" z Russellem w głównej roli. Wszystko to już widzieliśmy, ale w znacznie lepszym wydaniu.

Oczywiście pewnych podobieństw nie sposób było uniknąć, bo Scott wraz ze swoim scenarzystą, Davidem Scarpą, postawił na rozwinięcie wątku syna Maximusa, Lucjusza (Paul Mescal). Młodego chłopaka, po śmierci ojca, wywieziono z Rzymu w obawie przed zamachem na jego życie. Kilkanaście lat po tych wydarzeniach Lucjusza, ale już pod imieniem Hanno, poznajemy w jednej z afrykańskich prowincji. Mężczyzna szykuje się właśnie do obrony miasta przed inwazją Rzymian pod dowództwem generała Acaciusa (Pedro Pascal). Opór przed najeźdźcami kończy się fiaskiem. Twierdza upada, Hanno traci żonę, a sam trafia do niewoli. Jego krnąbrność w połączeniu z warunkami fizycznymi i umiejętnością walki przykuwa uwagę Makrynusa (Denzel Washington) - łowcy gladiatorów, który w inwestowaniu w Hanno wyczuwa dobry biznes. Ma też wobec potomka Maximusa o wiele ambitniejsze plany, ale najpierw musi go ściągnąć do rzymskiego Koloseum na igrzyska.

W stolicy imperium panuje tymczasem chaos i terror. Śmierć Commodusa i poświęcenie jego pogromcy na niewiele się zdały. Władzę przejęli dwaj socjopatyczni bliźniacy - Geta (Joseph Quinn) i Karakalla (Fred Hechinger), dla których przelewanie krwi poddanych to jeden z ich ulubionych kaprysów. W pojawieniu się na gladiatorskiej arenie Hanno/Lucjusza wielu upatrywać będzie szansy na rzucenie wyzwania despotycznym cesarzom i przywrócenie porządku w Rzymie.

Widowiskowości i rozmachu nie można Scottowi odmówić. Ma też niezłe wsparcie aktorów. Zawodzi pozbawiony głębi, czasami też logiki i spójności scenariusz. Wiele do życzenia pozostawiają też efekty specjalne.

Mescal niezły, Pascal dobry, ale wszystkich ograł Washington



Tego porządku natomiast brakuje w samym filmie. Scott daruje sobie i nam jakąkolwiek ekspozycję i od razu rzuca nas w wir wydarzeń. To akurat udany zabieg, który pozwala zaoszczędzić sporo czasu na liczne wątki pojawiające się w dalszej części opowieści. Problem w tym, że żaden z tych wątków nie jest w pełni satysfakcjonujący.

Pomimo blisko 2,5-godzinnego seansu można odnieść wrażenie, że wszystko dzieje się tu w jakimś bałaganiarskim pośpiechu. Scenariusz być może i obfituje w zwroty akcji, ale trudno pomiędzy nimi wskazać płynność, konsekwencję i niekiedy nawet ich zasadność. W wiele postaw i zachowań bohaterów trzeba wierzyć na słowo, bo nie ma czasu, by przyjrzeć się bliżej motywacjom postaci.

Najwięcej tracą na tym świetni aktorzy. Paul Mescal robi, co może, by nie stać się drugim Russelem Crowem. I choć Lucjusz zapożycza od Maximusa honorowość, odwagę i pewnego rodzaju wrażliwość, to jest postacią znacznie bardziej porywczą, nieprzejednaną i napędzającą się nieco innymi wartościami. I ten aspekt akurat Mescalowi udało się oddać na ekranie, choć wciąż mam wrażenie, że jest to aktor, który znacznie lepiej odnajduje się w bardziej kameralnych projektach na wzór "Aftersun" czy "Dobrych nieznajomych". Mniej łaskawie Scarpa i Scott obeszli się z Pedro Pascalem. Jego Acacius to naprawdę intrygująca i niejednoznaczna postać (może nawet najciekawsza ze wszystkich), która zasługiwała w tym filmie na znacznie więcej. Zwłaszcza przy tak dobrej dyspozycji Pascala.

Największym beneficjentem nowego "Gladiatora" okazał się jednak Denzel Washington, który kapitalnie bawi się swoim bohaterem. Utytułowany aktor potwierdził u Scotta regułę mówiącą, że nie sztuką jest zagrać dobrze napisaną postać. Prawdziwe wyzwanie pojawia się wtedy, gdy scenarzyści - delikatnie mówiąc - dają ciała. A Makrynus to wręcz podręcznikowy przykład fatalnie poprowadzonej postaci, której obecność na ekranie da się zaakceptować tylko i wyłącznie dzięki wybitnym umiejętnościom Washingtona. Zły, bo zły, ale przynajmniej jakiś pomysł na Makrynusa twórcy filmu mieli. Nie mieli kompletnie żadnego dla powracającej do "Gladiatora" Connie Nielsen i totalnie zmarnowanego w tej produkcji Josepha Quinna.

Nie Mescal, nie Pascal, a Washington prezentuje się najlepiej z obsady, choć jego postać popada w coraz bardziej absurdalny ciąg zdarzeń.

Rekinado w Koloseum, czyli freak-fighty Scotta



Czy więc na tej filmowej arenie drugi "Gladiator" poniósł sromotną klęskę? Otóż niekoniecznie. Scott to przecież stary wyjadacz, dlatego doskonale wie, czym zanęcić publiczność i jak ją sobie zjednać. Chcecie chleba i igrzysk? No to macie. Widowisko przez duże "W". Z mnóstwem pojedynków i litrami tryskającej krwi. Z całą masą karkołomnych szarż operatorskich i pompatyczną muzyką podbijającą i tak przebijający wszelkie sufity patos. Oprócz tego to także kawał solidnie zrealizowanego kina. Scenografia i kostiumy rzeczywiście mogą nas przenieść do starożytnego Rzymu, a w tym ekranowym Koloseum dzieje się aż nadto.

Szczególnie jak do gry wkroczą dziwaczne małpy, rekiny (tak, tak!) i nosorożec w bojowym rynsztunku. Mini-zoo pana Ridleya może robić wrażenie, ale cyfrowa jakość tych zwierząt już na pewno nie. Nie za bardzo jestem w stanie zrozumieć, w jaki sposób od tak świetnych i dopracowanych efektów specjalnych w "Napoleonie" można przejść do komputerowej fuszerki w "Gladiatorze II". A wystarczyło pozostać przy tradycyjnych, gladiatorskich starciach, które przy odrobinie lepszej choreografii mogłyby być jednym z największych atutów tej produkcji. Niestety Ridley Scott postawił na "freak-fighty" w Koloseum.

Chleb czerstwy, igrzyska spaczone, ale tę ludyczną funkcję "Gladiator II" spełnia. Czy można było liczyć na coś więcej? Na pewno tak, choć poprzeczka ustawiona była na takim poziomie, do którego Scott nie jest już raczej w stanie podskoczyć. I tak szalenie doceniam jego konsekwencję, upór i chęci. To jednak za mało, by mierzyć się z legendą "Gladiatora". A tej nowej reżyser nawet nie próbował napisać. Maximus invictus!

5.5/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

7.0
92 oceny

Gladiator II (17 opinii)

(17 opinii)
akcja, dramat

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (79)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

NT Live: Fifth Step. Krok piąty

40,90 - 53,90 zł
spektakl teatralny, projekcje filmowe

André Rieu. Wesołych Świąt! w Helios na Scenie

47,90 zł
muzyka poważna, pop, piosenki świąteczne, projekcje filmowe