Recenzja filmu "Napad" Netflixa. Brutalna zbrodnia sprzed lat

Tomasz Zacharczuk
17 października 2024 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (43)
  • Lubię to Lubię to 1
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 1

Napad Netflixa to polski thriller inspirowany brutalnym napadem z lat 90. Przeczytaj naszą recenzję i dowiedz się, czy warto obejrzeć.

Gdyby "Napad" - nowy polski kryminał Netflixa - był dziełem malarskim, to podczas wernisażu, dla niezaznajomionych z tematem obserwatorów, należałoby je opatrzyć tabliczką z napisem: "wczesnopasikowskie nordic noir". W filmie Michała Gazdy w surowy realizm rodem z polskiego kina lat 90. wsiąka dogłębnie chłód skandynawskich kryminałów. I choć za tym niepowtarzalnym klimatem nie zawsze nadąża fabuła, to nowa propozycja Netflixa na pewno jest godna polecenia, szczególnie koneserom ekranowych zbrodni. I to nie tylko z uwagi na fakt, że przedstawiona w filmie opowieść inspirowana jest najbardziej bestialskim napadem na bank w postkomunistycznej historii Polski.



"Napad" Netflixa: brutalna zbrodnia z lat 90.


Warszawa. Połowa lat 90. W jednej z placówek największego w kraju banku dochodzi do brutalnego napadu. Na miejscu policja znajduje ciała trzech młodych kasjerek. Zwłoki czwartej ofiary - podstarzałego ochroniarza - ukryte są w szybie wentylacyjnym. Sprawcy zbrodni nie zostawili po sobie żadnego śladu. Z sejfu zabrali ponad 100 tys. zł w polskiej i zagranicznej walucie. Liczyli na dużo więcej, ale się spóźnili. Tuż przed wtargnięciem napastników do budynku znaczną część gotówki zabrali bowiem konwojenci.



Sprawa nabiera politycznej wagi, bo obrabowana filia należy do banku, który jest na etapie prywatyzacji. Tak bestialski mord nie służy interesom, dlatego "górze" zależy na jak najszybszym namierzeniu sprawców napadu. Specjalne okoliczności wymagają specjalnych metod, dlatego zdeterminowana pani prokurator (Magdalena Boczarska) włącza do śledztwa Tadeusza Gadacza (Olaf Lubaszenko). Byłego majora milicji, który po tym, jak nie przeszedł weryfikacji w odświeżonych po politycznej transformacji służbach, żyje samotnie na odludziu, zapomniany nie tylko przez dawnych przełożonych, ale nawet swoich bliskich.

Układ jest prosty: Gadacz będzie miał okazję jeszcze raz stanąć przed komisją weryfikacyjną, jeśli w kilkanaście dni złapie odpowiedzialnych za napad przestępców. Jeżeli mu się nie uda, cóż... Jak mówi w filmie jeden z oficjeli: "nikt nie będzie płakał po starym ubeku". Były milicjant nie cieszy się bowiem dobrą reputacją. W przeszłości ponad moralnością stawiał brutalność i konsekwencję w działaniu. Lecz to właśnie te same cechy sprawiają, że Gadacz, u boku przydzielonej mu partnerki, Aleksandry Janickiej (Wiktoria Gorodeckaja), błyskawicznie namierza podejrzanych: zatrudnionego w obrabowanej filii drugiego ochroniarza, Kacpra Surmiaka (Jędrzej Hycnar), i jego dwóch przyjaciół.

"Napad" to thriller psychologiczny, w którym były milicjant próbuje udowodnić winę sprawcy brutalnego skoku na bank. To jednocześnie wciągający aktorski pojedynek wracającego do poważnego grania Olafa Lubaszenki i młodego Jędrzeja Hycnara.

Złap mnie, jeśli potrafisz



Za duży spoiler? Nic z tych rzeczy. Jeszcze przed upływem kwadransa twórcy filmu palcem wskazują sprawców tytułowego przestępstwa. Poza tym scenariusz autorstwa Bartosza Staszczyszyna jest luźno inspirowany prawdziwym napadem, do jakiego doszło w marcu 2001 r. w jednym z banków na warszawskiej Woli. Trzech napastników zabiło czwórkę pracowników filii i skradło ponad 100 tys. zł. Była to najgłośniejsza wówczas sprawa, którą komentowano w całym kraju. I to jeszcze długo po złapaniu winnych i ich osądzeniu.

"Napad" nie jest jednak rekonstrukcją faktów. Staszczyszyn nie tylko zmienił nieco czas wydarzeń, ale również ich rozwój. Tym jednak, na co położył największy nacisk, jest podporządkowanie fabuły pojedynkowi dwóch głównych postaci, trochę w myśl zasady "złap mnie, jeśli potrafisz" (lub ewentualnie: "co mi zrobisz, jak mnie złapiesz").

I do pewnego momentu jest to naprawdę fascynujące starcie. Głównie dlatego, że Gadacz i Surmiak w dużym stopniu przypominają samych siebie: są jednostkami odrzuconymi przez społeczeństwo, niewpasowującymi się w akceptowalne schematy, mającymi wyraźny problem z moralną oceną swoich czynów. Z tą różnicą, że działają jednak po dwóch stronach barykady i z zupełnie różnych pobudek.

"Napad" momentami ma duże problemy z budowaniem napięcia i emocji, ale jednocześnie trudno oderwać się od ekranu, bo historia i jej bohaterowie autentycznie wciągają. Na zdjęciu: Olaf Lubaszenko jako Tadeusz Gadacz w filmie "Napad".
Stojący za kamerą Michał Gazda, czyli autor udanej ubiegłorocznej reinterpretacji "Znachora", szybko konwencję kryminału porzuca na rzecz psychologicznego thrillera, w którym próżno szukać spektakularnych pościgów czy głośnych strzelanin.

Nie oznacza to jednak, że "Napad" pozbawiony jest zwrotów akcji, aczkolwiek szczególnie w drugiej połowie filmu łączenie poszczególnych kropek następuje już zbyt pospiesznie i chaotycznie. Stąd sporo ubytków w ekranowej logice i dużo niedopowiedzeń. Po pewnym czasie na intensywności traci też psychologiczny pojedynek Gadacza z Surmiakiem. W końcówce filmu obaj panowie już tylko sobie statystują.



Szkoda, że twórcom "Napadu" zabrakło nieco odwagi i podostrzenia relacji obu postaci. Zwłaszcza że w świetnej formie są odtwórcy obu ról. Jędrzeja Hycnara szeroka widownia jeszcze nie zdążyła dobrze poznać. Rolą Kacpra na pewno młody aktor zasłużył sobie na częstszą obecność na ekranie.

Olaf Lubaszenko, choć w kontekście jego ostatnich występów nie jest to wybitnym osiągnieciem, gra jak z nut, budując swojego bohatera w bardzo precyzyjny i opanowany sposób. I choć Gadacz może wzbudzać w widzu skrajne emocje, to na pewno potrafi go zaintrygować. Ogromna w tym zasługa Lubaszenki, który wie, kiedy docisnąć, a kiedy odpuścić. Przyznam, że w tym wydaniu chciałbym go zobaczyć raz jeszcze. Zwłaszcza że udało mu się również stworzyć niezły duet z bardzo dobrą Wiktorią Gorodeckają. Mały plusk dopisuję za świetny drobny epizod Piotra Roguckiego.

Film Michała Gazdy świetnie oddaje realia Polski tuż po ustrojowej transformacji, w której szarość to dominujący odcień nie tylko za oknami.

Nie-różowe lata 90.



"Napad" broni się nie tylko aktorsko, ale również realizacyjnie. Już w "Znachorze" Michał Gazda wykazał się dbałością o detale oraz inscenizacyjnym nosem. W jego najnowszym dziele być może zapadających w pamięć kadrów tak wiele nie ma, ale sportretowanie lat 90., i to wcale nie w takim pozytywnym, nostalgicznym filtrze, robi wrażenie. Odkoloryzowana, nasączona szarością i podmyta moralnym brudem Warszawa wygląda trochę jak z mrocznych thrillerów Davida Finchera, a trochę (a może nawet bardziej niż trochę) jak ze skandynawskich kryminałów. Tyle że tutaj nie ma ukrywającego się przez cały film "seryjniaka", który w końcówce filmu wyskoczy na pięć minut jak diabeł z pudełka.

Atmosferę lat 90. doskonale udało się odwzorować za sprawą świetnej pracy speców od scenografii, kostiumów czy charakteryzacji. Czasami chodziło o dosłowne oddanie ówczesnych realiów, tak jak w scenie na bazarze (kto w takim miejscu na udeptanym kawałku kartonu przymierzał podróbki dżinsów lub czteropaskowe dresy, ten wie, o co chodzi). Równie często jednak ten brak kolorytu w "Napadzie" współgrał z ogólną szarością okresu transformacji. I tutaj już z produkcją Netflixa kojarzyć się może wczesna twórczość Władysława Pasikowskiego. Co prawda Gazda ze Staszczyszynem mają ucho do dialogów, próbują zarysować w filmie społeczno-polityczne tło, prowokują Gadacza do pewnych rozliczeń z "komuną", ale to jednak wciąż daleko od chociażby "Psów" (których "obecność" jest zaznaczona nawet w "Napadzie", zgrabne puszczenie oka do widza).



Być może twórca "Krolla", dysponując takim scenariuszem i będąc w formie sprzed trzech dekad, szybciej odnalazłby się w takiej stylistyce i zrobił po prostu lepszy film. Michałowi Gaździe i tak wyszło co najmniej nieźle. Pomimo wyraźnych nieraz problemów z budowaniem napięcia, wzbudzaniem emocji i poprowadzeniem wątków to udana produkcja. Aczkolwiek nie wykluczam, że poziom tolerancji na rodzime filmy mógł się w moim przypadku mocno obniżyć, bo - mówiąc delikatnie - nie jest to wytrawny rocznik w polskiej kinematografii.

Z drugiej strony właśnie z powodu wspomnianych wyżej mankamentów trudno oprzeć się wrażeniu, że nie wykorzystano tutaj potencjału materiału i samego tematu. "Napad" nie sprawi, że padniemy na kolana i podniesiemy błyskawicznie ręce. Ale do tego, żeby na chwilę nas zmroziło i abyśmy zastygli w bezruchu, wystarczy. Netflix plus polskie kino to nie zawsze udana kombinacja, ale w tym przypadku można ryzykować w ciemno. Większych reklamacji być nie powinno.

OCENA: 6,5/10

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (43)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

Orły 2026: Roczny przegląd polskiego kina w Gdyni

25 zł
projekcje filmowe

Helios na Scenie: Megadeth: Behind The Mask

47,90 zł
projekcje filmowe