Recenzja filmu "Mufasa: Król Lew". Narodziny legendy

Tomasz Zacharczuk
21 grudnia 2024 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (25)
  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Recenzja "Mufasa: Król Lew" - czy seans nowego "Króla Lwa" sprawia, że miłość znów rośnie wokół nas? I tak, i nie. Emocji, nie tylko na twarzach wygenerowanych komputerowo zwierząt, z pewnością jest więcej niż w produkcji Jona Favreau sprzed pięciu lat. I choć "Mufasę" ogląda się z dużą przyjemnością i podziwem dla realizmu obrazu, to ponownie można odnieść wrażenie, że już to wszystko gdzieś widzieliśmy, i to w znacznie lepszym wydaniu. Film Barry'ego Jenkinsa porównań z ponadczasową animacją z 1994 roku z pewnością nie udźwignie, ale jeśli na te dwie godziny zapomnimy o oryginale, to możemy się naprawdę dobrze bawić. I to niezależnie od peselu.




"Mufasa: Król Lew" - recenzja



Po obaleniu Skazy i przywróceniu harmonii na ziemiach skupionych wokół Lwiej Skały Simba i Nala spodziewają się kolejnego potomstwa. Aby przygotować się do porodu, udają się w ustronne miejsce, pozostawiając córkę Kiarę pod opieką Timona i Pumby. Dwaj beztroscy kompani Simby nie do końca radzą sobie w roli nianiek, dlatego z odsieczą przychodzi doświadczony Rafiki. Małpi mędrzec postanawia opowiedzieć młodej lwicy historię jej dziadka - Mufasy, który został władcą zwierząt, pomimo że w jego żyłach nie płynęła królewska krew.



W opowieści Rafikiego cofamy się do momentu, w którym młodziutki Mufasa, w wyniku powodzi, odłącza się od rodziców i trafia do stada zarządzanego przez oschłego Obasiego. Lwi król ani myśli o uznaniu przybłędy, ale pod naciskiem swojej żony Eshe i syna Taki godzi się ostatecznie na przygarnięcie lwiątka. Pomiędzy Mufasą a Taką zawiązuje się braterska miłość. Sielanka nie trwa jednak długo, bo wkrótce obaj muszą opuścić stado i uciekać przed potężnymi białymi lwami dążącymi do absolutnej dominacji na afrykańskich sawannach.

Na swojej drodze bracia spotykają lwicę Sarabi i jej ptasiego kompana Zazu oraz wygnanego przez swoich pobratymców mandryla Rafikiego. Uciekinierzy, wspólnymi siłami, próbują dotrzeć do legendarnej krainy, w której znaleźć mają nie tylko schronienie, ale i nowe, lepsze życie.

W nowym "Królu Lwie" poznajemy historię Mufasy i Taki, dwóch przyrodnich braci, których bliska zażyłość stopniowo przeradza się w otwarty konflikt.

Nowy "Król Lew": więcej emocji niż ostatnio, mniej odcinania kuponów



Gdy pięć lat temu za pomocą fotorealistycznej animacji komputerowej Disney postanowił odświeżyć jedną ze swoich najlepszych bajek, wielu widzów zadawało wówczas pytanie: ale po co? Reżyserujący remake "Króla Lwa" Jon Favreau odpowiedzi nie dostarczył, bo właściwie 1:1 skopiował animację z 1994 roku, nie siląc się na choć niewielką ingerencję w oryginał i próbę przedstawienia tej historii w nieco inny sposób. Można było wówczas słusznie zachwycać się realizmem ekranowych zwierząt, ale jednocześnie z tej doskonale znanej opowieści wyparowały emocje i magia towarzysząca przygodom rysunkowego Simby.

Twórcy prequela nie mieli już na czym bazować, bo historię Mufasy należało stworzyć od początku. A to, paradoksalnie, okazało się łatwiejszym zadaniem niż powielanie każdej pojedynczej sceny "Króla Lwa". Okazało się, że gdy znika presja, wracają emocje. Film Barry'ego Jenkinsa oparty jest bowiem na dość prostej, ale mocno angażującej fabule, w której humor, przygodę i dramaturgię wyważono z aptekarską dokładnością. W "Mufasie" nie ma zbyt wielu pobocznych wątków, które odciągałyby nas od głównej historii. Jednocześnie wprowadzenie tylu postaci i dwóch planów czasowych urozmaica fabułę i sprawia, że nie ma miejsca na nudę.

Teoretycznie to inna opowieść od tej przedstawionej w "Królu Lwie", ale podobieństw i tak znajdziemy tu całe mnóstwo. Choćby w sposobie realizacji niektórych scen, jak również w konstrukcji głównych bohaterów. Młody Mufasa w swoim zachowaniu czy gestach do złudzenia przypomina niekiedy młodego Simbę. Znów więc można narzekać na pewną schematyczność oraz na uproszczenie. Zwłaszcza metamorfozy niektórych bohaterów, a szczególnie Taki, który z każdą kolejną sceną coraz bardziej przypomina nam postać, jaką wszyscy doskonale znamy, choć pod innym imieniem. Jego wątek potraktowano bardzo umownie. Podobnie zresztą jak dość płaskie i zbyt pospieszne zakończenie filmu.

Trzeba przyznać twórcom animacji, że pod kątem wizualnym swoją pracę wykonali na piątkę z plusem. Ekranowe zwierzęta, szczególnie lwiątka, wyglądają pociesznie i sympatycznie. Maluchy na kinowej sali powinny być zachwycone.

Nowy "Król Lew" wizualnie zachwyca, muzycznie rozczarowuje



Fabularnie i tak jest nieco lepiej niż pięć lat temu. Realizacyjnie, choć wydawało się to już mało możliwe, również. Znów można zachwycać się zdumiewającym czasami realizmem i dbałością o detale, takie jak krople wody na lwiej grzywie czy płatki śniegu na małpim futrze. "Mufasa" znacznie lepiej prezentuje się także od "Króla Lwa" w dynamicznych scenach. Widać, że tym razem spece od animacji i efektów specjalnych mocno przyłożyli się do jak najbardziej wiarygodnego odwzorowania ruchu zwierząt. Jest nie tylko realistycznie, ale też widowiskowo. Choćby wtedy, gdy w scenach pościgów i ucieczek kamera nakierowana jest na twarze Taki czy Mufasy.

Za doskonałą oprawą wizualną filmu Jenkinsa nie nadąża już niestety ta muzyczna. Powtarzające się w tle motywy oparte są w głównej mierze na oryginalnej ścieżce dźwiękowej Hansa Zimmera (co samo w sobie nie jest złe, ale zaczyna już po prostu nudzić), zaś piosenki autorstwa Lina-Manuela Mirandy (który był odpowiedzialny m.in. za utwory w pierwszej "Vaianie") zwyczajnie nie robią wrażenia. Nie ma szans, by któraś z kompozycji choć zbliżyła się poziomem do "Circle Of Life" lub "Can You Feel The Love Tonight". Śmiem twierdzić, że "Mufasa" zyskałby więcej, gdyby w ogóle zrezygnowano ze śpiewanych scen. Piosenki nie dość bowiem, że nie zapadają w pamięć, to wybijają często z rytmu i nic nie wnoszą do fabuły.

Miłość, zazdrość, zemsta i przeznaczenie - te elementy napędzały fabułę "Króla Lwa" i podobnie jest w przypadku "Mufasy". Choć to nieco inna opowieść, to jednak znów oparta na tych samych schematach. Wizualnie natomiast film broni się pierwszorzędnie. Emocji tym razem też jest więcej niż 5 lat temu.

"Mufasa: Król Lew": na tym lwia saga raczej się nie skończy



Za wiele do świata Disneya nie wniósł też Barry Jenkins, czyli twórca oscarowego "Moonlight", który z wysokobudżetowym kinem do tej pory nie miał styczności. Nieszczególnie da się zauważyć, by w "Mufasie" reżyser zdołał przemycić jakąś swoją indywidualną wizję artystyczną. Po prostu rzetelnie wykonał wyznaczone przed nim zadanie i nic poza tym. Zresztą w jednym z niedawnych wywiadów sam Jenkins przyznał, że raczej nie zdecyduje się na kolejny projekt, w którym tak znaczącą rolę odgrywa CGI.

Jenkins więc dość szybko towarzystwem ekranowych lwów się znudził, ale nudzić nie powinni się widzowie. "Mufasa" to więcej niż solidna rozrywka dla całych rodzin, które spędzonych w kinie dwóch godzin nie będą raczej żałować. Prawdopodobnie zbyt szybko lwią sagą nie znudzi się też Disney, bo trudno oprzeć się wrażeniu, że prequel "Króla Lwa" ma przygotować grunt pod kolejną część, skupioną już zapewne tym razem na przygodach Kiary i jej młodszego brata.

Tylko czy faktycznie warto iść w tym kierunku? Forma opartej na realizmie animacji, na którą zdecydowali się szefowie wytwórni, owszem, jest szalenie atrakcyjna dla oka, ale ma swoje ograniczenia. Tu przecież nie o realizm obrazu, ale o realizm emocji chodzi, a z tym wciąż - w przypadku ostatnich disneyowskich projektów - bywa różnie. Tutaj akurat jest nie najgorzej.

7.5/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

7.7
20 ocen

Mufasa: Król Lew (4 opinie)

(4 opinie)
animacja, przygodowy

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (25)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

Wielki błękit w wersji reżyserskiej | Kino Kameralne Cafe

25 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe

Delicatessen reż. Jean-Pierre Jeunet, Marc Caro | Kino Kameralne Cafe

25 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe