Recenzja filmu "Kompletnie nieznany" o Bobie Dylanie. Mogło być lepiej
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Chcecie dowiedzieć się czegoś o Bobie Dylanie? No to się nie dowiecie. Możecie sobie jedynie na niego popatrzeć i go posłuchać. Taki mniej więcej przekaz płynie z filmu Jamesa Mangolda. Filmu, który jest trochę jak Timothee Chalamet wcielający się w jednego z najważniejszych artystów ostatnich kilku dekad: znakomity i hipnotyzujący w scenach muzycznych, ale nużący i snujący się w przerwach pomiędzy kolejnymi odtwarzanymi na ekranie występami. Twórcy "Kompletnie nieznanego" tytuł produkcji potraktowali nie jak wyzwanie, a jak wyjściową tezę. Szkoda, bo o ile enigmatyczność służy samemu Dylanowi, o tyle niekoniecznie jego biografii. Film bardziej dla melomanów niż kinomanów.
Laureat licznych nagród Grammy, a do tego Oscara, Złotego Globu, Nagrody Pulitzera i Nagrody Nobla. Autor ponad 50 płyt nagranych na przestrzeni 60 lat i twórca takich ponadczasowych hymnów jak "Like A Rolling Stone" czy "Blowin' In The Wind". Muzyk, kompozytor, wokalista i tekściarz, którego utwory wykonywali m.in. U2, Guns N' Roses, Pearl Jam, Jimi Hendrix, Joe Cocker czy PJ Harvey. Jeden z najważniejszych artystów w historii muzyki. Głos pokolenia. Legenda. Ikona. Bob, folkin', Dylan!
KINO Co w kinie? Sprawdź aktualny repertuar
Wydawałoby się, że życiorys kogoś takiego jak on to wręcz wymarzony materiał na filmowy scenariusz. Kariera Dylana wpisuje się przecież w schemat hollywoodzkich opowieści: skromny chłopak z gitarą kroczek po kroczku realizuje własne marzenia i plany, by z ciasnych i dusznych nowojorskich klubów utorować sobie drogę na największe muzyczne areny, stając się jednocześnie idolem, z którego tekstami utożsamia się rzesza fanów. Co prawda w jego biografii nie doszukamy się raczej spektakularnych afer i skandali, przypisywanych najczęściej gwiazdom rocka, ale w życiu prywatnym i zawodowym Dylana też nie brakowało zawirowań i kontrowersji.
Jak choćby wówczas, gdy w połowie lat 60. porzucił folkowe brzmienie, a gitarę akustyczną zamienił na "elektryka". Koncertowa publiczność buczała na niego i wyzywała od Judaszy. On dalej jednak robił swoje, bo właściwie nigdy nikomu nie starał się na siłę przypodobać. Nigdy też nie zabiegał o atencję i sławę, która go peszyła i onieśmielała.
Nie zwierzał się dziennikarzom i fanom, niewiele mówił o dzieciństwie i szczegółach z życia rodzinnego, unikał publicznych wystąpień, przyznanego w 2016 r. Nobla w dziedzinie literatury nawet nie odebrał osobiście. Sporadycznie zabierał głos w ważnych kwestiach, choć wielokrotnie próbowano go wmanewrować w różne polityczne gierki.
Takim enigmatycznym i zdystansowanym artysta pozostał do dziś. Mając na uwadze całą roztoczoną wokół niego aurę tajemniczości, ekranizowanie jego życia przestaje już być tak oczywistym i wdzięcznym zadaniem. Podobnie jak Dylan miał pomysł na siebie, tak trzeba mieć pomysł na opowiadanie o Dylanie. A z tym w "Kompletnie nieznanym" bywa już różnie.
Dylan u Mangolda gra bez prądu
Stojący za kamerą i współodpowiedzialny za scenariusz James Mangold na szczęście odpuścił sobie podróż przez różne muzyczne dekady i etapy w twórczości Boba Dylana, skupiając się na tym, co miało miejsce w latach 1961-1965. Pierwsza data zbiega się z przyjazdem młodego Roberta Allena Zimmermana z Minnesoty do Nowego Jorku. Druga związana jest ze słynnym występem artysty na Newport Folk Festival, podczas którego został wygwizdany przez publiczność nieakceptującą jego nowego, bardziej rockandrollowego brzmienia.
Wszystko, co dzieje się pomiędzy tymi wydarzeniami, wpisuje się w klasyczne schematy muzycznych biografii: najpierw trzeba pokazać się szefom wielkiej wytwórni, później powalczyć o kontrakt i własną wizję artystyczną, następnie uporać się z coraz bardziej natrętną sławą i skomplikowanymi relacjami miłosnymi, aż w końcu wywrócić wszystko do góry nogami i jeszcze raz zagrać wszystkim, tyle że na nosie.
U Mangolda historia Dylana rozpoczyna się od tego, że młody Bob (Timothee Chalamet) przyjeżdża autostopem do Nowego Jorku. Ostatnie pieniądze wydaje na kurs taksówką do jednego ze szpitali w New Jersey, by odwiedzić umierającego Woody'ego Guthriego. To właśnie tam spontanicznym wykonaniem piosenki dedykowanej swojemu idolowi Dylan zwraca uwagę Pete'a Seegera (Edward Norton) - jednego z czołowych folkowych artystów i zagorzałego propagatora tego muzycznego nurtu. Seeger organizuje swemu podopiecznemu serię występów w nowojorskich klubach. Podczas jednego z nich Bob poznaje swoją rówieśniczkę Joan Baez (Monica Barbaro), wschodzącą gwiazdę sceny folkowej.
"Kompletnie nieznany" bardziej niż fabularną opowieść przypomina dokumentalizowaną rejestrację drogi na szczyt Boba Dylana. Przyglądamy się, jak z każdym kolejnym występem artysta coraz bardziej zadziwia fanów i całą branżę. Obserwujemy proces twórczy towarzyszący powstaniu wielu jego utworów. Widzimy, jak z rosnącym trudem znosi zainteresowanie swoją osobą i nieodzowną już na tym etapie sławę. I fajnie, tylko że ewidentnie brakuje tu emocji i dramaturgii. Na pewno nie dostarcza ich prowizoryczny i kruchy wątek miłosnego trójkąta skupionego wokół Boba, Joan i Sylvie (Elle Fanning). Pomimo obiecującego początku, niewiele też wynika z więzi Dylana z Johnnym Cashem (Boyd Holdbrook).
Bob Dylan rozkochał w sobie publiczność, grając bez prądu. Mikrofon, gitara akustyczna i harmonijka - tyle wystarczyło, by wzbudzić zachwyt i wyczarować na scenie coś specjalnego. James Mangold, choć dysponuje znacznie szerszym instrumentarium, takiej magii na ekranie nie potrafi już stworzyć. Tego "prądu" w tym przypadku ewidentnie brakuje.
Fabularnie jest przeciętnie, za to muzycznie co najmniej dobrze
To, że w ogólnym rozrachunku "Kompletnie nieznany" nie podzieli jednak losu nużących i jednostajnych biografii, jest zasługą przede wszystkim znakomitych scen muzycznych. Pod tym względem filmowi Mangolda właściwie trudno cokolwiek zarzucić. I nie chodzi już tylko o wiarygodne odwzorowanie realiów lat 60., ale przede wszystkim o odzwierciedlenie na ekranie klimatu występów Dylana, w których kameralność i naturalność odgrywały kluczową rolę. Bez zarzutu można także ocenić dobór repertuaru, bo z głośników słyszymy zarówno te bardziej, jak i mniej znane kompozycje autorstwa nie tylko Dylana, ale też Baez.
"Kompletnie nieznany" powtarza więc w pewnym stopniu casus "Bohemian Rhapsody", który zyskiwał za każdym razem, gdy główną rolę odgrywała przede wszystkim muzyka. W pozascenicznych fragmentach brakuje natomiast głębi i dramaturgii choćby na tak podstawowym poziomie, jak w "Elvisie", nie wspominając już nawet o rewelacyjnym pod tym kątem "Spacerze po linie" autorstwa tego samego Jamesa Mangolda. Reżyser zresztą stosuje tu pewną klamrę, wprowadzając na dalszym planie postać Johnny'ego Casha, nadspodziewanie chyba świetnie granego przez Boyda Holbrooka, który kradnie każdą z niewielu scen, w których się pojawia.
Chalamet bliski przerysowania, ale ogólnie na plus
Znakomicie, nie tylko wokalnie, portretuje Joan Baez w "Kompletnie nieznanym" Monica Barbaro. Zawsze przyjemnie ogląda się będącego w dobrej formie Edwarda Nortona. Równie pochlebną opinią ciężko natomiast obdarować Elle Fanning, która kolejny raz nie do końca przekonuje, choć tym razem główna wina leży po stronie scenarzystów. Jednowymiarowa i dość mdła postać Sylvie nie pozwoliła Fanning rozwinąć skrzydeł. A czy rozwinął je w pełnej rozpiętości Timothee Chalamet? Przyznam, że ocena jego kreacji jest trudnym do zgryzienia orzechem.
Przede wszystkim hollywoodzki gwiazdor zasługuje na ogrom braw i pochwał za grę na gitarze i wokalne popisy, bardzo zbliżone głosowo do możliwości Dylana (który, umówmy się, nigdy wybitnym wokalistą nie był i nie jest). Chalamet nienagannie opanował nie tylko barwę głosu, sposób artykulacji Dylana i sceniczną mimikę, ale również sposób poruszania się czy gestykulacji. Czasami jednak stara się być bardziej "dylanowski" od swojego pierwowzoru, co objawia się już w zbyt nonszalanckim sposobie bycia czy mówienia (niekiedy przypominającym już bełkot).
Na pewno nie ośmieliłbym się tych kilku słabszych momentów Chalameta nazwać karykaturalnymi, ale niewątpliwie parę razy bije z jego postaci pewna sztuczność i zbyt wyuczony manieryzm. Nie zmienia to jednak faktu, że gwiazdor ubiegłorocznej "Diuny" dźwignął na swoje wątłe barki równie wątłego, ale jakże zagadkowego Dylana, który w "Kompletnie nieznanym" raz wydaje nam się wrażliwym i nieuginającym się pod presją tłumu artystą, a raz niezbyt sympatycznym egoistą czy (zwłaszcza w kontekście relacji z kobietami) po prostu dupkiem.
Kilkanaście lat temu powstał nietypowy film o Bobie Dylanie. W "I'm Not There" portretowało go kilkoro aktorów, a każdy z nich wcielał się w inną osobowość artysty. Jamesowi Mangoldowi zabrakło takiej pomysłowości, choć bardziej asekuracyjny wybór koncepcji jednocześnie nie dziwi. "Kompletnie nieznany" to propozycja przede wszystkim skierowana do miłośników muzycznych filmów oraz fanów głównego bohatera. To nie tyle opowieść o Dylanie, ile o jego twórczości i roli, jaką odegrał w historii muzyki. Jeśli z jego osiągnięciami i sylwetką nie jesteśmy choć trochę zaznajomieni, to film Mangolda wyda nam się równie ciekawy, co niespiesznie toczący się kamień.
Film
Opinie wybrane
-
2025-01-18 17:43
Jeden z lepszych filmów ostatnich kilku lat, a ocena w recenzji tylko na 6,5/10. Szkoda. (4)
- 20 11
-
2025-01-19 10:56
Najlepszych? Nie znasz się na filmach. Ta ocena jest adekwatna.
- 2 4
-
2025-01-19 09:11
Taka
niska ocena, bo p.Redaktorowi wątek miłosno-erotyczny zbyt słabo w filmie wybrzmiewa. Cała reszta, w tym muzyka w filmie o geniuszu muzyki, wydaje się mniej wazna. To są skutki edukacji opartej na "dziełach" niejakiego Vegi, chyba Patryka
- 4 5
-
2025-01-18 22:50
Mi sie nie podobal
- 4 3
-
2025-01-18 19:09
nie znasz sie zielona zgranica była lepsza :)
- 4 4
-
2025-01-19 01:36
Bardzo dobry film. (1)
Historia geniusza, artysty. Świetne aktorsko widowisko, scenografia, no i przede wszystkim muzyka. Fani avengers i popcornu mogą omijać szerokim łukiem
- 22 10
-
2025-01-19 09:18
Film jest płaski i pusty. Udaje coś innego ale jest w sam raz dla miłośników komercyjnego kina. Rozczarowanie
- 5 3
-
2025-01-18 15:28
(4)
Film zbiera w większości znakomite recenzje. Nie wiem dlaczego. Jest nudny i hollywódzko generyczny. Jestem fanem Dylana i dlatego na niego poszedłem. Jak ktoś nie jest to nie wiem po co miałby ten film obejrzeć
- 18 13
-
2025-01-20 10:15
Chyba faktycznie nie wiesz dlaczego
Jeżeli fan Dylana uważa to za nudny film, powinni go wyrzucić z fanklubu ;) Rozczarowałeś się, bo spodziewałeś się biografii, a to nie jest biografia.
- 0 2
-
2025-01-19 10:58
(2)
Nie zbiera tylko rozsiewa. Chodzi o to aby napędzić ludzi do kina. Ja wolę posłuchać płyt. Zwłaszcza z lat 74-76 z grupą The Band, wcześniej i później to okres smuty, a teraz mruczenia pod nosem jak jego ziomka Leonarda Cohena.
- 1 4
-
2025-01-20 10:16
Czyli to film dla Ciebie
Ale to nie jest film o Dylanie, tylko amerykańska legenda o narodzinach folk-rocka. Jeżeli lubisz go z The Band, to film dla Ciebie.
- 0 0
-
2025-01-20 09:40
Najlepsze płyty to te wydane od czasu Time Out Of Mind do teraz
- 0 0
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
