"The Brutalist": prawie 4-godzinny seans wart każdej minuty

Tomasz Zacharczuk
1 lutego 2025 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (50)
  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Tytuł filmu Brady'ego Corbeta nawiązuje do architektonicznego stylu, który charakteryzuje się masywnością budynków, ich surowym obliczem i ograniczoną do minimum dekoracyjnością. Opowieści o węgierskim emigrancie obsesyjnie podążającym za ideą "american dream" można przypisać wszystkie te cechy. "The Brutalist" to majestatyczna, a zarazem odarta z iluzji epopeja o autodestrukcyjnym perfekcjonizmie, o niezagojonych traumach i o poczuciu obcości, którego - niczym betonu - nie da się łatwo skruszyć. Arcydzieło? Niekoniecznie, bo nie jest to filmowy monument bez skaz. Niewątpliwie mamy jednak do czynienia z kinem, które trudno zamknąć w zwięzłych definicjach i którego nie można opisać prostymi słowami.



Amerykański sen pełen złudzeń


Mężczyzna kurczowo trzymający w ręce niewielką walizkę przeciska się w pośpiechu przez tłum ludzi na statku. Nie widzimy wyraźnie jego twarzy, bo podążająca za nim kamera również z trudem przebija się przez ten olbrzymi ścisk. Wyczuwalną w powietrzu nerwowość pasażerów wkrótce po zejściu na ląd wypiera już masowa euforia. Bolesna przeszłość jest w tym momencie daleko za nimi, w obolałej od wojennej zawieruchy Europie. Przed nimi Ameryka - kraj nowych możliwości i upragniona ziemia obiecana, nad którą góruje Statua Wolności.

Nowojorski symbol twórcy "The Brutalist" pokazują jednak w nietypowy sposób - "do góry nogami", na dodatek w rozedrganych i niestabilnych migawkach. Nie jest to jedynie operatorska fanaberia. Już w pierwszych scenach filmu Brady'ego Corbeta dostajemy jeden z wielu kluczy interpretacyjnych do jego opowieści. Odwrócona Statua to odwrócone "american dream" - coś, co dla tysięcy emigrantów miało oznaczać nowy początek, stało się tak naprawdę źródłem kolejnych rozczarowań i niepowodzeń. Chwiejną i wypaczoną iluzją.



Przekona się o tym wspomniany mężczyzna z walizką - László Toth (Adrien Brody) - węgierski architekt żydowskiego pochodzenia, który przybywa do USA dwa lata po zakończeniu II wojny światowej. Początkowo wydaje się, że los mu sprzyja. Dach nad głową i pracę znajduje u swojego kuzyna prowadzącego salon meblarski. Wkrótce obu mężczyznom trafia się intratne zlecenie. Syn jednego z lokalnych magnatów chce zrobić ojcu niespodziankę i wyremontować bibliotekę w jego imponującej posiadłości. Efekt starań László i Attili nie przypada jednak do gustu Harrisonowi van Burenowi (Guy Pearce). Rozwścieczony bogacz wyrzuca ich za drzwi, nie płacąc ani grosza. Attila o niepowodzenie obwinia kuzyna i zmusza go do wyprowadzki.

Przez kolejne lata László tuła się po noclegowniach dla bezdomnych i dorabia dorywczo na budowach. Do momentu, gdy van Buren odwiedza go z zaskakującą propozycją. Okazało się, że odrestaurowana biblioteka zrobiła furorę wśród pensylwańskiej śmietanki. Teraz Toth od podstaw ma wybudować niedaleko rezydencji swojego inwestora centrum sztuki i kultury dla lokalnej społeczności. Dzięki zleceniu główny bohater nie tylko będzie mógł w końcu stanąć na nogi w nowej ojczyźnie, ale też ściągnie nareszcie do siebie żonę Erzsébet (Felicity Jones), z którą od momentu przymusowej rozłąki w czasie wojny prowadzi jedynie listowną korespondencję. Projekt życia Totha okaże się jednak przekleństwem dla trojga wspomnianych postaci.

Węgierski emigrant przybywa do USA, by zacząć nowe życie. Po latach niepowodzeń nareszcie będzie miał szansę udowodnić swój talent, ale wymarzony projekt okaże się początkiem nieszczęść.

"The Brutalist" - projekt wymagający dla twórców, ale i dla widza



Nie tyle przekleństwem, ile pułapką mógł dla Brady'ego Corbeta okazać się jego najnowszy, szalenie ambitny i niezwykle wymagający projekt. Reżyser o nieugruntowanej jeszcze do końca pozycji w Hollywood wymyślił sobie 3,5-godzinny film nakręcony na używanej ponad pół wieku temu taśmie 70 mm. Film o strukturze operowej - z uwerturą, dwoma aktami przedzielonymi 15-minutowym antraktem oraz epilogiem. Film, w którym mnóstwo kwestii wypowiadanych jest w piekielnie trudnym do opanowania przez aktorów języku węgierskim. I w końcu film, który porusza tak wiele różnych kwestii, że wydawało się niemożliwe upchnięcie ich w nawet tak imponującym metrażu.

Pycha kroczy przed upadkiem. Ale nie w tym przypadku. Corbet jest w "The Brutalist" buńczuczny, bywa pretensjonalny, popada w samozachwyt ("hej, patrzcie, kręcę WIELKIE kino") i zdarza mu się być niecierpliwym, ale filmowy gmach, który wybudował nie tylko rękoma Adriena Brody'ego, nie grozi zawaleniem i jest odporny nawet na solidne tąpnięcia.

Nie brakuje ich szczególnie w drugim akcie, gdy Corbetowi w niektórych momentach wyraźnie się spieszy i gubi trochę dramaturgię wydarzeń. Rozczarowujące nieco pozostaje domknięcie wątków każdej z trojga głównych postaci, a sam epilog wydaje się zbędny, aczkolwiek to właśnie tam reżyser "The Brutalist" schował ostatni już klucz interpretacyjny, który na obsesyjne działania László pozwala spojrzeć z innej perspektywy.

Corbet nie ułatwił więc sobie zadania, ale wybronił się głównie konsekwencją, zbalansowaniem kontrastów (monumentalna forma kontra intymny portret bohaterów) i autorską wizją artystyczną. Nie ułatwił tym samym zadania także widzom. I nie chodzi już nawet o potężny metraż, który - o dziwo - w ogóle nie jest odczuwalny (choć kwadrans przerwy podczas seansu faktycznie pozwala nieco uporządkować nie tyle emocje, co myśli).

"The Brutalist": tak długi, że będzie przerwa w trakcie filmu

"The Brutalist" jest specyficznym kinowym doświadczeniem. Intelektualnym wyzwaniem. Filmem niełatwym w odbiorze, ale gwarantującym - przy odrobinie zaufania, cierpliwości i miłości do kina ze strony widzów - doznania i refleksje, które jeszcze długo będą nam towarzyszyć po seansie. Nie jest to propozycja dla każdego i nie każdy dostrzeże tu piękno. Trochę jak w brutalizmie, gdzie na pierwszy rzut oka widać szkaradne betonowe bryły pozbawione finezji i konceptu.

"The Brutalist" zachwyca aktorstwem, obrazem i muzyką. Scenariuszowo jest świetnie w pierwszym akcie, nieco gorzej w drugim, ale jest to na pewno jeden z najlepszych filmów ostatnich miesięcy.

Marmur pośrodku betonu



Poniekąd taką betonową bryłą, od której bije chłód i która wzbudza pewien rodzaj niepokoju czy dyskomfortu, jest właśnie "The Brutalist". I jest to absolutnie zamierzone działanie twórców, którzy - trochę jak László Toth - chowają we wnętrzu swojej budowli prawdziwą wartość. W budynku zaprojektowanym przez głównego bohatera tą wartością był włoski marmur, a takim scenariuszowym marmurem jest zgrabne połączenie kilku wątków, których wspólnym mianownikiem jest postać grana przez Brody'ego.

Na przykładzie tego węgierskiego emigranta i byłego więźnia obozów koncentracyjnych Corbet snuje ponurą opowieść o człowieku na tyle straumatyzowanym, że nie może on zaznać spokoju i równowagi zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Być może "The Brutalist" to jeden z najlepszych filmów o Holokauście spośród tych, które tego Holokaustu wprost na ekranie nie pokazują.

To także film o tym, jak kapitalizm i "amerykański sen" pożerają swoje ofiary. Van Buren, w interpretacji Corbeta, to wręcz diaboliczne uosobienie obłudy, wyzysku i małostkowości. "Brutalista" jest również opowieścią o artystycznej autodestrukcji, o wyniszczającej i niepohamowanej ambicji, o starciu wewnętrznego geniusza z wewnętrznym szaleńcem. Widać tu choćby - nie tylko poprzez formę narracji i estetykę obrazu - podobieństwo do "Aż poleje się krew". Bohatera tamtego filmu omamiła ropa, bohatera "The Brutalist" omamił beton. "Aż wyleje się beton" - to mógłby być sequel produkcji Paula Thomasa Andersona.

Trudno w takiej formie Adriena Brody'ego przebić się na ekran ze swoimi postaciami, ale Felicity Jones na pewno ta sztuka się udała. Znakomicie do tego duetu dostroił się również Guy Pearce.

Brody z drugim Oscarem? Jest jeszcze lepszy niż w "Pianiście"



I podobnie jak we wspomnianej produkcji zjawiskowy popis dał Daniel Day-Lewis, tak u Corbeta - po wielu latach matowienia w podrzędnych przedsięwzięciach - błyszczy pełnym blaskiem Adrien Brody. Można było mieć pewne obawy, czy László Toth w jego wydaniu nie będzie trochę kopią Władysława Szpilmana z "Pianisty".

Brody nie tylko jednak zadbał o to, by te porównania nie miały większego sensu, ale wskoczył na jeszcze wyższy poziom. W "The Brutalist" tworzy bowiem postać znacznie bardziej ambiwalentną w odbiorze, niejednoznaczną, trudną do rozszyfrowania, a zarazem trudną do polubienia. Kapitalnie pogodził dwa diametralnie różne oblicza swojej postaci - skrzywdzonego przez los i napiętnowanego (nawet w nowej ojczyźnie) "obcego" oraz antypatycznego narkomana i alkoholika pochłoniętego obsesją tworzenia. Musi być drugi Oscar. Nie widzę innego rozwiązania.



Na swoje statuetki niemałe szanse mają też rewelacyjny w niuansach Guy Pearce oraz znakomicie odgrywająca nie tylko fizyczny, ale i psychiczny ból Erzsébet Felicity Jones. Konfrontacja obu tych postaci w końcowej części filmu jest jedną z najbardziej magnetycznych scen w "The Brutalist". A scen zapadających w pamięć jest tu akurat całe mnóstwo, o co zadbał również nominowany do nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej operator Lol Crawley, który fantastycznie u Corbeta przede wszystkim wykorzystuje światło oraz przestrzenie. Epickości obrazowi dodaje też niesamowita muzyka Daniela Blumberga podbijająca monumentalizm - nie tylko ten wizualny, ale również narracyjny.

Czy "The Brutalist" będzie filmem tego roku? Na początku lutego chyba za wcześnie na tak śmiałą tezę. Czy dzieło Corbeta zgarnie najważniejszego Oscara? O przytaknięcie w tym przypadku można już pokusić się z większą pewnością. Czy warto wysiedzieć podczas seansu 4 godziny? Zdecydowanie tak, bo właśnie takie filmy nadbudowują historię kinematografii. My mieliśmy "Człowieka z marmuru", a potem "Człowieka z żelaza". Amerykanie mają teraz "Człowieka z betonu".

8/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

6.2
37 ocen

The Brutalist | Brutalista (9 opinii)

(9 opinii)
dramat

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (50)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

Delicatessen reż. Jean-Pierre Jeunet, Marc Caro | Kino Kameralne Cafe

25 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe

Przegląd Akiry Kurosawy 9.02 3.03

17 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe, przegląd