Recenzja filmu "Joker: Folie a deux". Nie tym razem
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Broadwayowski musical w tonacji obłąkanego i ponurego Arkham? Dramat sądowy ucharakteryzowany na parodystyczny talk show? A może pogłębione studium przypadku wyplutego przez system pacjenta z szerokim spektrum psychicznych zaburzeń? W "Joker: Folie a deux" jest wszystkiego po trochu, ale brakuje tego najważniejszego: angażującej opowieści, która pozwoliłaby uwierzyć w sens robienia kontynuacji filmu sprzed pięciu lat. Najnowsze dzieło Todda Phillipsa przypomina przydługie i chaotycznie nabazgrane postscriptum do znakomitej "jedynki", którego równie dobrze mogłoby po prostu nie być.
Przyznam, że gdy pojawiły się pierwsze, jeszcze dość nieśmiałe zapowiedzi nakręcenia drugiego "Jokera", targały mną różne emocje. Początkowo było ogromne zdziwienie wynikające z mojego wewnętrznego przekonania w to, że pierwsza część była w pewnym sensie dziełem doskonałym i zamkniętym. Wydawało się, że to, co było dla Todda Phillipsa kluczowe w jego pomyśle na opowieść o genezie naczelnego złoczyńcy Gotham, wybrzmiało na ekranie aż nazbyt dosadnie i wyraziście. Jeśli coś jeszcze w historii Arthura Flecka zasługiwało na dopowiedzenie, to raczej w domysłach i interpretacjach widzów.
Zdziwienie szybko zastąpił niepokój. Głównie o to, w jaki sposób twórcy "Jokera" chcą podejść do tytułowej postaci i czy przypadkiem (albo nawet świadomie) nie zniweczą tego, co tak kapitalnie zagrało w "jedynce". Obawy jeszcze przybrały na sile po tym, jak nowy projekt Phillipsa obwołano musicalem. Kojarząca mi się z beztroską, dystansem i zabawą konwencja nijak pasowała, w mojej ocenie, do surowego klimatu i ekranowego naturalizmu "Jokera". No i błyskawicznie pojawiła się złość. Na śliniących się na widok kolejnych potencjalnych milionów do zarobienia producentów (i samego reżysera), którzy przedobrzą, przekombinują i ostatecznie się przeliczą.
Dziś, już po seansie "Folie a deux", zdziwienie, niepokój i złość wyparły rozczarowanie, zmęczenie i obojętność. Może nie w jakimś przesadnym nadmiarze, bo jednak w drugim "Jokerze" jest trochę pozytywów, ale o euforii czy choćby satysfakcji trudno mówić. Posłużę się w tym momencie najbardziej ogólnikowym i banalnym stwierdzeniem, jakie przychodzi mi do głowy: nie jest tak źle, jak należało się obawiać, ale zarazem nie jest tak dobrze, jak można się było (po cichu) spodziewać. Ponad dwóch spędzonych w kinie godzin raczej nie żałuję, ale w ogóle nie żałowałbym tego, gdyby do powstania tego, bądź co bądź, zbędnego filmu nie doszło.
Mniej Jokera, więcej Arthura
Po sześciu dokonanych zabójstwach i wywołanych w Gotham zamieszkach Arthur (Joaquin Phoenix) trafia do zakładu Arkham. I to od razu na blok, w którym zamknięci są najbardziej niebezpieczni szaleńcy. Nawet bez swojego demonicznego makijażu, charakterystycznego garnituru i wisielczych żartów Fleck jest prawdziwą gwiazdą wśród osadzonych i pupilem strażników. Za opowiedzenie (oczywiście) nieśmiesznego dowcipu nagradzany jest przez nich papierosem, może liczyć na widzenia, a nawet na wizyty na oddziałach o zdecydowanie mniejszym rygorze. To właśnie tam, podczas zajęć śpiewu, poznaje Lee (Lady Gaga). Zafascynowana dokonaniami Jokera kobieta pragnie go jak najbliżej poznać.
Tyle że po paradującym w stroju klauna socjopacie niewiele już zostało. Zamroczony lekami Arthur właściwie niczym nie wyróżnia się na tle pozostałych obłąkanych w Arkham. Pomimo tego, niemal dla wszystkich - współwięźniów, strażników, swoich wielbicieli, dziennikarzy i młodego prokuratora Harveya Denta domagającego się dla Flecka krzesła elektrycznego - wciąż jest tym nieobliczalnym i morderczym psychopatą. Tylko jego obrończyni (bardzo dobra Catherine Keener) próbuje rozgraniczyć w mężczyźnie Jokera i Arthura. Dlatego za wszelką cenę chce udowodnić w sądzie niepoczytalność i chorobę psychiczną swojego klienta.
I to właśnie oczami prawniczki w głównej mierze spoglądamy na tytułowego bohatera. Bardziej niż Jokera interesuje Todda Phillipsa postać Arthura. A także to, w jaki sposób dokonane przez niego zbrodnie wpłynęły na jego psychikę i "relację" z Jokerem. Reżyserowi "Folie a deux" udało się głębiej niż w "jedynce" spojrzeć na chorobę swojego bohatera. Nie ma tu już nic z triumfującego nihilizmu i gloryfikowanej anarchii. Na zewnątrz Fleck jest idolem, ale w środku to wciąż (a może jeszcze bardziej) mężczyzna odczuwający lęk i zagubienie. W dodatku niezwykle podatny na manipulacje. I to jest właśnie ten niezagospodarowany skrawek historii Arthura, który warto było rozwinąć.
Tylko czy taki powrót do punktu wyjścia z pierwszej części (jeszcze przed pełną transformacją Flecka w Jokera) zainteresuje na nowo publiczność? Czy takiemu pogłębionemu psychologicznemu spojrzeniu na głównego bohatera warto poświęcać ponad dwie godziny? Moim zdaniem nie. Tym bardziej, że Phillips niczego przełomowego w osobie Arthura nie odkrywa, krążąc nieustannie wokół tych samych wniosków. A te na dodatek podane są w formie nużącej i coraz bardziej męczącej opowieści, co było nie do pomyślenia w przypadku filmu sprzed pięciu lat.
"Joker 2" to nie musical, choć mógłby nim być
W pierwszym "Jokerze" Phillips nigdzie się nie spieszył. Był czas na dokładną ekspozycję Arthura, na jego przemianę, na wątki kryminalne i sensacyjne, na wymalowanie społecznego tła Ameryki lat 70. W kontynuacji reżyser również stawia na dość powolne tempo, ale tym razem ma niewiele kart do zagrania. To, w jaki sposób snuje swoją opowieść, przypomina układanie olbrzymich puzzli w nienaturalnie długim czasie. Pierwszy tak naprawdę porządny zwrot akcji następuje po dwóch godzinach. Kwadrans przed końcowymi napisami. To zbyt późno, by obudzić w widzu emocje, których ewidentnie podczas seansu brakuje. Stąd wspomniane przeze mnie wcześniej rozczarowanie połączone ze zmęczeniem i obojętnością.
Nie pomagają też eksperymenty z różnymi filmowymi gatunkami. Były obawy o to, że Phillips przeszarżuje i przekombinuje. No i przekombinował. O ile jeszcze początkowa animacja (w której Joker ucieka przed własnym cieniem, znamienne dla całej fabuły "dwójki") stylizowana na Looney Tunes i pierwszy kwadrans zapowiadający intrygujące połączenie więziennego dramatu z kinem psychologicznym dawały nadzieję na jakościowe kino, o tyle potem następuje już duży chaos. Głównie za sprawą musicalowych elementów. I warto w tym momencie uściślić istotną dla widzów kwestię: to nie jest rasowy musical. To film z musicalowymi wtrętami, które - o dziwo - wcale nie są tutaj wsadzone na siłę.
Śpiew i taniec, charakterystyczne dla musicalu, współgrają przecież z komizmem postaci klauna (no może akurat niekoniecznie tego konkretnego). Na dodatek sceny, o których mowa, w głównej mierze są wytworami wyobraźni Arthura, który wiele rzeczy w swojej głowie idealizuje i ubarwia. Ma to sens, ale nie ma tu absolutnie dobrej egzekucji tego pomysłu. Musicalowe fragmenty polegają po prostu na tym, że pan i pani śpiewają piosenki, które wpadają jednym, a wypadają drugim uchem. Trudno je stylistycznie powiązać z klimatem "Jokera", nawet jeśli korespondują z fabułą. Wokalno-taneczne popisy w takim wydaniu po prostu wydają się błahe, nudne, odwracające uwagę od sedna historii. W pewnym momencie już zwyczajnie przeszkadzają.
Drugi "Joker" mógłby być jeszcze sprawnym sądowym dramatem, ale nawet w tej kwestii Phillips nie wykazuje się większą inwencją, a całą rozprawę Arthura Flecka zamienia w tanie widowisko rodem z telewizyjnych talk show. I to tych emitowanych późną porą z masą niecenzuralnych słów i wrzeszczącą widownią. Jedynie scena poświęcona mowie końcowej Arthura potrafi jak magnes przyciągnąć uwagę i zostać w głowie na dłużej. Takich realizacyjnych i scenariuszowych perełek w filmie jest jednak zdecydowanie za mało.
Lady Gaga głównie śpiewa, ale to Phoenix (znów) daje koncert
Jest za to masa odgrzewanych wątków z pierwszej części. Wydarzenia, postaci, nawet niektóre teksty wracają jak bumerang. Jeśli w fabule pojawia się coś nowego, to jest to tylko konsekwencją tego, co już się wydarzyło w pierwszym filmie. W scenariuszu jest więc nie tylko powtarzalność, ale i ogromny bałagan. Głównie za sprawą nieźle wprowadzonej, ale znacznie gorzej poprowadzonej postaci Lee, tudzież Harleen Quinzel. W jej relacji z Arthurem od początku jest coś sztucznego, naiwnego, chaotycznego. Trudno rozszyfrować jej motywację. Ta gorączkowa wręcz potrzeba zbliżenia się do Flecka wynika z kaprysu? A może z ideologicznych pobudek? Jest przejawem buntu? A może próbą zwrócenia na siebie uwagi i zyskania sławy? Tego się nie dowiadujemy.
I trudno abyśmy się dowiedzieli, skoro postać Harleen pojawia się i znika w zupełnie randomowych momentach. To trochę jak ze wspomnianymi scenami musicalowymi. W tych zresztą błyszczy wokalnie Lady Gaga, która także aktorsko wypada przyzwoicie. Szkoda tylko, że nie ma za bardzo czym pograć, a jej obecność na ekranie ogranicza się głównie do śpiewu i zmieniania kostiumów oraz makijażu. Kolejny swój aktorski koncert daje z kolei Joaquin Phoenix, który w przeciwieństwie do Todda Phillipsa, niczego nie próbował na siłę zmieniać i ulepszać. To najpewniejszy punkt nowego "Jokera" i jeden z nielicznych atutów nowej produkcji.
Folie a deux to termin medyczny określający paranoję indukowaną, czyli stan, w którym osoba będąca blisko z chorym bezkrytycznie przyjmuje jego paranoiczne myśli i wizje. Taką niemal bezkrytyczną więź czułem z pierwszym "Jokerem" Phillipsa, ale tym razem jego wizjom i myślom nie jestem w stanie zaufać. I nie mam też pewności, czy zaufają mu również widzowie, którzy - mam wrażenie - mogą oczekiwać nieco innego filmu. Ten akurat na pewno jest odmienny od tego, co widzieliśmy pięć lat temu. I może choćby z tego powodu warto dać mu szansę. Ja dałem i jedyne, co chciałbym teraz zrobić, to móc zapomnieć o "dwójce" i jeszcze raz obejrzeć "jedynkę". Wiem, że jedno i drugie nastąpi błyskawicznie.
Film
Opinie wybrane
-
2024-10-05 07:36
Co wy wszyscy recenzenci (4)
macie z tymi latami 70? Sam rezyser przy Jedynce mowil, ze inspirowal sie poczatkiem lat 80, kiedy studiowal w NY. Zrzynacie te recenzje od siebie czy nie chce sie wam obejrzec Zza kulis/ The making if
- 51 8
-
2024-10-06 00:18
Serio tak powiedział? (2)
Bo na 100 metrów widać, że inspirował się Taksówkarzem i Królem Komedii. Obydwa filmy z De Niro. Więc jeśli inspiracją dla niego były własne doświadczenia z czasów studenckich, a nie te wymienione przeze mnie filmy to cóż za zbieg okoliczności, że pierwszy Joker wizualnie wygladał jak zżynka z tych tytułów. No niesamowite :D
- 4 0
-
2024-10-06 17:23
Kto tu mowi o wlasnych doswiadczeniach (1)
Nowy Jork w czasach "kiedy tam studiowal". O boziu...
- 1 0
-
2024-10-06 18:38
Jedno nie wyklucza drugiego
W latach 80 Nowy Jork zdobył sławę wielkiego wysypiska z rekordową przestępczością. Szaleństwo gł. bohatera, jego ambicje komediowe i obsesja na punkcie programu tv łączą z Królem Komedii i Taksówkarzem czyli latami 70.
- 0 1
-
2024-10-05 10:26
Taksowkarza i Krola komedii nakrecono raczej w latach 70 tych. Inspiracja byl New York w kryzysie. Bo byl praktycznie takim Gotham. Na YT jest ciekawy wywiad z facetem od zdjec.
- 4 1
-
2024-10-05 08:12
Tragedia. Obrót o 180 stopni.
Nie czuć kompletnie klimatu Gotham, kadry jak z Broadwayu. Plus Lady Gaga która wyskakuje tu jak Makłowicz na reklamie z lodówki. Mieszanina stylu pod dzisiejsze czasy. Pierwsza część świetna jakby od innego ojca.
- 65 6
-
2024-10-05 08:00
Zawiedziony (5)
To jest Musical. Strata czasu. Brak fabuły, jakieś 15/20 min filmu jest ok. Reszta to ciągnące się flaki.
- 63 3
-
2024-10-14 10:59
No tak dzbanku nikt tego nie ukrywał !!A No ale myslenie samodzielne zatrudne co nie dlatego opinie najwiekszych dzbanów
zawsze wyróznione
- 0 0
-
2024-10-05 23:42
dzieki (2)
w takim razie nie ide do kina (23 zł zostaje na inwestycje)
- 9 3
-
2024-10-09 18:41
Idż do kina
Proponuję jednak pójsć i zobaczyć, ocenić samemu. Każdy jest inny i ma inną wrażliwość na odbiór filmu.
To, że będzie to musical było wiadomo od początku. Pójść bez oczekiwań. Odrzucić przeczytane krytyczne opinie. Zrozumieć, ze tak jak i jedynka nie jest to film blisko uniwersum DC.
Skupić się na bohaterze i głębi jego problemu orazProponuję jednak pójsć i zobaczyć, ocenić samemu. Każdy jest inny i ma inną wrażliwość na odbiór filmu.
To, że będzie to musical było wiadomo od początku. Pójść bez oczekiwań. Odrzucić przeczytane krytyczne opinie. Zrozumieć, ze tak jak i jedynka nie jest to film blisko uniwersum DC.
Skupić się na bohaterze i głębi jego problemu oraz otoczenia i jego oczekiwań względem Arthura/Jokera.
Film naprawdę dobry. Gorszy od jedynki, to fakt, ale nie mogę zrozumieć tej lawiny krytki.
Joaquin doskonały. Gaga - może być.
Warto polegać na swojej ocenie. Ja polecam- 3 1
-
2024-10-06 10:25
Na inwestycje... Hahaha
- 1 4
-
2024-10-05 13:39
Ciągnący się Fleck.
- 9 2
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
