Recenzja filmu "Nosferatu". Wypad z wampirem

Tomasz Zacharczuk
22 lutego 2025 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (20)
"Nosferatu" to triumf realizacyjnego kunsztu i wizualna uczta dla oka. W tym stylowym, gotyckim horrorze brakuje jednak trochę emocji i bardziej wciągającej opowieści.

Recenzja filmu "Nosferatu". Jak wyglądałby wieczór poezji Edgara Allana Poe połączony z wystawą malarskich dzieł niemieckich ekspresjonistów i pokazem blackmetalowych teledysków? Ten przesączony surowym mrokiem koncept zwizualizował właśnie w swoim najnowszym filmie Robert Eggers. Twórca "Lighthouse" i "Wikinga", czerpiąc garściami z gotyckiej estetyki i karpackiego folkloru, brawurowo odświeżył klasykę wampirzego kina. Jego "Nosferatu" hipnotyzuje obrazem i osacza widza dusznym klimatem, choć podobnie jak tytułowemu bohaterowi doskwiera głód pożądania, tak widzowi może doskwierać podczas seansu głód emocji. Jest dobrze, ale do wybitności trochę zabrakło.






"Nosferatu" - wywiad z wampirem. Nowy film Roberta Eggersa



Czy lubisz filmy, seriale i książki o wampirach?

Rzadko kiedy kogoś, kto ma na swoim koncie ledwie trzy pełnometrażowe produkcje, zalicza się do grona najważniejszych i najbardziej oryginalnych twórców światowego kina. Robert Eggers nie tylko na taką nobilitację zasłużył, ale - co jest równie imponujące - zapracował na nią jeszcze przed swoimi 40. urodzinami.

I trudno tak wielu pochlebnym opiniom na jego temat się dziwić, skoro na każdym z dotychczasowych filmów - "Czarownicy. Bajce ludowej z Nowej Anglii", "Lighthouse" i "Wikingu" - amerykański reżyser stawiał wyraźny autorski stempel.

Robert Eggers - specjalista od filmów z klimatem



Styl Eggersa polega nie tylko na sprawnym uwspółcześnianiu ludowych wierzeń, z których czerpie największą inspirację, ale również na bezkompromisowym drążeniu ludzkich lęków i pragnień, co sprawia, że jego filmy zawsze mają mocny psychologiczny podtekst.

Kto wie jednak, czy tym, czym najbardziej zaskarbił sobie uznanie widzów, nie jest jego niebywały inscenizacyjny talent i obsesyjna wręcz dbałość o perfekcjonizm każdego kadru. Nie ma przypadku w tym, że każdą z jego produkcji można nazwać małym dziełem sztuki audiowizualnej.

Nosferatu znów ożywa na ekranie



Biorąc pod uwagę zamiłowanie Amerykanina do kręcenia surowych w treści, a zarazem "dostojnych" w formie horrorów, wydawało się, że opowieść o jednym z najsłynniejszych ekranowych wampirów jest wręcz wymarzonym materiałem dla Eggersa. Nawet pomimo tego, że do tej pory stawiał on raczej na własne pomysły.

Do nakręcenia nowej wersji "Nosferatu" reżyser zabierał się już kilka lat temu, ale odłożył plany na półkę, bo potrzebował więcej czasu do zmierzenia się z absolutną klasyką. Klasyką z ponad 100-letnią historią, bo "Nosferatu - symfonię grozy", a więc jedno z arcydzieł niemej kinematografii, nakręcono w 1922 r.

Autor jednego z najważniejszych tytułów w niemieckim ekspresjonizmie, Friedrich Wilhelm Murnau, nie zdobył praw do zekranizowania napisanego przez Brama Stokera "Drakuli", dlatego postanowił zmodyfikować literacki pierwowzór, poprzestawiać pewne akcenty, zmienić imiona głównych bohaterów, a niektóre poboczne postaci w ogóle usunąć. I choć finalnie nie obyło się bez konsekwencji prawnych, to dzieło Murnaua, podobnie jak remake Wernera Herzoga z 1979 r., na stałe wpisało się w historię kinematografii i zdobyło rzeszę fanów.

Jak na tle poprzedników wypada teraz Eggers? Czy nakręcił lepszą lub gorszą wersję "Nosferatu"? Odpowiem najbardziej dyplomatycznie i banalnie zarazem: nakręcił inną. A czy mógł to zrobić lepiej? Tu odpowiedź będzie już bardziej jednoznaczna: zdecydowanie tak.

  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Nosferatu wysysa krew, Eggers wysysa emocje



Wspomniany autorski stempel Eggersa oczywiście widnieje na "Nosferatu", ale na poziomie scenariusza amerykański reżyser nie zdecydował się na znaczące odstępstwa od oryginału. Poza mocniejszym zaakcentowaniem postaci Ellen (Lily-Rose Depp) - wszak to właśnie wokół niej orbituje cała fabuła filmu. We wczesnej młodości kobietę regularnie nawiedza w koszmarach posępna kreatura, która choć wzbudza w dziewczynie lęk, to jednocześnie wywołuje pewien rodzaj erotycznej fascynacji. Kilka lat później, gdy Ellen mieszka w Wisburgu u boku męża, Thomasa Huttera (Nicholas Hoult), mroczne wizje powracają i są jeszcze intensywniejsze.

Zbiega się to w czasie ze służbowym wyjazdem Thomasa do Transylwanii w celu sprzedaży jednej z nieruchomości hrabiemu Orlokowi (Bill Skarsgard). W rzeczywistości transakcja jest pułapką zastawioną przez Orloka/Nosferatu - ponad 400-letniego wampira, który chce wyeliminować Huttera i umożliwić sobie dotarcie do Ellen. Tym razem już nie we śnie, a na jawie, co przyniesie opłakane skutki dla wszystkich mieszkańców niewielkiego miasteczka, które nie jest gotowe, by stawić czoła nieumarłemu potworowi.

Fabuła, pomimo że i tak jest prosta oraz klarowna, posiada dość dużo niepotrzebnych uproszczeń, a co gorsze - także dziur logicznych. Trudno również doszukać się w niej spektakularnych zwrotów akcji, które mogłyby nieco zdynamizować powolne tempo opowieści. Eggers, choć pięknie wszystko inscenizuje, zapomina trochę o dramaturgii, której nie da się też wyczuć w ostatnim kluczowym kwadransie. Kumulowane stopniowo napięcie nie znajduje odpowiedniego ujścia, a przecież w każdym ze swoich poprzednich filmów reżyser potrafił widzem zatrząść. Tych emocji w "Nosferatu" brakuje, zaś finałowe rozwiązania zamiast wbijać w fotel, wywołują jedynie wzruszenie ramion.

Jeżeli komuś mógłby się udać remake 'Nosferatu", to chyba tylko Robertowi Eggersowi. Amerykański reżyser zdecydowanie wybronił się swoją wersją klasycznej opowieści, choć można było liczyć na ciut więcej.

"Nosferatu" - film, który można oprawić w ramy



Eggers w swoim najnowszym filmie bywa długimi fragmentami jedynie poprawnym narratorem, ale od początku do końca jest wybitnym wręcz kreatorem. Wymyślony przez niego świat - spowity ekspresjonistycznym cieniem, oblepiony gęstym klimatem i zainfekowany szpetotą i zepsuciem - robi piorunujące wrażenie. I nie chodzi już nawet o doskonałe odwzorowanie XIX-wiecznych realiów za pomocą znakomitych kostiumów, scenografii i charakteryzacji (trzy absolutnie zasłużone nominacje do Oscarów). Każdy kadr skrywa mrok - czasami posępny, nieraz szlachetny, niekiedy brutalny. "Nosferatu" jest jak black-metal w wersji symfonicznej. Jak wizualizacje ponurych wersów Edgara Allana Poe. Jak "Drakula" Coppoli bez filtra i cienia romantyzmu.

Mnóstwo w "Nosferatu" jest za to gotyckiej stylistyki. I o ile u Tima Burtona, który także się w niej lubuje, podawana jest ona jak kawa z mlekiem, cukrem i ciasteczkiem do zestawu, o tyle u Eggersa ten gotycki sznyt smakuje jak czarny, niesłodzony "szatan" - gorzki jak cholera, za to intensywny i aromatyczny z mocno wyczuwalną nutką transylwańskiego folkloru.

Szkoda jedynie, że jest go tak mało i w zamku Orloka nie spędzamy jednak nieco więcej czasu. Tym bardziej że to właśnie w upiornym gmaszysku operatorską maestrią (głównie poprzez kapitalną grę światłem i cieniem) popisuje się stały współpracownik Eggersa, czyli Jarin Blaschke (kolejna trafiona oscarowa nominacja). Znów więc - jak to już bywało wcześniej u tego reżysera - można robić stopklatki, wsadzać je w ramy i wieszać na ścianie. "Nosferatu" jest piękny w swojej brzydocie.

Bill Skarsgard jako Orlok budzi grozę, wyglądem i głosem



A jaki jest w tytułowej roli specjalista od karkołomnych aktorskich transformacji, czyli Bill Skarsgard? Określenie "piękny" raczej nie pasuje do postaci ze szkaradną i gnijącą twarzą, upiornym wąsiskiem, spiczastym nosem i posępną posturą. Orlok w niczym nie przypomina wymuskanych wampirów z amerykańskich "teen-movie". Nie jest też kolejną wersją arystokratycznego Drakuli w niezapomnianym wydaniu Gary'ego Oldmana. Trudno tu również dostrzec pokraczne stwory wykreowane w poprzednich filmach o Nosferatu przez Maxa Schrecka czy Klausa Kinskiego. To antypatyczna do szpiku kości, odrażająca i przyprawiająca o dreszcze kreatura, ale wciąż o ludzkich rysach, co samo w sobie jest podwójnie przerażające.

Skarsgard, znów - podobnie jak miało to miejsce przy postaci Pennywise'a - pokryty toną charakteryzacji, gra oszczędnie. Równie oszczędnie jest przez twórców "Nosferatu" pokazywany. Jak choćby w scenie pierwszego spotkania z Thomasem, gdy operator tak ustawia kamerę i światło, by tylko zasygnalizować nam obecność Orloka i podsycić tym samym naszą fascynację tą postacią, a jednocześnie konsekwentnie budować grozę. A można ją poczuć na całym ciele wraz z pierwszymi wypowiadanymi przez Nosferatu słowami. Skarsgard przez kilkanaście tygodni uczył się obniżać barwę głosu, pracując z jedną z islandzkich śpiewaczek operowych. Opracował też specjalny system ćwiczeń oddechowych i relaksacyjnych służących poprawianiu techniki głosowej. Efekt jest rewelacyjny.

Mówiący w bardzo niskiej tonacji, przeciągający sylaby i twardo akcentujący angielskie zdania Skarsgard brzmi przerażająco. Jakby wpadał w pewnego rodzaju trans. Aczkolwiek największe wrażenie robi za pierwszym razem. Gdy z głosem w końcu się nieco oswoimy, może on nas w drugiej części filmu już irytować, a nawet śmieszyć. Nie zmienia to jednak faktu, że Orlok szturmem wkroczył do panteonu najbardziej odstręczających filmowych postaci. Mam jednak nieodparte wrażenie, że jest go w filmie mimo wszystko za mało.

Więcej Ellen, mniej Orloka - Eggers pozmieniał nieco narracyjne akcenty w "Nosferatu", koncentrując się na postaci granej przez Lily-Rose Depp. Młoda aktorka podołała wyzwaniu, tworząc jednowymiarową co prawda, ale solidną kreację.

"Nosferatu": wizualna uczta, którą warto celebrować w kinie



Na przeciwległym biegunie jest natomiast grająca Ellen Lily-Rose Depp. Tak jak wspomniałem, to wokół niej Eggers buduje narrację. Młoda aktorka ma więc do zagrania całkiem sporo, choć trzeba otwarcie przyznać, że jest to rola dość jednowymiarowa. Przez 90 proc. ekranowego czasu Depp jest albo przerażona, albo co najmniej zaniepokojona. Nic dziwnego, że w głównej mierze operuje krzykiem albo wielce sugestywnym spojrzeniem pełnym trwogi i rozpaczy. I z tych aktorskich obowiązków wywiązuje się bez zarzutu, a do tego jej uroda idealnie kontrastuje ze szpetotą Orloka. Piękna i bestia w wersji Eggersa.

Czy można było i należało od młodziutkiej Depp oczekiwać więcej? Raczej nie. Za to więcej można było sobie obiecywać po drugoplanowych kreacjach Aarona Taylora-Johnsona i Willema Dafoe. Pierwszy z nich miota się w mdłej postaci Hardinga, drugi z ekscentrycznego i zbzikowanego naukowca von Franza i tak wyciąga maksa, choć nie jest to szczyt jego możliwości. Poprawnie prezentuje się Nicholas Hoult, który po "The Order" i "Przysięgłym nr 2" udowadnia, że wciąż jest w formie. A niedługo przecież zaliczy u widzów kolejny test, wcielając się w nowym "Supermanie" w postać Lexa Luthora.



Testu z reinterpretacji filmowej klasyki nie oblał z pewnością Robert Eggers, który dla swojego "Nosferatu" znalazł nową przestrzeń we współczesnym kinie i być może nowych fanów. Kolejny raz swoją artystyczną wizją potrafił zahipnotyzować, aczkolwiek w kreowaniu tego fascynująco mrocznego świata zapomniał trochę o wykreowaniu emocji i w pełni angażującej historii. Jego najnowszy film to triumf realizacyjnego kunsztu i wizualna uczta, do której warto zasiąść przed wielkim ekranem. Youuu wooon't rrregrrret it! (czytane głosem Orloka).

7/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

6.5
40 ocen

Nosferatu (4 opinie)

(4 opinie)
horror

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (20)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

Orły 2026: Roczny przegląd polskiego kina w Gdyni

25 zł
projekcje filmowe

Dyskusyjny Klub Bajkowy: Mały Książę

16 zł
projekcje filmowe, DKF