Recenzja filmu "Superman". Powrót do korzeni w dobrym stylu

Tomasz Zacharczuk
12 lipca 2025, godz. 07:40
Opinie (25)
Superman (David Corenswet) po latach służby ludzkości musi zmierzyć się z pierwszym poważnym kryzysem wizerunkowym. Oczywiście w poszarganiu opinii Kal-Ela palce macza nikczemny Lex Luthor (Nicholas Hoult).

Jest w filmie Jamesa Gunna scena, w której Lex Luthor - niechybnie przekonany o swoim nadchodzącym triumfie - wykrzykuje pod adresem Człowieka ze Stali słowa: "Mózg, nie mięśnie!". W starciu odwiecznych rywali każdy z nich ma swoje argumenty za wygraną. Z kolei największą siłą nowej produkcji DC jest zgoła co innego - mianowicie emocje. Bo "Superman" to przede wszystkim film zrobiony od serca i dla tych, którzy w sercu zawsze mieli zarezerwowane specjalne miejsce dla Clarka Kenta i jego alter ego. To kino, które nie tylko pozwala nam na nowo uwierzyć w Supermana, ale też w to, co on sam widzi w ludziach - nieskazitelne dobro. A w czasach niepokoju i niepewności, taka wiara to supermoc, której wszyscy dziś potrzebujemy.





Po co kolejny film o bohaterze, który w popkulturze obecny jest od blisko stu lat?


To ptak! To samolot! Nie, to Superman! Tylko dlaczego zamiast przeszywać z impetem powietrze i mknąć w kierunku kolejnej misji, heros w czerwonej pelerynie bezwładnie opada na ląd i z hukiem uderza w śniegi Antarktydy? Już w początkowej scenie swojego filmu James Gunn płata nam niezłego figla. Na naszych oczach dzieje się bowiem rzecz niesłychana - niezniszczalny Kal-El przegrywa batalię, a z pola bitwy ewakuuje go jego niezawodny psi towarzysz, Krypto. No to jak to jest z tym Człowiekiem ze Stali? Czy wciąż nim jest? Tak, ale w nowej produkcji DC przede wszystkim jest człowiekiem z krwi i kości.

Już w tych pierwszych kilku sekwencjach twórcy nowego "Supermana" dają nam odpowiedź na pytanie, po co komu kolejny film o bohaterze, który w popkulturze obecny jest od blisko stu lat? Ano choćby po to, by odkruszyć tego posągowego herosa z wcześniejszych produkcji Zacka Snydera. Zerwać łańcuchy z napisem "wybawca ludzkości" i dać mu więcej swobody, a co za tym idzie, więcej wątpliwości i moralnych rozterek. Ściągnąć go z okołoziemskiej orbity i na nowo oswoić z ludźmi. Odzyskać balans pomiędzy Supermanem a Clarkiem Kentem.

Mroczne widowiska Snydera zahartowały Człowieka ze Stali i mocno go wyidealizowały, ale jednocześnie nieco ograbiły z ludzkich emocji. Tutaj mamy swoisty powrót do korzeni. I choć produkcja Gunna nie jest bez wad, to spośród ostatnich adaptacji komiksów Joego Shustera i Jerry'ego Siegela wydaje się być najbliższa literackiemu oryginałowi i po części wpisuje się w klimat kultowego filmu Richarda Donnera z niezapomnianą rolą Christophera Reeve'a. I chyba właśnie takiego Supermana dziś najbardziej potrzebujemy. Nie tyle tego z zakręconym na czole loczkiem i majtasami na wierzchu, ale tego mocarnego i szlachetnego, a zarazem bliskiego nam wszystkim oraz być może nazbyt naiwnie ufającego w dobro ukryte w każdym człowieku.

  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Wciąż "super", ale bardziej "man"



Napomknienia o wyglądzie i stroju nowego Supermana nie pojawiły się tutaj przypadkowo, bo przecież na długo przed premierą widowiska to właśnie zewnętrzne atrybuty tytułowego bohatera były najczęściej komentowane w sieci. Zazwyczaj w formie docinków czy po prostu skomasowanych ataków wprost krytykujących nawiązującą do komiksowej klasyki wizję Kal-Ela. W całej tej miałkiej dyskusji o rzeczach niezbyt istotnych zapomniano jednak o tym, kto za tworzenie nowego Supermana odpowiada. A James Gunn to reżyser nietuzinkowy i zdecydowanie warty uwagi.

Przez lata był jednym z najważniejszych trybików w sprawnie naoliwionej marvelowskiej machinie. Zadanie miał niełatwe, bo przypadło mu w udziale zaopiekowanie się ekipą kosmicznych wyrzutków, którzy szerszej publiczności nie byli wcale znani. "Strażnicy Galaktyki" szturmem zdobyli jednak serca widzów, a potężny w tym udział miał właśnie Gunn - sprawnie operujący dramaturgią, humorem i akcją, ale przede wszystkim bezbłędnie diagnozujący swoje postaci i sprawiający, że w każdej z nich mogliśmy dostrzec część siebie. Nawet w niezbyt rozgarniętym osiłku, zielonoskórej wojowniczce czy zblazowanym Star-Lordzie.

Gunn ma po prostu niezwykłe wyczucie i talent do konstruowania ciekawych bohaterów oraz budowania pomiędzy nimi zażyłych relacji. To samo, choć już nie z taką błyskotliwością, po transferze do DC udowadnia w "Supermanie". I nie dotyczy to tylko tytułowej postaci. Zresztą w podejściu do Człowieka ze Stali Gunn nie stosuje półśrodków, a od razu wykłada kawę na ławę. Nie ma bowiem w jego nowej produkcji przydługiej ekspozycji i genezy samego Supermana. W kilku zdaniach napisów początkowych dostajemy garść informacji, które przecież każdy z nas doskonale już zna - Kal-El przybył na Ziemię z planety Krypton i od kilku lat w niebieskim trykocie strzeże pokoju i bezpieczeństwa ludzi, ukrywając się na co dzień przed nimi pod postacią niezdarnego dziennikarza, Clarka Kenta.

Ostatnio jednak "Supek" nie ma zbyt "dobrej prasy". Wszystko przez to, że wmieszał się w konflikt dwóch państw, czym mocno podpadł politykom, dziennikarzom i sporej części internautów. Bo czy przybysz z kosmosu ma prawo samodzielnie decydować o geopolitycznym porządku na Ziemi? Czy nie wychodzi w ten sposób przed szereg? Czy powinien sam ingerować w sytuacje zagrożenia, czy może podlegać jakiemukolwiek zwierzchnictwu? Owszem, dla sporej części Ziemian jest bohaterem i symbolem sprawiedliwości, ale w oczach wielu postrzegany jest - stosując anglojęzyczną terminologię - nie jako "man", a jako "it" lub "alien".

A właśnie tego "mana" chce z Supermana (David Corenswet) wydobyć James Gunn. Dlatego w jego filmie mocarny heros pichci kolację dla ukochanej Lois (Rachel Brosnahan), w chwilach chandry popija kakao, chwali się muzycznym gustem i bezskutecznie próbuje nauczyć dyscypliny swojego niesfornego psa. Oczywiście wciąż musi nieustannie stawiać czoła zagrożeniom inspirowanym przez jego zagorzałego wroga, Lexa Luthora (Nicholas Hoult). Główną misją Supermana - przynajmniej tutaj u Gunna - jest jednak próba odnalezienia własnej tożsamości i odpowiedzi na pytanie, dlaczego warto robić to, co do tej pory robił.

Nowy "Superman" to sprawnie nakręcone i cieszące oko kino akcji, w którym choć nie wszystko jest na swoim miejscu, to na pewno nie brakuje emocji - głównego paliwa widowiska Jamesa Gunna.

Widowisko pełną gębą, choć czasami w cieniu komedii



Właśnie takiego "uczłowieczenia" Człowieka ze Stali, pokazania całego spektrum jego wątpliwości, słabości i wcale nie tak okazjonalnych porażek zabrakło nieco w poprzednich filmach autorstwa Snydera. Wszystkich tych, którzy w tym momencie obawiają się filozofującego i "zbyt przyziemnego" Supermana pragnę jednak uspokoić: to wciąż kino superbohaterskie pełną gębą - zatankowane pod korek wysokooktanową akcją i nasączone adrenaliną. Gunn od pierwszych minut sprawnie pilnuje tempa i dba o odpowiednią dynamikę. Nie oznacza to, że jego film nie łapie (nawet zbyt często) mdłych przestojów, ale zasadniczo nie ma tu miejsca na nudę.

Nowy "Superman" to porządnie nakręcone widowisko wspomagane solidnymi efektami specjalnymi i nieśmiertelną muzyką Johna Williamsa (choć moim zdaniem zbyt często ten motyw się zapętla i traci przez to znaczenie w końcowej części filmu). Wspomniane efekty nie wbijają co prawda w fotel, ale trudno też narzekać na poziom CGI. Może z wyjątkiem nazbyt szybko i chaotycznie "przemielonych" scen w tzw. kieszonkowym wymiarze. Finałowa batalia cieszy oko, choć jest to po prostu typowa dla takich produkcji młócka. Z kolei niezły efekt daje jedna ze scen w środkowym akcie, gdy jeden z sojuszników Supermana urządza na oczach Lois (i to właśnie z jej perspektywy śledzimy wydarzenia) całkiem niezłą demolkę. Nie sposób też narzekać na samego Supermana, bo w filmie Gunna mamy zaprezentowany cały szeroki repertuar jego imponujących mocy.

Poza tym, że Gunn wprowadził do Metropolis i samej opowieści o Supermanie sporo światła i kolorów (w kontrze do mroku i półcieni Snydera), to jednocześnie - jak przystało na niego - zadbał o solidną porcję humoru. I nie mam wątpliwości, że ta kwestia może podzielić widzów. Z jednej strony, wybierając się na film tego reżysera, trzeba wiedzieć, z czym się będzie jadło nowego "Supermana". Z drugiej zaś, to nie ten sam poziom dowcipu i już nie tak płynne wplatanie go w dramaturgię, jak to miało miejsce w "Strażnikach Galaktyki". Czasami ostrze satyry lśni w pełnym blasku (trollujące małpy to mistrzostwo!), ale często stępia się na suchych gagach. Humor równoważyć ma patos, ale ten zastosowany momentami w filmie (np. na farmie rodziców Clarka czy w finałowych scenach) jest już po prostu nieznośny.

Obsada nowego filmu o uwielbianym superbohaterze to strzał w dziesiątkę. Znakomicie (również we wspólnych scenach) wypada duet David Corenswet i Rachel Brosnahan. Zdecydowanie swojemu zadaniu podołał też Nicholas Hoult. Nagrodę publiczności zapewne zgarnie ekranowy pies Krypto.

Świetny aktorski tercet i wcale nie taki cichy bohater drugiego planu



Całkiem znośnie, choć to duże niedopowiedzenie, w tytułowej roli prezentuje się mało znany szerokiej publiczności David Corenswet. Kandydat być może nieoczywisty, ale zdecydowanie potwierdzający swoje aspiracje do odgrywania na dłużej kultowej postaci. Corenswet nie ma co prawda naturalnego luzu Reeve'a czy szlachetności Henry'ego Cavilla, ale interpretuje Clarka Kenta i Supermana na swój sposób - całkowicie przekonujący i "kupujący" widza od samego pojawienia się na ekranie. Superman Corensweta ujmuje swoją "ludzką twarzą", imponuje warunkami i sprawnością, porywa walecznością i uporem, ale potrafi też rozbawić i wzruszyć. Być może przed premierą filmu można było szukać innych potencjalnych odtwórców głównej roli. Po seansie nikt raczej o tym już nie pomyśli. Mamy Supermana naszych czasów i pozostaje tylko cieszyć się z takiego wyboru.

Podobnie jak z wyboru Rachel Brosnahan do roli Lois Lane. To już nie jest bohaterka, którą trzeba ratować z tarapatów i nieustannie "mieć na radarze". Ta Lois nie tylko potrafi sama zadbać o siebie, ale także bez chwili wahania ruszyć ukochanemu na pomoc i poszukać własnego sposobu na dobranie się do skóry Luthorowi. Całą tę nieugiętość, "punkrockowy" sznyt Lois, a zarazem jej delikatność i znakomitą "chemię" z ekranowym Clarkiem udało się Brosnahan oddać w stu procentach. Nieco więcej, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu, można było z kolei oczekiwać od Nicholasa Houlta, ale i tak aktorsko "zjada" zarówno Kevina Spaceya, jak i Jessego Eisenberga, czyli poprzednich odtwórców roli Lexa Luthora. Do Gene'a Hackmana trochę jednak zabrało, choć trudno zestawić te dwie jakże odmienne wersje słynnego złoczyńcy.

Na drugim planie nieźle wypada Gang Sprawiedliwości, podobnie jak ekipa "Daily Planet". Wszystkie te postaci dodają sporo kolorytu i (znów) humoru. Nie ma jednak szans, by którakolwiek z nich przyćmiła cichego (choć poszczekującego i warczącego) bohatera nowego "Supermana" - Krypto, czyli nie do końca zdyscyplinowany, ale jakże oddany swemu panu pies, kradnie absolutnie każdą scenę, w której się pojawia. Uwaga psiarze, nawet lasery w oczach "Supka" nie stopią waszych serc tak, jak scena po napisach.

W innej ze scen - w początkowej fazie filmu - Lois i Clark dyskutują o muzycznych gustach i przekomarzają się, któremu z nich w duszy gra punk rock. Na pewno nie słychać go w samym filmie Jamesa Gunna, któremu brakuje odrobiny zadziorności, wywrócenia schematów do góry nogami, porzucenia tego melodyjnego dowcipu i fałszującego patosu. Może to i lepiej, bo nie do każdego takie punkrockowe brzmienie trafi, a klasycznego rocka zawsze jest dobrze posłuchać. W nowym "Supermanie" tej klasyki, ale odpowiednio zremasterowanej, znajdziemy sporo i bez wątpienia - przynajmniej na te dwie godziny - nastroi nas ona pozytywnie. Takiego Supermana nam brakowało.

7/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

7.5
22 oceny

Superman (2 opinie)

(2 opinie)
sci-fi, akcja

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (25)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Rumia

Pruszcz Gdański

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

25 zł
projekcje filmowe, wystawa

Sztuka w Centrum. Nowości 2026

32 zł
projekcje filmowe

Kino Seniora w Kameralnym - Maj 2026

25 zł
projekcje filmowe