Recenzja filmu "Sztuka pięknego życia". Czas nie czeka na nas

Tomasz Zacharczuk
3 stycznia 2025 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (19)
  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Nie lubię określenia "wyciskacz łez", ponieważ kojarzy mi się ono z instrumentalnym traktowaniem widza i z czymś mającym znamiona manipulacji. I być może właśnie z tego powodu wspomnianą frazą można po części opisać "Sztukę pięknego życia" - film, który za pomocą paru przesadnie ckliwych momentów zbyt mechanicznie i naiwnie steruje naszymi emocjami, nie pozwalając jednocześnie samodzielnie ich przetrawić. Na szczęście dzieje się tak rzadko, bo w przeważającej części melodramat Johna Crowleya to autentycznie wzruszająca, ale i kojąco zabawna opowieść o tym, że w miłości i ogółem w życiu warto maksymalnie wykorzystać każdą sekundę.



Czasami trudno nadążyć za polskimi tłumaczeniami zagranicznych tytułów. "Sztuka pięknego życia", choć brzmi uroczo i w pewnym stopniu koreluje z treścią filmu Johna Crowleya, nie oddaje do końca zamysłu, jaki towarzyszył twórcom produkcji z Florence Pugh i Andrew Garfieldem. Znacznie bardziej sugestywne jest w tym przypadku oryginalne "We Live In Time", bo czas w tej opowieści to słowo klucz. Przy czym nie jest to czas w powszechnym, linearnym rozumieniu. Fabuła filmu, podobnie jak związek dwojga głównych bohaterów, jest pozlepiana z porozrzucanych na osi czasu momentów, które dopiero po zsumowaniu nabierają prawdziwej wartości i znaczenia.



Wymieniających się czułościami Almut (Florence Pugh) i Tobiasa (Andrew Garfield) widzimy już w początkowych scenach "Sztuki pięknego życia", ale dopiero w połowie seansu dowiadujemy się, jak w ogóle ta dwójka na siebie (dosłownie) wpadła. Obserwowanie tej pary to jak pobieżne kartkowanie ich codziennie nadpisywanego pamiętnika - zaczynamy od strony dwudziestej, wracamy za chwilę do strony piątej, przeskakujemy do czterdziestej siódmej, by zaraz zajrzeć na dwunastą. Stopniowo kolekcjonujemy informacje o każdym z tych dwojga. O Almut - ambitnej, utalentowanej, spontanicznej szefowej kuchni. O Tobiasie - zdyscyplinowanym, uporządkowanym, metodycznym informatyku.

Pozornie nie do końca do siebie pasują. On - znacznie bardziej uczuciowy i zaangażowany - potrzebuje stabilnego gruntu pod nogami i konkretnych deklaracji. Ona - podchodząca do życia z dystansem i większą rezerwą - krąży wokół partnera niczym wolny elektron, czerpiąc garściami z tego, co jest tu i teraz. Razem jednak tworzą układ idealny. A może niekoniecznie?

"Sztuka pięknego życia" to nielinearna historia związku Almut (Florence Pugh) i Tobiasa (Andrew Garfield) opowiedziana na przestrzeni kilku lat.

Poplątana chronologia, poplątane emocje



Scenariuszowi autorstwa Nicka Payne'a można wiele zarzucić, ale akurat nie to, że hołduje zasadom cukierkowego love story. Almut i Tobias nie są bowiem postaciami idealnymi, ich związek nie jest idealny, a już na pewno idealne nie są okoliczności, w których oboje funkcjonują. Bo oprócz mnóstwa namiętności, pasji, uczucia i ekscytacji ich wspólne życie naznaczone jest także konfliktami oraz poważnymi, a nawet bardzo poważnymi wyzwaniami obarczonymi cierpieniem i strachem.

Takie emocjonalne rozjazdy - raz w jedną, a raz w drugą stronę - już wielokrotnie w romansach i komediach romantycznych widzieliśmy. Tyle że często były one dość sztucznie generowane przez scenarzystów, przez co traciły na wiarygodności. Nie twierdzę, że "Sztuka pięknego życia" unika takiego samego podbijania i "pudrowania" emocji, ale naturalności i szczerości jest tu jakby więcej niż w podobnych gatunkowo filmach.

Porzucamy aplikacje randkowe. Gdzie szukać miłości w 2025 roku? Porzucamy aplikacje randkowe. Gdzie szukać miłości w 2025 roku?
Dylematy i sytuacje, którym stawiają czoła bohaterowie, są bardziej przyziemne i bliższe nam widzom. Podobnie jak bliscy stają się także Almut i Tobias. W pewnym momencie spoglądamy już na nich jak na dobrych znajomych, których chciałoby się w momentach kryzysu przytulić, a jednocześnie czasami można poczuć się speszonym, ingerując tak mocno w ich intymne relacje i będąc tak blisko zarówno ich trosk, jak i chwil szczęścia.

Pomimo tego względnego realizmu nie sposób w "Sztuce pięknego życia" nie dostrzec pewnej banalności. Może nie tyle w samej opowieści, co w sposobie jej poprowadzenia. Tylko wspomniana wcześniej "achronologia" (z której jednak w pewnym momencie twórcy filmu dość zagadkowo rezygnują) sprawia, że perypetiami dwojga głównych bohaterów nie nudzimy się zbyt szybko. Przeskakiwanie po kolejnych etapach związku Almut i Tobiasa początkowo może nieco dezorientować, ale niewątpliwie stanowi atut produkcji. Choć nawet to nie uchroni nas przed przewidywalnością fabuły. Gdyby bowiem jej elementy poukładać chronologicznie, dostalibyśmy opowieść jedną z wielu, którą my skwitowalibyśmy naszą "prozą życia", zaś Amerykanie nazwaliby to "ups and downs".

Wzruszenia i uśmiechy - takie reakcje przeplatają się podczas seansu "Sztuki pięknego życia". I choć czasami jest już zbyt ckliwie i melodramatycznie, to trudno doszukać się w tej opowieści przesadnego fałszu.

Warto zabrać ze sobą chusteczki



Wzloty i upadki w "Sztuce pięknego życia" zaliczają nie tylko główni bohaterowie, ale również reżyser John Crowley. Na szczęście tych lepszych momentów jest nieco więcej, bo autor "Brooklyn" czy "Chłopca A" na ogół wie, kiedy dać swoim aktorom przestrzeń - wtedy wystarczy tylko odpowiednio ustawić kamery i subtelnie obserwować Garfielda i Pugh. Są jednak sceny, w których Crowley ewidentnie próbuje przedobrzyć i trochę już naszymi emocjami pomanipulować. Czasami przesadzona ckliwość i melodramatyzm biorą górę nad rozsądkiem. Tak jakby twórcy filmu postawili sobie za nadrzędny cel rozmiękczyć najtwardsze serca i roztopić naszą wrażliwość. Dlatego podczas seansu "Sztuki..." znacznie częściej niż po popcorn będziemy sięgać po chusteczki.

To, że film ostatecznie nie wpada w sidła patetycznego i przesłodzonego "harlequina", zawdzięcza w głównej mierze aktorom (o których za chwilę) oraz naprawdę solidnej dawce humoru. Działa on w "Sztuce pięknego życia" jak wentyl, przez który ulatnia się nadmiar emocji, a dzięki temu cała opowieść nabiera odpowiedniego tempa. Oprócz wzruszeń czeka nas tu sporo momentów wypełnionych śmiechem. Głównie za sprawą lekkostrawnych i dowcipnych dialogów pomiędzy Almut i Tobiasem czy kilku fajnych inscenizacyjnych pomysłów (sekwencja porodu bawi do łez). Nie jest więc to film, w którym nieustannie odczuwamy ciężar poruszanych tematów.

Florence Pugh i Andrew Garfield to zdecydowanie największy atut filmu Johna Crowleya, który z pewnością zawyża końcową ocenę. Bez takich występów byłaby to historia, która przeleciałaby nam przez palce.

Pugh i Garfield czarują na ekranie



Najwięcej lekkości do produkcji Johna Crowleya bezsprzecznie wnoszą jednak aktorzy. Zadziwiające jest to, z jaką naturalnością Garfieldowi i Pugh udało się stworzyć na ekranie autentyczną, wręcz namacalną i wyczuwalną chemię. To jeden z najlepiej funkcjonujących obok siebie duetów ostatnich miesięcy w kinie. Energetyczna, a zarazem swobodna w swojej ekspresji Pugh znakomicie uzupełnia się z nieco flegmatycznym (ale jakże pociesznym) i stonowanym Garfieldem. Siłą tej dwójki jest to, że nie próbują ze sobą rywalizować i doskonale wiedzą, w których momentach dawać tej drugiej osobie większą przestrzeń. To właśnie dzięki temu wyjątkowa relacja Almut i Tobiasa już od ich pierwszych wspólnych scen jest dla widza wiarygodna i prawdziwa.

Poza tym, że Pugh i Garfield doskonale prezentują się w duecie, równie dobrze wywiązują się ze swoich indywidualnych obowiązków. Cierpliwie i konsekwentnie budują swoje postaci, nie próbując niczego stworzyć na siłę i na wyrost. A nie jest to łatwe i oczywiste zadanie, gdy przez cały czas jesteś w obiektywie kamery. Przy takiej liczbie zbliżeń prawdziwą sztuką jest opanowanie mimiki i nawet pojedynczych, drobnych gestów. A z tym Pugh i Garfield także poradzili sobie śpiewająco. Oscarowe nominacje w ich przypadku wcale nie będą nadużyciem, choć raczej będzie o nie trudno.


Nie wiem, czy "Sztuka pięknego życia" to odpowiedni tytuł na początek roku. Zazwyczaj w pierwszych styczniowych dniach szukamy przecież filmów, które nas energetycznie podładują i zmotywują do działania. A w tym przypadku - choć jest to opowieść, którą można otulić się jak ciepłym kocem w mroźny dzień - jakoś przesadnie endorfinami nie zostaniemy nafaszerowani, bo w gruncie rzeczy dzieło Crowleya to słodkość o mocno wyczuwalnym gorzkim posmaku. A może właśnie dlatego warto mimo wszystko rok zacząć właśnie tą produkcją?

Stanisław Soyka śpiewał, że "czas nie czeka na nas". I choć "Sztuka pięknego życia" ma swój przyjemny soundtrack pięknie ilustrujący nastroje bohaterów, to właśnie ten utwór najlepiej puentuje przekaz filmu. Może zamiast rzucać się w wir noworocznych postanowień, planów i celów, warto skupić się na tym, co tu i teraz, bo życie na nas może mieć swój własny plan. Może to i banał, ale w życiu - zresztą jak i w kinie - banały i błahostki też są potrzebne, by za wysoko nie odfrunąć i nie dać się pożreć ambicji. Dlatego dobrze, że są również takie filmy jak "Sztuka pięknego życia".

7/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

7.0
26 ocen

Sztuka pięknego życia (7 opinii)

(7 opinii)
dramat, romans

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (19)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

Orły 2026: Roczny przegląd polskiego kina w Gdyni

25 zł
projekcje filmowe

Kino Kobiet: Dalej jazda! 2

40,90 zł
projekcje filmowe