Recenzja filmu "Jurassic World: Odrodzenie". Dino-wakacje bez wygód
Już od dłuższego czasu najsłynniejsza filmowa seria poświęcona prehistorycznym gadom wygląda jak teren paleontologicznych wykopalisk - to żmudne grzebanie w przeszłości, oczyszczanie skamielin i próba poskładania na nowo szczątków pochodzących z pierwszego "Parku Jurajskiego" Spielberga. Z "Jurassic World: Odrodzenie" jest podobnie. Produkcja ze Scarlett Johansson nie oferuje nam nic, czego byśmy już nie znali i nie widzieli w lepszym wydaniu. O żadnym odrodzeniu więc nie ma mowy. To kino z odzysku - momentami trzymające w napięciu i imponujące efektami specjalnymi, lecz nadal nieudolnie imitujące oryginał.
"Dinozaury mają dość ludzi, ale ludzie nie mają dość dinozaurów". Zdanie, które wybrzmiewa w pierwszym kwadransie filmu Garetha Edwardsa, doskonale oddaje kondycję całego cyklu zapoczątkowanego w 1993 r
przez Stevena Spielberga. Żadnej z dwóch kontynuacji "Parku Jurajskiego" nie udało się dorównać oryginałowi. Podobnie można powiedzieć o nowej trylogii nakręconej po wielu latach przerwy. O ile "Jurassic World" - bazując głównie na nostalgii widzów i niezłej realizacji - dawał jeszcze nadzieję na udaną reaktywację serii, o tyle "Upadłe królestwo" i "Dominion" spektakularnie tę szansę zaprzepaściły i doprowadziły niemal do dekonstrukcji tej filmowej marki.
Ekranowe dinozaury faktycznie mogły więc mieć dość nieudolności ludzi (a konkretnie producentów), ale ludzie (czytaj: widzowie) za każdym razem udowadniali swoje uwielbienie i przywiązanie do wszystkiego, co miało w tytule słowo "jurassic". Cóż więc z tego, że na sześć projektów pod tym szyldem zaledwie jeden, kultowy już, w pełni obronił się na poziomie artystycznym. Ludzie kochali, nadal kochają i prawdopodobnie wciąż będą kochać filmy o gigantycznych gadach (nawet te gorsze jakościowo), choć tego ostatniego nie można być całkowicie pewnym, bo "Odrodzenie" nie działa już tak skutecznie na wyobraźnię widza i przede wszystkim nie wylewa solidnych fundamentów pod kolejne filmowe opowieści o dinozaurach.
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Miało być odrodzenie, a jest odmrożenie
Wydawało się, że po pełnym niedorzeczności i scenariuszowego bałaganu "Dominion" Hollywood na dłużej da sobie spokój z "jurajskimi" przedsięwzięciami. Zaledwie po trzech latach od nieudanego domknięcia trylogii Colina Trevorrowa znów jednak dostajemy bilet na egzotyczną wyspę wypełnioną prehistorycznymi zwierzętami. I rzeczywiście tym razem można było mieć nadzieję na to, że będzie to nowe otwarcie dla całego cyklu. Za reżyserskimi sterami zasiadł Gareth Edwards - autor coraz lepiej ocenianego po latach "Łotra 1" i być może za mało docenianego "Twórcy". Poza tym Brytyjczyk miał już styczność z opowieściami o ponadwymiarowych gadach, bo dekadę temu nakręcił swoją wersję "Godzilli".
Szanse na powodzenie "Jurassic World: Odrodzenie" wzrosły też po tym, jak do prac nad scenariuszem zaangażowano Davida Koeppa, a więc człowieka, który był współodpowiedzialny za fabułę pierwszego "Jurassic Park". Mało tego Koepp wyszedł ze słusznego założenia, iż nie ma sensu kontynuować wątków z poprzedniej trylogii - nowa opowieść miała bardziej nawiązywać do początków serii i stawiać na nowe postaci. A i na tym polu zapowiadało się całkiem interesująco, bo Scarlett Johansson i Mahershala Ali to przecież poważne nazwiska na aktorskim rynku, które oczywiście sukcesu nie gwarantują, ale znacząco zawyżają jego prawdopodobieństwo. Miało być tytułowe odrodzenie, a wyszło raczej odmrożenie - starych patentów, schematów, rozwiązań, a nawet całych gotowych scen.
Po raz enty bowiem dostajemy płytką i mało angażującą historię o złej korporacji zlecającej garstce desperatów misję na wyspie opanowanej przez dinozaury. Najemnicy pod wodzą specjalistki od tajnych operacji, Zory Bennett (Scarlett Johansson), muszą pozyskać krew od trzech największych gadów - żyjących na lądzie, w wodzie i w powietrzu. Wszystko po to, by stworzyć lek pomagający ludziom chorującym na serce. Jak to bywało już w historii cyklu, intencje zleceniodawców nie są jednak krystalicznie czyste, a moralnych wątpliwości - już w trakcie realizacji zadania - nabierają również ci, którzy stają oko w oko z drapieżnikami.
Nie ma natomiast żadnych wątpliwości, tudzież zaskoczeń, w przebiegu fabuły. Od początku wiadomo mniej więcej, jak potoczą się losy każdej postaci - kto odegra rolę bohatera, a kto będzie robił jedynie za przystawkę dla wygłodniałych dinozaurów. Oprócz tego, że jest przewidywalnie, jest również statycznie. Na rozkręcenie się akcji trzeba się solidnie naczekać, a gdy już tempo opowieści wskakuje na wysokie obroty, znów następuje kilkudziesięciominutowy zastój. W środkowym akcie robi się zwyczajnie nudno. I nie pomaga nawet trafny akurat zabieg z poprowadzeniem dwóch wątków równolegle. Poza uczestnikami misji śledzimy bowiem także losy rodziny rozbitków, którym podwodne monstrum zdemolowało łódź.
Widowisko ładne dla oka, dinozaury już nie wszystkie
Oczywiście w tego typu widowiskach to nie fabuła odgrywa główną rolę. Nie zmienia to faktu, że można było pokusić się o nieco bardziej kreatywne podejście do samej opowieści i jej bohaterów. Ileż to razy możemy śledzić niemal identyczną historię z kadrami skserowanymi z poprzednich części? Odpowiedź może być dla niektórych zaskakująca: tyle razy, ile miałką fabułę nadrabiają efekty i oprawa wizualna. Pod tym kątem "Odrodzeniu" trudno jednoznacznie coś zarzucić, ale nie jest to jednocześnie film wybijający się ponad średnią. Zastosowane CGI nie razi po oczach, sceny akcji (gdy takowe w końcu się pojawiają) nakręcone są z odpowiednią dynamiką i z wykorzystaniem wielu kamer, a plenery uzupełnione wygenerowanymi przez komputer detalami nie raz i nie dwa cieszą oko.
W przypadku każdego filmu - czy to z serii "Jurassic Park", czy "Jurassic World" - najważniejsze jednak jest jedno pytanie: jak prezentują się główni bohaterowie, czyli dinozaury? Odpowiem najgorzej, jak się da: to zależy. Po pierwsze: nie jest ich przesadnie dużo (plus), ale z ich różnorodnością bywa już problem (minus). Po drugie: trzeba się na nie naczekać - pierwsza większa sekwencja z podwodnym gadem pojawia się po ponad pół godzinie filmu. Skojarzenia ze "Szczękami" nasuną się same - dozowanie napięcia na odpowiednim poziomie, ale wydaje się, że można było z tych scen wyciągnąć więcej i bardziej dopracować podwodnego drapieżnika (w zestawieniu z przerośniętymi rekinami z obu części "Meg" wypada dość blado). Po trzecie: najlepiej prezentują się dinozaury, które znamy już z poprzednich części. Kilka z nich pojawia się raczej epizodycznie, ale z kolei tyranozaur dostaje całkiem pokaźną scenę - i zarazem jedną z lepszych w całym "Odrodzeniu". Tak, król T-Rex wciąż ma to coś!
Nie imponują, delikatnie mówiąc, nowe stworzenia. Akcja filmu toczy się na wyspie, na której niegdyś znajdowało się laboratorium. To w jego wnętrzach naukowcy mieszali różne gatunki i dokonywali genetycznych eksperymentów. Ich efektem są zmutowane gady, które pojawiają się głównie w końcowym akcie nowego "Jurassic World". Jak przystało na mutantów, wyglądają one dość pokracznie i niepokojąco, a jednocześnie - po prostu brzydko. Największy i z pewnością najszpetniejszy z nich wkracza do akcji na ostatnie kilkanaście minut seansu. I poza paskudną aparycją ma niewiele do zaoferowania. Ot, po prostu w odpowiednim momencie wynurza się zza mgły i na tle rac (kolejny ograny motyw z poprzednich filmów) szczerzy gigantyczne kły.
Abstrahując od tego, że zmutowane dinozaury bardziej niż prehistoryczne gady przypominają już potwory i kreatury rodem z kina science-fiction czy fantasy, to wszystkie pokazane w filmie zwierzęta zatraciły swój instynkt. Dinozaury u Edwardsa wydają się spowolnione, ospałe, czasami nieporadne i opieszałe. Trudno pozbyć się wrażenia, że w "Parku jurajskim" czy choćby nawet w pierwszym "Jurassic World" błyskawicznie rozprawiłyby się ze swoimi ofiarami. Tutaj fragmentami kompletnie nie czuć zagrożenia, a niekiedy przeciągnięte sceny bardziej już irytują, niż budują napięcie. Zresztą trudno nawet mówić o suspensie, skoro za każdym razem wiadomo, kogo i w jaki sposób zaatakuje drapieżnik.
Wakacje z dinozaurami? Na pewno nie w wersji all inclusive
Nieco bardziej ruchliwe i zdeterminowane od dinozaurów są w "Jurassic World: Odrodzenie" ludzkie postaci. I choć mamy tutaj duży rozstrzał różnych charakterów - od przebojowej liderki, przez zimnokrwistego korporacyjnego drania, po zblazowanego nastolatka czy troskliwego (choć nie do końca odpowiedzialnego) ojca, to trudno do któregoś z nowych bohaterów na dłużej się przywiązać. Rupert Friend, Mahershala Ali czy Manuel Garcia-Ruffo grają poprawnie, ale jednowymiarowość ich postaci nie pozwala na więcej.
Scarlett Johansson również nie zawyża poziomu, ale głównie z tego powodu, że wciela się w słabo rozpisaną postać Zory - ekspertki w swojej dziedzinie, która właściwie w żadnym momencie filmu nie udowadnia, dlaczego jest tak bardzo poważana w swoim fachu. Chyba najciekawszym bohaterem wydaje się kreowany przez Jonathana Baileya paleontolog Henry Loomis - pasjonat dinozaurów, którego autentycznie cieszy i wzrusza bezpośredni kontakt z gigantycznymi stworzeniami. Jednocześnie jest to chyba jedyna postać zagrana bez zbędnego patosu i kolokwialnej "napinki".
Nowe "Jurassic World" - nie tylko na poziomie aktorskim - ale właściwie na każdym pozostałym klasyfikuje się w kategorii poprawnego kina rozrywkowego. Letni blockbuster podany w letniej temperaturze. I w zasadzie nic więcej. Niewykluczone, że najlepiej przy filmie Edwardsa bawić się będą najbardziej zagorzali fani widowisk o dinozaurach. Zwłaszcza ci, którzy rozczarowali się zarówno "Upadłym królestwem", jak i "Dominion". Czy "Odrodzenie" ma potencjał na to, by zrestartować całą serię i być kamieniem węgielnym pod ewentualną kolejną trylogię? Raczej nie, bo - nawet dysponując uzębieniem T-Rexa - trudno wgryźć się w historię tak czerstwą i pozbawioną smakowitego wnętrza. Wakacje z dinozaurami na egzotycznej wyspie? Koszty nie są duże, ale o all inclusive możemy zapomnieć.
Film
Opinie wybrane
-
2025-07-05 19:09
I tak pójdę. Dinozaury i Scarlett Johansson (nie trzeba tłumaczyć, że świetna aktorka), to mi wystarczy.
- 15 2
-
2025-07-05 12:34
Bez przesady, fajnie się oglądało bo po to chodzi się do kina
- 13 8
-
2025-07-05 10:29
Tu juz nic nowego nie mozna sie spodziwac 80% filmu robiony na komputerach super to byla 1 i 2 czesc
ale skoro robia szybkich i głupich numer 12 to czemu nie :)
- 22 1
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
