Recenzja filmu "Putin" Vegi. Profanacja kina

Tomasz Zacharczuk
11 stycznia 2025 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (126)
  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Na wygenerowanej przez sztuczną inteligencję twarzy tytułowego bohatera jest wymalowana cała artystyczna wartość najnowszego przedsięwzięcia Patryka Vegi. W pustym i martwym spojrzeniu komputerowego Wołodii odbija się nicość "Putina" - filmu pozbawionego jakichkolwiek emocji, walorów i sensu. Filmu cuchnącego rosyjską wódą, bełkoczącego bez ładu i składu, zatrutego demagogią, zamroczonego religijną symboliką i błądzącego po omacku po życiorysie dyktatora, który - i to jedyny, hmm, plus tej produkcji - właściwie na nic innego w kinie nie zasługiwał. Z całą stanowczością natomiast widzowie nie zasłużyli na takie tortury. Warto ich sobie oszczędzić.





Patryk Vega szuka na siebie pomysłu



Jak oceniasz dorobek filmowy Patryka Vegi jako reżysera?

Nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Przerwa w kręceniu filmów przez Patryka Vegę trwała niecałe trzy lata. W tym czasie, wbrew szumnym zapowiedziom samego reżysera, nie udało się podbić światowego kina i pozyskać do współpracy wielkich gwiazd. Imperialne plany Vegi spaliły więc na panewce, dlatego szybko trzeba było poszukać zastępczych projektów.

A mowa o twórcy, który po wyeksploatowaniu gangsterskich fabuł umiejętnie i chętnie "przytulał" bardzo nośne tematy, czego potwierdzeniem były choćby "Polityka", "Small World" czy "Miłość, seks & pandemia". Wydawało się, że takim właśnie tematem dla Vegi będzie wojna na Ukrainie, ale to już za niego i w jego stylu zrobił w "Ludziach" Maciej Ślesicki.

Pan Krzemieniecki, co udowodnił już nieraz, potrafi jednak kombinować i kalkulować, więc postanowił obejść temat z drugiej strony, sięgając po biografię Władimira Putina. Nie zamierzam całkowicie negować tego pomysłu, bo życiorysy kontrowersyjnych postaci, a w szczególności bezwzględnych i obsesyjnie uzależnionych od władzy polityków, zawsze przyciągały uwagę filmowców i widzów.

Tyle tylko, że do ekranizowania takich historii potrzebne są odpowiedni warsztat i przede wszystkim wiarygodna intencja. A w "Putinie" trudno doszukać się jednego i drugiego. Jako biografia jest to produkcja nudna i przypominająca pobieżne streszczenie notki z Wikipedii. Jako dzieło artystyczne ogółem - ośmiesza i deprecjonuje sztukę filmową.

"Putin" to opowieść o rosyjskim przywódcy, obrazująca jego dojście do władzy i na kremlowskie szczyty.

Na początku, w środku i na końcu był chaos



To już drugie podejście Vegi do kina biograficznego. Poprzednio tę formułę przetestował na własnym przykładzie. Trzeba przyznać, że tym razem reżyser wyciągnął pewne wnioski i postanowił nadać swojej nowej produkcji bardziej arthouse'owy sznyt i przełamać chronologiczną monotonię. Dobre chęci to jedno, ich skuteczna realizacja - drugie.

W "Putinie" akcja nieustannie przeskakuje w czasie. Na początek mamy 2026 r. i widzimy schorowanego Wowę brodzącego przy szpitalnym łóżku we własnych fekaliach (tak, wrócił "stary dobry" Patryk). Następnie cofamy się już do 1960 r. i obserwujemy, jak młodego Putina eksmituje z domu jego własna matka.

Przez kolejne ponad 100 minut opowieść błądzi po różnych czasoprzestrzeniach bez żadnego logicznego wytłumaczenia. Ani montażowego, ani fabularnego. Szatkowanie epizodami z życia Putina przypomina słuchanie playlisty z włączoną opcją losowego wybierania kawałków. Trudno w tym chaosie złapać odpowiedni rytm i zaangażować się w historię, która i tak zbyt wielu rzeczy o rosyjskim przywódcy nie opowiada. Nie jest to bowiem produkcja rzucająca nowe światło na nieznaną do tej pory motywację Putina napędzającą go do coraz bardziej drastycznych i radykalnych działań.

Zadufany w sobie, nieufający nikomu, zakompleksiony i panicznie bojący się utraty kontroli nad sytuacją introwertyk? Przecież to już wiemy.

Patryk Vega nakręcił kolejną populistyczną produkcję, której potencjał spoczywa jedynie na nośnym i kontrowersyjnym temacie.

Putin marionetkowy, a cały film wątpliwy moralnie



Nie wiemy natomiast, co kłębi się w psychice Wołodii. Vega ochoczo obiecywał, że swoim nowym filmem zagwarantuje widzom podróż w głąb umysłu swojego bohatera. Czy podołał tym deklaracjom? Adekwatną odpowiedzią, w dodatku bardzo ilustracyjną, mógłby być słynny gest Kozakiewicza.

Zamiast rzetelnej i wnikliwej analizy psychologicznej wsłuchujemy się w kolejną ekranową katechezę wielebnego Patryka, który wszystko sprowadza do biblijnej walki dobra ze złem. Vega wielokrotnie już akcentował swoje nawrócenie i wiarę w Boga. Absolutnie nie mam z tym żadnego problemu. Mam natomiast problem z tym, że w każdym filmie nachalnie "ewangelizuje" każde wewnętrzne konflikty swoich bohaterów.

Nie inaczej jest z Putinem, któremu od początku filmu towarzyszą duchy radzieckiej partyzantki i małego chłopca - dręczyciela z dzieciństwa, z którym później mały Wowa się zaprzyjaźnił. To właśnie te dwie postaci wciąż podpowiadają Władimirowi, co ma robić. Znamienne są imiona tych upiorów z przeszłości - Samiel i Legion. Imiona biblijnych demonów.



Z przekąsem można stwierdzić, że ktoś tu próbuje opowiedzieć po swojemu (czytaj: infantylnie i wyrywkowo) "Mistrza i Małgorzatę". Konsekwencje takiego podejścia są jednak zdecydowanie poważniejsze. Vega pozbawia Putina odpowiedzialności, sprawczości i decyzyjności, zrzucając wszystko na barki niecnych demonów nakłaniających go do czynienia zła.

A to z kolei jest już nie tyle absurdalne, co wręcz oburzające, bo można odnieść mylne wrażenie, że Putin jest jedynie marionetką w rękach pozaziemskich sił. A mówimy przecież o kimś, kto konsekwentnie przez kilkadziesiąt lat świadomie i perfidnie dążył do konkretnych celów i stołków, nie bacząc na koszty i ludzkie dramaty.

Obiecywano nam demaskatorską biografię, dostaliśmy biblijną przypowieść okraszoną łzami Putina błagającego w Jerozolimie o chrzest. Na Boga, Patryku, zejdź na ziemię!

Wizerunek Putina na ekranie udało się wykreować za pomocą AI i technologii zbliżonej do deep face.

Ej AI, zrób mi film!



Wszystkie, delikatnie mówiąc, nieporadne scenariuszowe pomysły Vegi można byłoby jeszcze w pewnym stopniu wygładzić grą aktorską. Takowej jednak w tym filmie nie ma, bo głównego bohatera tak naprawdę kreuje sztuczna inteligencja.

Pod osobą Władimira Putina kryje się co prawda Sławomir Sobala, ale trudno nazwać go aktorem, skoro jego dotychczasowe doświadczenie w tej materii jest żadne, a jedynym atutem jest fakt, że od lat jest wiodącym w naszym kraju sobowtórem rosyjskiego prezydenta. Z nałożoną przez AI maską Putina jego gra ogranicza się do gestów i chodu Władimira. Na komputerowo wygenerowanej twarzy natomiast maluje się pustka i sztuczność.

Przez 90 proc. filmu twarz ekranowego dyktatora właściwie się nie zmienia. On nawet nie mruży powiek. Trudno więc przypisywać takiemu "cyborgowi" jakiekolwiek emocje, które mogłyby z kolei wpływać na emocje widzów. Czy do tego ma dziś zmierzać kino? Do zastępowania aktorów algorytmami i AI? Vega zapowiadał przed premierą filmu rozwijanie tej technologii i strach pomyśleć, na co jeszcze się porwie, mając do dyspozycji możliwości sztucznej inteligencji.

Pewnym paradoksem jest to, że posiłkując się nowymi technologiami, Vega tak naprawdę cofa się w reżyserskim warsztacie. "Putin" jest bowiem paskudnie zrealizowanym filmem z niechlujną pracą kamery, nienaturalnymi i dziwacznymi zbliżeniami, z montażową fuszerką i wszechobecną muzyką, która swym posępnym brzmieniem ma za zadanie dodawać patosu nawet najbardziej prozaicznej scenie.



Plus można odnotować przy realizacji niektórych batalistycznych scen. Kompletnie nic nie znaczą natomiast 1-2-sekundowe ujęcia Kremla, którymi tak często w wywiadach chwalił się reżyser. Nagrywane z ukrycia kadry spokojnie można byłoby zastąpić archiwalnymi nagraniami. One i tak nic nie wnoszą do opowieści. Podobnie jak nic nie wnoszą dalszoplanowe postaci, którymi najczęściej są zapijaczeni oficjele z Borysem Jelcynem na czele (niezły w tej odsłonie Tomasz Dedek).

Kluczowe pytanie brzmi: co z nowym filmem zrobią widzowie, którzy jakiś czas temu odwrócili się od Vegi i przestali mu dawać kredyt zaufania? Promocja, zarówno ta jawna, jak i mniej jawna (poprzez aktywowanie sztucznych kont służących do obrony i promocji filmu na forach internetowych), zrobią swoje.

"Putin" to jednak populistyczna produkcja, która nie ma nic wspólnego zarówno ze sztuką filmową i rzetelnym rzemiosłem, jak z reklamowanym na plakatach "thrillerem politycznym". To filmopodobny twór żerujący na nośnym temacie wojny za naszą wschodnią granicą. Chcecie prawdziwego Putina? Poszukajcie w sieci dokumentalnych filmów, bo ten nic nie oferuje poza dwoma godzinami wyjętymi z życia.

1/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

3.8
50 ocen

Putin (15 opinii)

(15 opinii)
biograficzny, kryminał

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (126)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

Etnomatograf. Kino w muzeum. Grudzień 2025

impreza filmowa, projekcje filmowe

Święty Mikołaj wyrusza na podbój Marsa | najlepsze z najgorszych

25 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe