Recenzja filmu "Mickey 17". Sklonowany niedosyt

Tomasz Zacharczuk
15 marca 2025, godz. 08:00
Opinie (17)
Mickey (Robert Pattinson) to "wymienialny" - pracownik korporacji poszukującej nowych planet do życia, który wykonuje najcięższe i najniebezpieczniejsze zadania. Gdy ginie, powraca w nowej, sklonowanej wersji.

Sześć lat po nakręceniu doskonałego, obsypanego Oscarami "Parasite" Joon-ho Bong wraca z kolejnym nieszablonowym projektem, w którym znów - z charakterystycznym dla siebie satyrycznym zacięciem - piętnuje nienasycony kapitalizm, nierówności klasowe i uprzedmiotowienie człowieka. "Mickey 17" to intrygujący, chwilami zabawny, a nawet nieco refleksyjny komediodramat science fiction, który zarazem jest filmem szalenie nierównym, rozdygotanym gatunkowo i koniec końców niespełnionym. Owszem, to wciąż osobliwe i autorskie kino, ale niedostarczające takich emocji, jak poprzednie dzieła koreańskiego twórcy.



Jakie to uczucie, gdy się umiera? To pytanie nieustannie prześladuje tytułowego bohatera najnowszego filmu Joon-ho Bonga. Mickey Barnes (Robert Pattinson) śmierć przerabiał już bowiem kilkunastokrotnie i za każdym razem wracał do życia. Teoretycznie pod tą samą postacią, choć nie do końca. Mężczyzna, uciekając z Ziemi przed brutalnymi wierzycielami, dołączył do kosmicznej misji mającej na celu kolonizację nowej planety.

Mickey, który - delikatnie mówiąc - nie należy do najbystrzejszych osób, nie za bardzo wczytał się w treść formularza aplikacyjnego. W ciemno wybrał funkcję, której nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby pełnić. Został "wymienialnym".



Co to oznacza? W dużym skrócie: bycie kimś od "czarnej roboty", myszą laboratoryjną i mięsem armatnim w jednej osobie. "Wymienialnego" można uśmiercać i przywracać do życia bez większych konsekwencji i kosztów. Gdy jeden osobnik umiera, jego klon (z aktualizowaną na bieżąco pamięcią) zostaje "wydrukowany" w supernowoczesnej maszynie i zajmuje miejsce poprzedniego. "Wymienialny" Mickey dostaje więc najgorsze zadania, które często przypłaca życiem. Przetestować działanie śmiercionośnego gazu? Nie ma problemu. Sprawdzić na własnej skórze siłę promieniowania słonecznego? Proszę bardzo. Wdychać powietrze zakażone zabójczym wirusem? Robi się.

Niezawodny, choć całkowicie amoralny system zacina się jednak w momencie, gdy siedemnasta wersja Mickey'ego zostaje uwięziona w lodowej szczelinie. Ekipa zostawia mężczyznę, będąc pewna, że ten umrze. Z taśmy produkcyjnej wychodzi Mickey nr 18 - dokładnie w tym samym momencie, gdy poprzedniemu klonowi jakimś cudem udaje się wrócić do bazy. I tu pojawia się znaczący problem. Multiplikacja jest bowiem surowo zabroniona i grozi całkowitym unicestwieniem "wymienialnego". Oba warianty Mickey'ego nie mogą funkcjonować jednocześnie, więc muszą swoją koegzystencję zachować w tajemnicy i jakoś się wspólnie dogadać. A nie będzie to proste, bo to trochę tak, jakby Forrest Gump miał znaleźć wspólny język z Tylerem Durdenem.

  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Klonowanie - na ekranie i za kamerą



Opowieści o klonowaniu ludzi nie są oczywiście w kinie żadnym novum, ale Joon-ho Bong nie należy akurat do grona twórców, którzy lubią się kimś przesadnie inspirować albo kogoś naśladować. Koreańczyk, co udowodnił w swoich poprzednich filmach, stosuje autorski język i ani myśli wchodzić w czyjeś buty. W "Mickey 17", choć korzysta z literackiego pierwowzoru w postaci powieści Edwarda Ashtona ("Mickey 7"), pozostaje wierny tym zasadom - i to nawet aż przesadnie. Podobnie jak w jego najnowszym filmie bezduszna korporacja klonuje Mickey'ego, tak Bong równie bezdusznie klonuje własne "filmowe dzieci".

Jest tu bowiem postapokaliptyczny klimat rodem ze "Snowpiercera" (a dodatkowe skojarzenia mogą wywołać też śnieżne plenery planety Niflheim, na którą docierają kolonizatorzy). Znów - podobnie jak w "Okjy" - mamy mocny prozwierzęcy akcent, a i same "paskudy" (bądź lepiej brzmiące w oryginale - "creepers"), czyli nieco szkaradne, ale dość pocieszne, pełzające robale, przypominają wizualnie stwora z "Okjy" właśnie. Czuć w końcu w "Mickey 17" również groteskową atmosferę rodem z "Parasite", choć tym razem koreański reżyser stawia na bardziej bezpośredni i mniej wyrafinowany humor. Kopiować samego siebie? Nie jest to zła strategia, mając tak mocne portfolio. Tyle że tym razem wizja i warsztat Bonga nie robią już dużego wrażenia.

W "Mickey 17" widać autorski podpis twórcy "Parasite", ale wydaje się, że to najsłabszy w dorobku film koreańskiego reżysera. Mariaż z wysokobudżetowym, hollywoodzkim kinem nie wyszedł azjatyckiemu twórcy na dobre.

"Mickey 17" miota się między powagą a satyrą



Zasadniczy problem z "Mickey 17" polega na tym, że trudno z tą produkcją "złapać kontakt" i usadowić się wygodnie na gatunkowym rollercoasterze. Z jednej strony mamy sprawnie zrealizowane (choć bez żadnych technicznych fajerwerków) i surowe w klimacie kino sci-fi z mocno wybrzmiewającymi treściami egzystencjalnymi i filozoficznymi. A z drugiej - beztroską satyrę z łopatologicznymi sloganami oraz fabułą i postaciami tak naiwnymi, że dzieło Bonga plasuje się już niebezpiecznie blisko pastiszu. Bardzo często czuć wyraźny rozłam pomiędzy poważnym a prześmiewczym tonem filmu, co nie pozwala się w pełni zaangażować w opowieść.

Mieszanie różnych konwencji i nastrojów chyba najlepiej Koreańczykowi wychodzi w pierwszej połowie filmu, która polega głównie na ekspozycji tytułowej postaci i przedstawianiu licznych kontekstów całej historii. Nawet nadmierne retrospekcje i nader częsta narracja z offu nie przeszkadzają i nie wybijają z rytmu. Całkiem prawdopodobne jest, że do zdecydowanej większości widzów przemówi jednak hollywoodzka wersja Bonga, którą reżyser pokazuje w drugiej połówce "Mickey'ego". To wtedy czuć największą widowiskowość produkcji, dynamikę zdarzeń i bardzo umowną, ale jednak, dramaturgię wyborów, jakie muszą podejmować bohaterowie.

Nawet jednak w tak "gęstym" finale emocje są mocno rozrzedzone. Zamiast autentycznie przeżywać film, po prostu go oglądamy. Nie ma w tym nic złego, bo w końcu "Mickey 17" to głównie rozrywka podana w nieco ambitniejszej formule, ale jednocześnie nie ma też żadnego pierwiastka niezwykłości - czegoś, co mogłoby nam utkwić w głowie na dłużej po seansie. A to już spora nowość in minus w dorobku koreańskiego reżysera.

Jeśli ktoś w nowym filmie Bonga "dowiózł", to na pewno świetny Robert Pattinson, który bryluje zarówno w komediowym, jak i dramaturgicznym wydaniu.

Pattinson bawi się swoją rolą (rolami), Ruffalo parodiuje Muska i Trumpa



Jeżeli coś, a właściwie ktoś wybija się w "Mickey 17" ponad przeciętność, to jest tą osobą zdecydowanie Robert Pattinson, który kolejny raz potwierdza aktorski talent. Tym razem musiał go wykorzystać do zagrania tej samej postaci w kilku różnych wersjach. Z tym wymagającym zadaniem Pattinson poradził sobie pierwszorzędnie, wiarygodnie prezentując się zarówno w bardziej komediowej, jak i dramaturgicznej odsłonie. Jego Mickey o numerze seryjnym 17 to fajtłapowaty, ale pocieszny i dobroduszny "przeciętniak", podczas gdy osiemnasty wariant Barnesa jest typem cwaniakowatego i porywczego macho. Dla Pattinsona takie "rozdwojenie jaźni" nie stanowiło problemu - zagrał na tyle przekonująco, że ma się czasami wrażenie, że obie postaci odgrywają po prostu dwie różne osoby o tym samym wyglądzie.

Skąd tak duża charakterologiczna różnica pomiędzy dwoma kolejnymi klonami Barnesa? To jedna z licznych scenariuszowych nieścisłości. W filmie pada co prawda uwaga dotycząca tego, że poszczególne kopie Mickey'ego miały niewielkie odchylenia względem oryginału, ale osiemnasta wersja bohatera przypomina już kompletnie inną osobę. Jak do tego doszło? Odpowiedzi nie poznajemy. Być może dla wielu widzów to już zbędny szczegół, ale takiego braku konsekwencji i wyjaśnień doświadczamy w filmie Bonga nie raz i nie dwa. A gdy się kilka takich logicznych dziur na siebie nałoży, powstaje już dość spora scenariuszowa wyrwa.



Żadnych wyrw czy niejasności nie posiada natomiast postać grana przez Marka Ruffalo, który wciela się w Kennetha Marshalla - organizatora i fundatora kolonizacyjnej misji. Nie trzeba nawet na bieżąco śledzić sceny politycznej, by dojrzeć w tym bohaterze dziwaczną hybrydę Donalda Trumpa i Elona Muska. Ruffalo z parodiowaniem obu tych postaci radzi sobie znakomicie i bywa autentycznie zabawny, ale tak płytki i jednowymiarowy bohater na dłuższą metę nudzi i wręcz irytuje. A do tego jest przerysowany do granic możliwości. Podobnie jak partnerująca Ruffalo Toni Collette w roli Ylfy Marshall.

Mało kto chyba spodziewał się, że "Mickey 17" będzie w stanie powtórzyć sukces "Parasite". Joon-ho Bong zrobił zresztą wiele, by wyjść z własnej strefy komfortu i nakręcić coś zupełnie innego. Wyszło co najwyżej poprawnie, bo jego najnowszy projekt nie jest złym filmem, ale nie angażuje i nie dostarcza takich emocji, do jakich nas Koreańczyk przyzwyczaił. To kino, które nawet pomimo ciążących na nim wad i tak wyróżnia się na tle hollywoodzkich produkcji, ale z całą pewnością nie wykorzystuje pełni potencjału. Niedosyt? Dość spory, ale i tak warto przekonać się o tym samemu. Bo przecież (póki co) nie jesteśmy klonami, które mają myśleć i postrzegać wszystko tak samo.

5.5/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

6.0
16 ocen

Mickey 17 (4 opinie)

(4 opinie)
dramat

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (17)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

Orły 2026: Roczny przegląd polskiego kina w Gdyni

25 zł
projekcje filmowe

Kino Kobiet: Dalej jazda! 2

40,90 zł
projekcje filmowe