"The Brutalist": prawie 4-godzinny seans wart każdej minuty
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Tytuł filmu Brady'ego Corbeta nawiązuje do architektonicznego stylu, który charakteryzuje się masywnością budynków, ich surowym obliczem i ograniczoną do minimum dekoracyjnością. Opowieści o węgierskim emigrancie obsesyjnie podążającym za ideą "american dream" można przypisać wszystkie te cechy. "The Brutalist" to majestatyczna, a zarazem odarta z iluzji epopeja o autodestrukcyjnym perfekcjonizmie, o niezagojonych traumach i o poczuciu obcości, którego - niczym betonu - nie da się łatwo skruszyć. Arcydzieło? Niekoniecznie, bo nie jest to filmowy monument bez skaz. Niewątpliwie mamy jednak do czynienia z kinem, które trudno zamknąć w zwięzłych definicjach i którego nie można opisać prostymi słowami.
Amerykański sen pełen złudzeń
Mężczyzna kurczowo trzymający w ręce niewielką walizkę przeciska się w pośpiechu przez tłum ludzi na statku. Nie widzimy wyraźnie jego twarzy, bo podążająca za nim kamera również z trudem przebija się przez ten olbrzymi ścisk. Wyczuwalną w powietrzu nerwowość pasażerów wkrótce po zejściu na ląd wypiera już masowa euforia. Bolesna przeszłość jest w tym momencie daleko za nimi, w obolałej od wojennej zawieruchy Europie. Przed nimi Ameryka - kraj nowych możliwości i upragniona ziemia obiecana, nad którą góruje Statua Wolności.
Nowojorski symbol twórcy "The Brutalist" pokazują jednak w nietypowy sposób - "do góry nogami", na dodatek w rozedrganych i niestabilnych migawkach. Nie jest to jedynie operatorska fanaberia. Już w pierwszych scenach filmu Brady'ego Corbeta dostajemy jeden z wielu kluczy interpretacyjnych do jego opowieści. Odwrócona Statua to odwrócone "american dream" - coś, co dla tysięcy emigrantów miało oznaczać nowy początek, stało się tak naprawdę źródłem kolejnych rozczarowań i niepowodzeń. Chwiejną i wypaczoną iluzją.
KINO Co w kinie? Sprawdź aktualny repertuar
Przekona się o tym wspomniany mężczyzna z walizką - László Toth (Adrien Brody) - węgierski architekt żydowskiego pochodzenia, który przybywa do USA dwa lata po zakończeniu II wojny światowej. Początkowo wydaje się, że los mu sprzyja. Dach nad głową i pracę znajduje u swojego kuzyna prowadzącego salon meblarski. Wkrótce obu mężczyznom trafia się intratne zlecenie. Syn jednego z lokalnych magnatów chce zrobić ojcu niespodziankę i wyremontować bibliotekę w jego imponującej posiadłości. Efekt starań László i Attili nie przypada jednak do gustu Harrisonowi van Burenowi (Guy Pearce). Rozwścieczony bogacz wyrzuca ich za drzwi, nie płacąc ani grosza. Attila o niepowodzenie obwinia kuzyna i zmusza go do wyprowadzki.
Przez kolejne lata László tuła się po noclegowniach dla bezdomnych i dorabia dorywczo na budowach. Do momentu, gdy van Buren odwiedza go z zaskakującą propozycją. Okazało się, że odrestaurowana biblioteka zrobiła furorę wśród pensylwańskiej śmietanki. Teraz Toth od podstaw ma wybudować niedaleko rezydencji swojego inwestora centrum sztuki i kultury dla lokalnej społeczności. Dzięki zleceniu główny bohater nie tylko będzie mógł w końcu stanąć na nogi w nowej ojczyźnie, ale też ściągnie nareszcie do siebie żonę Erzsébet (Felicity Jones), z którą od momentu przymusowej rozłąki w czasie wojny prowadzi jedynie listowną korespondencję. Projekt życia Totha okaże się jednak przekleństwem dla trojga wspomnianych postaci.
"The Brutalist" - projekt wymagający dla twórców, ale i dla widza
Nie tyle przekleństwem, ile pułapką mógł dla Brady'ego Corbeta okazać się jego najnowszy, szalenie ambitny i niezwykle wymagający projekt. Reżyser o nieugruntowanej jeszcze do końca pozycji w Hollywood wymyślił sobie 3,5-godzinny film nakręcony na używanej ponad pół wieku temu taśmie 70 mm. Film o strukturze operowej - z uwerturą, dwoma aktami przedzielonymi 15-minutowym antraktem oraz epilogiem. Film, w którym mnóstwo kwestii wypowiadanych jest w piekielnie trudnym do opanowania przez aktorów języku węgierskim. I w końcu film, który porusza tak wiele różnych kwestii, że wydawało się niemożliwe upchnięcie ich w nawet tak imponującym metrażu.
Pycha kroczy przed upadkiem. Ale nie w tym przypadku. Corbet jest w "The Brutalist" buńczuczny, bywa pretensjonalny, popada w samozachwyt ("hej, patrzcie, kręcę WIELKIE kino") i zdarza mu się być niecierpliwym, ale filmowy gmach, który wybudował nie tylko rękoma Adriena Brody'ego, nie grozi zawaleniem i jest odporny nawet na solidne tąpnięcia.
Nie brakuje ich szczególnie w drugim akcie, gdy Corbetowi w niektórych momentach wyraźnie się spieszy i gubi trochę dramaturgię wydarzeń. Rozczarowujące nieco pozostaje domknięcie wątków każdej z trojga głównych postaci, a sam epilog wydaje się zbędny, aczkolwiek to właśnie tam reżyser "The Brutalist" schował ostatni już klucz interpretacyjny, który na obsesyjne działania László pozwala spojrzeć z innej perspektywy.
Corbet nie ułatwił więc sobie zadania, ale wybronił się głównie konsekwencją, zbalansowaniem kontrastów (monumentalna forma kontra intymny portret bohaterów) i autorską wizją artystyczną. Nie ułatwił tym samym zadania także widzom. I nie chodzi już nawet o potężny metraż, który - o dziwo - w ogóle nie jest odczuwalny (choć kwadrans przerwy podczas seansu faktycznie pozwala nieco uporządkować nie tyle emocje, co myśli).
"The Brutalist": tak długi, że będzie przerwa w trakcie filmu
"The Brutalist" jest specyficznym kinowym doświadczeniem. Intelektualnym wyzwaniem. Filmem niełatwym w odbiorze, ale gwarantującym - przy odrobinie zaufania, cierpliwości i miłości do kina ze strony widzów - doznania i refleksje, które jeszcze długo będą nam towarzyszyć po seansie. Nie jest to propozycja dla każdego i nie każdy dostrzeże tu piękno. Trochę jak w brutalizmie, gdzie na pierwszy rzut oka widać szkaradne betonowe bryły pozbawione finezji i konceptu.
Marmur pośrodku betonu
Poniekąd taką betonową bryłą, od której bije chłód i która wzbudza pewien rodzaj niepokoju czy dyskomfortu, jest właśnie "The Brutalist". I jest to absolutnie zamierzone działanie twórców, którzy - trochę jak László Toth - chowają we wnętrzu swojej budowli prawdziwą wartość. W budynku zaprojektowanym przez głównego bohatera tą wartością był włoski marmur, a takim scenariuszowym marmurem jest zgrabne połączenie kilku wątków, których wspólnym mianownikiem jest postać grana przez Brody'ego.
Na przykładzie tego węgierskiego emigranta i byłego więźnia obozów koncentracyjnych Corbet snuje ponurą opowieść o człowieku na tyle straumatyzowanym, że nie może on zaznać spokoju i równowagi zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Być może "The Brutalist" to jeden z najlepszych filmów o Holokauście spośród tych, które tego Holokaustu wprost na ekranie nie pokazują.
To także film o tym, jak kapitalizm i "amerykański sen" pożerają swoje ofiary. Van Buren, w interpretacji Corbeta, to wręcz diaboliczne uosobienie obłudy, wyzysku i małostkowości. "Brutalista" jest również opowieścią o artystycznej autodestrukcji, o wyniszczającej i niepohamowanej ambicji, o starciu wewnętrznego geniusza z wewnętrznym szaleńcem. Widać tu choćby - nie tylko poprzez formę narracji i estetykę obrazu - podobieństwo do "Aż poleje się krew". Bohatera tamtego filmu omamiła ropa, bohatera "The Brutalist" omamił beton. "Aż wyleje się beton" - to mógłby być sequel produkcji Paula Thomasa Andersona.
Brody z drugim Oscarem? Jest jeszcze lepszy niż w "Pianiście"
I podobnie jak we wspomnianej produkcji zjawiskowy popis dał Daniel Day-Lewis, tak u Corbeta - po wielu latach matowienia w podrzędnych przedsięwzięciach - błyszczy pełnym blaskiem Adrien Brody. Można było mieć pewne obawy, czy László Toth w jego wydaniu nie będzie trochę kopią Władysława Szpilmana z "Pianisty".
Brody nie tylko jednak zadbał o to, by te porównania nie miały większego sensu, ale wskoczył na jeszcze wyższy poziom. W "The Brutalist" tworzy bowiem postać znacznie bardziej ambiwalentną w odbiorze, niejednoznaczną, trudną do rozszyfrowania, a zarazem trudną do polubienia. Kapitalnie pogodził dwa diametralnie różne oblicza swojej postaci - skrzywdzonego przez los i napiętnowanego (nawet w nowej ojczyźnie) "obcego" oraz antypatycznego narkomana i alkoholika pochłoniętego obsesją tworzenia. Musi być drugi Oscar. Nie widzę innego rozwiązania.
Na swoje statuetki niemałe szanse mają też rewelacyjny w niuansach Guy Pearce oraz znakomicie odgrywająca nie tylko fizyczny, ale i psychiczny ból Erzsébet Felicity Jones. Konfrontacja obu tych postaci w końcowej części filmu jest jedną z najbardziej magnetycznych scen w "The Brutalist". A scen zapadających w pamięć jest tu akurat całe mnóstwo, o co zadbał również nominowany do nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej operator Lol Crawley, który fantastycznie u Corbeta przede wszystkim wykorzystuje światło oraz przestrzenie. Epickości obrazowi dodaje też niesamowita muzyka Daniela Blumberga podbijająca monumentalizm - nie tylko ten wizualny, ale również narracyjny.
Czy "The Brutalist" będzie filmem tego roku? Na początku lutego chyba za wcześnie na tak śmiałą tezę. Czy dzieło Corbeta zgarnie najważniejszego Oscara? O przytaknięcie w tym przypadku można już pokusić się z większą pewnością. Czy warto wysiedzieć podczas seansu 4 godziny? Zdecydowanie tak, bo właśnie takie filmy nadbudowują historię kinematografii. My mieliśmy "Człowieka z marmuru", a potem "Człowieka z żelaza". Amerykanie mają teraz "Człowieka z betonu".
Film
Opinie wybrane
-
2025-02-01 12:13
Ten film mógł by trwać dwie godziny gdyby miał dobrego montażystę (1)
W drugiej części są takie dłużyzny że nie da sie wysiedzieć to film dla ludzi którzy ulegają modom bo ktoś im wmówił że to arcydzieła a nie mają własnego zdania.
- 46 19
-
2025-02-05 10:29
hehe
Dobrze że twórcy władcy pierścieni myśleli w ten sposób i zrobili trylogię 2h filmów. A nie czekaj....:P
- 3 1
-
2025-02-01 19:57
To także film o tym, jak kapitalizm i "amerykański sen" pożerają swoje ofiary. (6)
Dlatego od 80 lat to najpoteżniesze państwo na świecie a dziesiątki milionów ludzi marzy aby tam zamieszkać?
Wielu wykształconych ludzi z europy wyjezdza tam aby zrobic tam kariere, bo w Europie nie mają na to szansy.- 14 4
-
2025-02-21 01:22
to film o potrzebie kolonizacji Palestyny przez Żydów
Agitka Mossadu, jawna i czytelna
- 1 1
-
2025-02-04 10:34
czasy się zmieniły - już raczej nikt się tam aż tak nie pcha
- 5 0
-
2025-02-02 01:43
mały memcenku
dorośniesz, lepiej zrozumiesz żyćko i inaczej będziesz śpiewał
- 2 3
-
2025-02-02 00:00
(2)
Wielu wykształconych ludzi przyjeżdżając do USA pracuje w sklepach. Taki to amerykański sen!
- 7 0
-
2025-02-02 04:20
(1)
Jesli przyjezdzasz nielegalnie to owszem. Legalnie - najwyzej przez kilka pierwszych miesiecy (zadna praca nie hanbi). Tu trzeba wierzyc we wlasne sily, ciezko pracowac i uparcie dazyc do celu.
- 1 1
-
2025-02-13 09:38
A gdzie nie trzeba wierzyc we wlasne sily, ciezko pracowac i uparcie dazyc do celu?
Czy w PL jest taryfa ulgowa?
- 2 0
-
2025-02-01 12:29
Byłem
wczoraj. Dobrze grają. Po przemyśleniu uważam jednak, że przerost formy nad treścią. Film byłby bardziej ok, gdyby był oparty na faktach, a to inspirowana fikcja. Czemu ten film taki długi, pojęcia nie mam. Tu nie nudziłem się (jak na "Biednych istotach", które spokojnie można było skrócić o godzinę).
- 24 4
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
