Recenzja filmu "Jurassic World: Odrodzenie". Dino-wakacje bez wygód

Tomasz Zacharczuk
5 lipca 2025, godz. 09:00
Opinie (21)
Naukowcy i najemnicy ruszają na egzotyczną wyspę pełną dinozaurów. Muszą pozyskać krew największych osobników, by stworzyć lek mogący pomóc ludzkości.

Już od dłuższego czasu najsłynniejsza filmowa seria poświęcona prehistorycznym gadom wygląda jak teren paleontologicznych wykopalisk - to żmudne grzebanie w przeszłości, oczyszczanie skamielin i próba poskładania na nowo szczątków pochodzących z pierwszego "Parku Jurajskiego" Spielberga. Z "Jurassic World: Odrodzenie" jest podobnie. Produkcja ze Scarlett Johansson nie oferuje nam nic, czego byśmy już nie znali i nie widzieli w lepszym wydaniu. O żadnym odrodzeniu więc nie ma mowy. To kino z odzysku - momentami trzymające w napięciu i imponujące efektami specjalnymi, lecz nadal nieudolnie imitujące oryginał.





"Dinozaury mają dość ludzi, ale ludzie nie mają dość dinozaurów". Zdanie, które wybrzmiewa w pierwszym kwadransie filmu Garetha Edwardsa, doskonale oddaje kondycję całego cyklu zapoczątkowanego w 1993 r
przez Stevena Spielberga. Żadnej z dwóch kontynuacji "Parku Jurajskiego" nie udało się dorównać oryginałowi. Podobnie można powiedzieć o nowej trylogii nakręconej po wielu latach przerwy. O ile "Jurassic World" - bazując głównie na nostalgii widzów i niezłej realizacji - dawał jeszcze nadzieję na udaną reaktywację serii, o tyle "Upadłe królestwo" i "Dominion" spektakularnie tę szansę zaprzepaściły i doprowadziły niemal do dekonstrukcji tej filmowej marki.

Ekranowe dinozaury faktycznie mogły więc mieć dość nieudolności ludzi (a konkretnie producentów), ale ludzie (czytaj: widzowie) za każdym razem udowadniali swoje uwielbienie i przywiązanie do wszystkiego, co miało w tytule słowo "jurassic". Cóż więc z tego, że na sześć projektów pod tym szyldem zaledwie jeden, kultowy już, w pełni obronił się na poziomie artystycznym. Ludzie kochali, nadal kochają i prawdopodobnie wciąż będą kochać filmy o gigantycznych gadach (nawet te gorsze jakościowo), choć tego ostatniego nie można być całkowicie pewnym, bo "Odrodzenie" nie działa już tak skutecznie na wyobraźnię widza i przede wszystkim nie wylewa solidnych fundamentów pod kolejne filmowe opowieści o dinozaurach.

  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Miało być odrodzenie, a jest odmrożenie



Wydawało się, że po pełnym niedorzeczności i scenariuszowego bałaganu "Dominion" Hollywood na dłużej da sobie spokój z "jurajskimi" przedsięwzięciami. Zaledwie po trzech latach od nieudanego domknięcia trylogii Colina Trevorrowa znów jednak dostajemy bilet na egzotyczną wyspę wypełnioną prehistorycznymi zwierzętami. I rzeczywiście tym razem można było mieć nadzieję na to, że będzie to nowe otwarcie dla całego cyklu. Za reżyserskimi sterami zasiadł Gareth Edwards - autor coraz lepiej ocenianego po latach "Łotra 1" i być może za mało docenianego "Twórcy". Poza tym Brytyjczyk miał już styczność z opowieściami o ponadwymiarowych gadach, bo dekadę temu nakręcił swoją wersję "Godzilli".

Szanse na powodzenie "Jurassic World: Odrodzenie" wzrosły też po tym, jak do prac nad scenariuszem zaangażowano Davida Koeppa, a więc człowieka, który był współodpowiedzialny za fabułę pierwszego "Jurassic Park". Mało tego Koepp wyszedł ze słusznego założenia, iż nie ma sensu kontynuować wątków z poprzedniej trylogii - nowa opowieść miała bardziej nawiązywać do początków serii i stawiać na nowe postaci. A i na tym polu zapowiadało się całkiem interesująco, bo Scarlett JohanssonMahershala Ali to przecież poważne nazwiska na aktorskim rynku, które oczywiście sukcesu nie gwarantują, ale znacząco zawyżają jego prawdopodobieństwo. Miało być tytułowe odrodzenie, a wyszło raczej odmrożenie - starych patentów, schematów, rozwiązań, a nawet całych gotowych scen.

Po raz enty bowiem dostajemy płytką i mało angażującą historię o złej korporacji zlecającej garstce desperatów misję na wyspie opanowanej przez dinozaury. Najemnicy pod wodzą specjalistki od tajnych operacji, Zory Bennett (Scarlett Johansson), muszą pozyskać krew od trzech największych gadów - żyjących na lądzie, w wodzie i w powietrzu. Wszystko po to, by stworzyć lek pomagający ludziom chorującym na serce. Jak to bywało już w historii cyklu, intencje zleceniodawców nie są jednak krystalicznie czyste, a moralnych wątpliwości - już w trakcie realizacji zadania - nabierają również ci, którzy stają oko w oko z drapieżnikami.

Nie ma natomiast żadnych wątpliwości, tudzież zaskoczeń, w przebiegu fabuły. Od początku wiadomo mniej więcej, jak potoczą się losy każdej postaci - kto odegra rolę bohatera, a kto będzie robił jedynie za przystawkę dla wygłodniałych dinozaurów. Oprócz tego, że jest przewidywalnie, jest również statycznie. Na rozkręcenie się akcji trzeba się solidnie naczekać, a gdy już tempo opowieści wskakuje na wysokie obroty, znów następuje kilkudziesięciominutowy zastój. W środkowym akcie robi się zwyczajnie nudno. I nie pomaga nawet trafny akurat zabieg z poprowadzeniem dwóch wątków równolegle. Poza uczestnikami misji śledzimy bowiem także losy rodziny rozbitków, którym podwodne monstrum zdemolowało łódź.

Nie jest niespodzianką fakt, że w "Jurassic World: Odrodzenie" najlepiej wypadają sceny akcji i konfrontacji bohaterów z dinozaurami. Wielu takich emocjonujących momentów jednak nie doświadczymy. Gdy już takie się zdarzają, trudno coś zarzucić filmowi pod kątem realizacji czy zastosowanych efektów specjalnych.

Widowisko ładne dla oka, dinozaury już nie wszystkie



Oczywiście w tego typu widowiskach to nie fabuła odgrywa główną rolę. Nie zmienia to faktu, że można było pokusić się o nieco bardziej kreatywne podejście do samej opowieści i jej bohaterów. Ileż to razy możemy śledzić niemal identyczną historię z kadrami skserowanymi z poprzednich części? Odpowiedź może być dla niektórych zaskakująca: tyle razy, ile miałką fabułę nadrabiają efekty i oprawa wizualna. Pod tym kątem "Odrodzeniu" trudno jednoznacznie coś zarzucić, ale nie jest to jednocześnie film wybijający się ponad średnią. Zastosowane CGI nie razi po oczach, sceny akcji (gdy takowe w końcu się pojawiają) nakręcone są z odpowiednią dynamiką i z wykorzystaniem wielu kamer, a plenery uzupełnione wygenerowanymi przez komputer detalami nie raz i nie dwa cieszą oko.

W przypadku każdego filmu - czy to z serii "Jurassic Park", czy "Jurassic World" - najważniejsze jednak jest jedno pytanie: jak prezentują się główni bohaterowie, czyli dinozaury? Odpowiem najgorzej, jak się da: to zależy. Po pierwsze: nie jest ich przesadnie dużo (plus), ale z ich różnorodnością bywa już problem (minus). Po drugie: trzeba się na nie naczekać - pierwsza większa sekwencja z podwodnym gadem pojawia się po ponad pół godzinie filmu. Skojarzenia ze "Szczękami" nasuną się same - dozowanie napięcia na odpowiednim poziomie, ale wydaje się, że można było z tych scen wyciągnąć więcej i bardziej dopracować podwodnego drapieżnika (w zestawieniu z przerośniętymi rekinami z obu części "Meg" wypada dość blado). Po trzecie: najlepiej prezentują się dinozaury, które znamy już z poprzednich części. Kilka z nich pojawia się raczej epizodycznie, ale z kolei tyranozaur dostaje całkiem pokaźną scenę - i zarazem jedną z lepszych w całym "Odrodzeniu". Tak, król T-Rex wciąż ma to coś!

Nie imponują, delikatnie mówiąc, nowe stworzenia. Akcja filmu toczy się na wyspie, na której niegdyś znajdowało się laboratorium. To w jego wnętrzach naukowcy mieszali różne gatunki i dokonywali genetycznych eksperymentów. Ich efektem są zmutowane gady, które pojawiają się głównie w końcowym akcie nowego "Jurassic World". Jak przystało na mutantów, wyglądają one dość pokracznie i niepokojąco, a jednocześnie - po prostu brzydko. Największy i z pewnością najszpetniejszy z nich wkracza do akcji na ostatnie kilkanaście minut seansu. I poza paskudną aparycją ma niewiele do zaoferowania. Ot, po prostu w odpowiednim momencie wynurza się zza mgły i na tle rac (kolejny ograny motyw z poprzednich filmów) szczerzy gigantyczne kły.

Abstrahując od tego, że zmutowane dinozaury bardziej niż prehistoryczne gady przypominają już potwory i kreatury rodem z kina science-fiction czy fantasy, to wszystkie pokazane w filmie zwierzęta zatraciły swój instynkt. Dinozaury u Edwardsa wydają się spowolnione, ospałe, czasami nieporadne i opieszałe. Trudno pozbyć się wrażenia, że w "Parku jurajskim" czy choćby nawet w pierwszym "Jurassic World" błyskawicznie rozprawiłyby się ze swoimi ofiarami. Tutaj fragmentami kompletnie nie czuć zagrożenia, a niekiedy przeciągnięte sceny bardziej już irytują, niż budują napięcie. Zresztą trudno nawet mówić o suspensie, skoro za każdym razem wiadomo, kogo i w jaki sposób zaatakuje drapieżnik.

Najlepiej w filmie prezentują się dinozaury, które już znamy z poprzednich części. Nowe, zmutowane gatunki - poza odstręczającym wyglądem - nie mają wiele do zaoferowania. Podobnie jak sam film, który powstał chyba tylko po to, by wypełnić rynek kolejną produkcją o prehistorycznych stworzeniach i przypomnieć o nich fanom.

Wakacje z dinozaurami? Na pewno nie w wersji all inclusive



Nieco bardziej ruchliwe i zdeterminowane od dinozaurów są w "Jurassic World: Odrodzenie" ludzkie postaci. I choć mamy tutaj duży rozstrzał różnych charakterów - od przebojowej liderki, przez zimnokrwistego korporacyjnego drania, po zblazowanego nastolatka czy troskliwego (choć nie do końca odpowiedzialnego) ojca, to trudno do któregoś z nowych bohaterów na dłużej się przywiązać. Rupert Friend, Mahershala Ali czy Manuel Garcia-Ruffo grają poprawnie, ale jednowymiarowość ich postaci nie pozwala na więcej.

Scarlett Johansson również nie zawyża poziomu, ale głównie z tego powodu, że wciela się w słabo rozpisaną postać Zory - ekspertki w swojej dziedzinie, która właściwie w żadnym momencie filmu nie udowadnia, dlaczego jest tak bardzo poważana w swoim fachu. Chyba najciekawszym bohaterem wydaje się kreowany przez Jonathana Baileya paleontolog Henry Loomis - pasjonat dinozaurów, którego autentycznie cieszy i wzrusza bezpośredni kontakt z gigantycznymi stworzeniami. Jednocześnie jest to chyba jedyna postać zagrana bez zbędnego patosu i kolokwialnej "napinki".

Nowe "Jurassic World" - nie tylko na poziomie aktorskim - ale właściwie na każdym pozostałym klasyfikuje się w kategorii poprawnego kina rozrywkowego. Letni blockbuster podany w letniej temperaturze. I w zasadzie nic więcej. Niewykluczone, że najlepiej przy filmie Edwardsa bawić się będą najbardziej zagorzali fani widowisk o dinozaurach. Zwłaszcza ci, którzy rozczarowali się zarówno "Upadłym królestwem", jak i "Dominion". Czy "Odrodzenie" ma potencjał na to, by zrestartować całą serię i być kamieniem węgielnym pod ewentualną kolejną trylogię? Raczej nie, bo - nawet dysponując uzębieniem T-Rexa - trudno wgryźć się w historię tak czerstwą i pozbawioną smakowitego wnętrza. Wakacje z dinozaurami na egzotycznej wyspie? Koszty nie są duże, ale o all inclusive możemy zapomnieć.

5.5/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

5.6
28 ocen

Jurassic World: Odrodzenie (8 opinii)

(8 opinii)
akcja, przygodowy, sci-fi

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (21)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Rumia

Pruszcz Gdański

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

25 zł
projekcje filmowe, wystawa

Cykl filmowy MDAG w Kinie Kompas w Muzeum Emigracji

20 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe

Sztuka w Centrum. Nowości 2026

32 zł
projekcje filmowe