Recenzja filmu "Małpa". Makabra od Kinga na wesoło
Stephen King i kino grozy to już sprawdzone połączenie, które niejednego widza przyprawiało o prawdziwe dreszcze. Tym razem jest jednak inaczej, bo z naszych gardeł zamiast okrzyku przerażenia wydobyć się może jedynie głośny rechot. "Małpie" Oza Perkinsa znacznie bliżej jest bowiem do makabrycznej czarnej komedii niż klasycznego horroru. Taka stylistyczna rewolta z pewnością spodoba się tym, którzy mają już dość brania na serio opowiastek o morderczych zabawkach. Warto o tym pamiętać, bo jeśli liczymy na powagę i autentyzm, to szybko podczas seansu dostaniemy... małpiego rozumu.
Hal i Billy Shalburn są bliźniakami o skrajnie odmiennych charakterach. Pierwszy z nich jest nieśmiały, wycofany i wrażliwy, drugi - zuchwały, arogancki i opresyjny wobec brata. Wychowuje ich samotnie matka, bo ojciec przed laty zniknął bez słowa wyjaśnienia. Pewnego dnia chłopcy w szafie Shalburna seniora znajdują dziwaczną zabawkę - małpę, która po nakręceniu uderza pałkami o bębenek. Bliźniacy jeszcze nie wiedzą, że dokładnie ten sam mechanizm uwalnia czyste zło, które sprawia, że ludzie wokół zaczynają ginąć w doprawdy okropnych okolicznościach.
Gdy przerażeni chłopcy zdają sobie w końcu z tego sprawę, postanawiają raz na zawsze pozbyć się upiornej małpy. Zrzucają ją na dno studni, mając nadzieję na to, że przerwą w ten sposób spiralę zbrodni. Historia kina - choćby na przykładzie "Laleczki Chucky" - pokazywała już jednak nie raz, że morderczych zabawek nie da się po prostu ot tak wyrzucić.
Po wielu latach w miasteczku, w którym wychowywali się bliźniacy, znów słychać charakterystyczny dźwięk bębenka. Małpa wróciła. Aby stawić jej czoła, Hal (Theo James w podwójnej roli) musi odszukać brata, z którym dawno temu zerwał kontakt. Mężczyzna będzie też musiał ochronić własnego syna przed rodzinną klątwą.
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Spotkanie dwóch mistrzów horroru z różnych pokoleń
"Małpa" jest ekranizacją opowiadania Stephena Kinga o tym samym tytule, które znalazło się w 1985 roku w zbiorze zatytułowanym "Szkieletowa załoga". Stojący za kamerą i odpowiedzialny za scenariusz filmu Osgood Perkins wprowadził do literackiego pierwowzoru kilka autorskich poprawek i dopisków, aby króciutką tak naprawdę historyjkę dostosować do wymogów półtoragodzinnego widowiska. Zmodyfikowania wymagała też tytułowa zabawka. U Kinga małpa wyposażona była w talerze. Szkopuł w tym, że dokładnie taki sam wizerunek sztucznego zwierzaka wykorzystali już w swojej produkcji twórcy... "Toy Story 3". Perkins, aby uniknąć zarzutów o plagiat, zmuszony był wręczyć swojej małpie inny instrument - bębenek.
Kosmetyczna zmiana nie ograbiła tytułowej postaci z jej nikczemności i okropności. Dźwięk uderzanych o werbel pałeczek wydaje się nawet bardziej diaboliczny od trzasku talerzy. Niezależnie od towarzyszących zabawce atrybutów, to przede wszystkim jej wygląd działa najmocniej na wyobraźnię i wrażliwość widza. Duże wyłupiaste oczy i szyderczy uśmiech raczej nie napawają grozą, ale przy dłuższym wpatrywaniu się w małpę można odczuć dziwny dyskomfort i konsternację. "Maskotka" Kinga i Perkinsa ma tym samym spore szanse, by dołączyć na stałe do panteonu najbardziej złowieszczych zabawek w historii kina grozy.
Również do historii kina grozy wpisywał się w ubiegłym roku swoim "Kodem zła" sam Oz Perkins. Nakręcił niezwykle wysublimowany, stonowany, dopieszczony wizualnie i aktorsko horror - dla niektórych zbyt jałowy pod kątem emocji i dramaturgii, ale dla większości intrygujący i hipnotyzujący, a przy tym nadpisujący na nowo reguły rządzące tą uwielbianą przecież przez widzów konwencją. Wydawało się, że w podobnym tonie Perkins zinterpretuje Kinga. Nic z tych rzeczy. Reżyser postanowił zagrać na nosie zarówno fanom swojej dotychczasowej twórczości, jak i wielbicielom opowiadań Kinga. Grozę zamienił na groteskę, horror na humor i tak oto powstała pełnokrwista komedia spod znaku gore.
Oszukać małpie przeznaczenie
W otwierającej film, retrospektywnej scenie widzimy ojca Hala i Billy'ego, który desperacko w jednym z antykwariatów próbuje pozbyć się małpiej zabawki. To, co następuje chwilę później, daje nam jasny sygnał: będzie brutalnie, a wręcz makabrycznie, ale w żadnym stopniu poważnie. Perkins zaczyna z przytupem, a później już tylko z każdym kolejnym ekranowym mordem podbija stawkę i przekracza granice absurdu. "Małpa" to w zasadzie "Oszukać przeznaczenie" na sterydach. Albo na tripie wywołanym różnymi halucynogennymi substancjami. Śmierć jest tu bezwzględna, nieubłagana, prymitywna, ale zarazem - jakkolwiek to zabrzmi - bywa finezyjna, pomysłowa i zaskakująca.
Perkins zresztą chwyta się różnych metod i środków, by uśmiercać swoje postaci w najbardziej wyszukany i oryginalny sposób, jak się tylko da. O ile strzelbę czy nawet wędkarski harpun można oczywiście wyobrazić sobie jako narzędzie zbrodni, o tyle kosiarkę, ekspres do kawy czy skrzynkę na listy trudno postrzegać w kategoriach śmiercionośnych zagrożeń. W "Małpie" śmierć może nadejść z najmniej oczekiwanej strony, a gdy już nadchodzi, to za każdym razem Perkins odpala fajerwerki - dosłownie i w przenośni wszystko eksploduje. Tempo jest szaleńcze. Nie ma tu za grosz realizmu, a i niespecjalnie jest nawet czas na budowanie napięcia. Zupełne przeciwieństwo "Kodu zła".
"Małpa" - do tego filmu trzeba mieć dystans
Nie wszystko jednak Perkinsowi wychodzi w "Małpie". Czarnokomediowy sos, w którym reżyser zanurzył opowieść, kipi i bulgocze, aż w końcu niejednokrotnie się wylewa. Festiwal makabry staje się w pewnym momencie nużący i monotonny, a czasami przypomina po prostu zlepek co prawda świetnie zrealizowanych i pomysłowych, ale jedynie następujących mechanicznie po sobie sekwencji śmierci. Humor nie raz i nie dwa bywa przestrzelony, a Perkinsowi łączenie różnych gatunków nie przychodzi już z taką naturalną łatwością i konsekwencją, jak trzymanie się jednej stylistyki w swoich poprzednich dziełach.
Narracyjne, ale i gatunkowe zgrzyty widać zwłaszcza w tych momentach, gdy reżyser i scenarzysta "Małpy" próbuje nadać swojej historii odrobinę (dosłownie odrobinę) głębi. Można tu bowiem między wierszami dostrzec opowieść o dziecięcych i dorosłych traumach oraz o radzeniu sobie ze stratą rodziców. Perkins sam to przecież przeżył, najpierw tracąc ojca (Anthony'ego Perkinsa, który zasłynął rolą Normana Batesa w kultowej "Psychozie" Hitchcocka), a potem matkę (zginęła w atakach na WTC, była pasażerką jednego z samolotów, które uderzyły w nowojorskie wieże).
Z drugiej jednak strony, horrory o morderczych zabawkach i tak przecież traktujemy z przymrużeniem oka, więc dlaczego nie pójść na całość i świadomie nie naigrywać się z konwencji, którą nie sposób brać na serio. Za tę bezczelność i odwagę Perkinsa należy pochwalić, zganić wypada za film nierówny, ocierający się już o parodię i niewzbudzający większych emocji poza ogólnie pojętą frajdą. Również niektóre decyzje castingowe mogłyby być lepsze. Theo James to wybór nieoczywisty, który jednak nie obronił się. Świetnie za to poradzili sobie zwłaszcza Tatiana Maslany (w roli matki bliźniaków) czy epizodyczny Elijah Wood (drobny epizod w roli wujka Billa i Hala zaliczył też sam Perkins).
"Małpa" dla fanów klasycznego horroru może być zbyt nieprzystępna, dla miłośników twórczości Kinga - niedorzeczna, dla fanów gatunkowych eksperymentów i kina w stylistyce gore - w sam raz jako niezobowiązujący "popcorniak", przy którym można szczerzyć się równie szeroko jak tytułowa zabawka.
Film
Małpa
Opinie wybrane
-
2025-03-08 09:01
Uwielbiam horrory.
Niestety dobre za rzadko wychodzą.
- 8 0
-
2025-03-08 08:56
Jako fan tego gatunku mowie 3/10
- 6 1
-
2025-03-08 11:14
Gremliny rozrabiają
To był film ze zwierzętami w tle.
Kultowy- 14 1
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
