Recenzja filmu "Twisters". Widowiskowe kino katastroficzne
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Tornado, najogólniej mówiąc, powstaje na skutek zderzenia zimnych i ciepłych mas powietrza. W filmie o śmiałkach namierzających niebezpieczne pogodowe anomalie również dochodzi do zderzenia skrajnie różnych czynników: ciekawych postaci z nieciekawą fabułą, oszałamiających efektów z brakiem dostatecznej dramaturgii, znośnego humoru z nieznośnym amerykańskim patosem. Z tego wszystkiego w "Twisters" formuje się wir, który nie porwie nas zbyt wysoko, a leciutko uniesie w górę, po czym bezpiecznie odstawi na ziemię. To letni blockbuster podany w letniej temperaturze.
KINO A może kino? Sprawdź aktualny repertuar
Pierwszym skojarzeniem na myśl o łowcach tornad - przynajmniej dla miłośników filmu - będzie oczywiście "Twister" z 1996 r. z Helen Hunt i Billem Paxtonem w obsadzie. Widowisko z imponującymi, jak na tamte czasy, efektami specjalnymi ściągało do kin prawdziwe tłumy, a niewiele mniejsze kolejki chętnych na seans, ale już w domowych warunkach, ustawiały się potem w wypożyczalniach kaset wideo. Dziś produkcja Jana De Bonta wciąż ma wartość sentymentalną dla pokolenia wychowującego się w latach 90. Wizualnie jest jeszcze nawet w stanie się obronić, choć fabularnie już niekoniecznie.
Nie sequel i nie remake. Po prostu nowe otwarcie
Filmowa technologia, w porównaniu do tej sprzed trzech dekad, mocno poszła do przodu. Wiedza o pogodowych zjawiskach również jest bogatsza. Mając to na uwadze, aż prosiło się o stworzenie czegoś nowego z wirującymi cyklonami w tle. No i się doczekaliśmy. "Twisters" nie jest jednak ani sequelem, ani remakiem produkcji z 1996 r. Lee Isaac Chung, dla którego jest to pierwsza (i na pewno nie ostatnia) wysokobudżetowa produkcja z hollywoodzkim stemplem, zapożyczył co prawda z "Twistera" kilka elementów, ale zdecydował się na kompletną wymianę silnika fabularnego i na zupełnie nowe postaci.
Kate (Daisy Edgar-Jones) i Javi (Anthony Ramos) to dwoje przyjaciół, którzy kilka lat po traumatycznych dla nich wydarzeniach w Oklahomie ponownie ruszają w pościg za tornadami. Dysponując nowoczesnym sprzętem, chcą zeskanować w "trójwymiarze" wirujące masy powietrza i uzyskać w ten sposób dane, które pomogą w przewidywaniu kataklizmów i zapobieganiu katastrofom. "Aleja tornad", która dla naukowców jest poligonem doświadczalnym, ściąga też amatorów uganiających się za pogodowymi anomaliami. Jednym z nich jest charyzmatyczny i przebojowy Tyler Owens (Glen Powell).
W najbardziej narażonym na niszczycielską siłę żywiołów rejonie USA dochodzi do starcia nie tylko człowieka z naturą, ale także do rywalizacji dwóch zupełnie różnych ekip. Zespół błyskotliwej i opanowanej Kate posiada zaplecze finansowe i technologiczne. Drużynę Tylera napędza przede wszystkim adrenalina i sława, bo wszystkie swoje wyczyny łowcy tornad transmitują na żywo na YouTube. Popularność ich filmików nie dziwi, bo któż inny odważyłby się wjeżdżać w oko cyklonu i odpalać w nim fajerwerki.
Widowisko, które porywa. Choć tylko wizualnie
Wizualnych fajerwerków nie brakuje za to w filmie Chunga. Już w scenie otwarcia, towarzysząc grupce młodych entuzjastów burz, przekonujemy się o destrukcyjnej potędze tornada. I to tego o największej sile, bo z "maksem" w pięciostopniowej skali Fujita. Potem twórcy "Twisters" wcale nie zamierzają ściągać nogi z gazu. Pogodowy żywioł pokazują z różnych perspektyw, w tym z samego wnętrza tornada, co robi oczywiście największe wrażenie. Nie ma tu fruwających krów czy zassanych z ziemi ciągników lub ciężarówek. W "Twisters" szczególny nacisk położono na realizm portretowanych zjawisk, co wcale nie oznacza, że jest mniej widowiskowo niż w "Twisterze".
W nieustającej pogoni za zjawiskami atmosferycznymi gubi się nieco dramaturgia pokazywanych wydarzeń. Owszem, w scenie, w której tornado nawiedza pokazy rodeo, a także w finałowej sekwencji obrony pewnego miasteczka przed żywiołem, czuć stawkę, którą jest przecież ludzkie życie. To jednak tylko epizodyczne momenty, w których gra faktycznie toczy się o coś.
Zazwyczaj poczynania głównych bohaterów obserwujemy bez nadmiernej troski o nich i obawy o to, czy ujdą cało ze starcia z siłami natury. Tego emocjonalnego kopniaka, którego Chung zaserwował nam w pierwszych minutach filmu, wyraźnie później brakuje. A powinno być raczej odwrotnie.
Bardziej amerykańsko już być nie mogło
Niedobór dramaturgii wynika również z tego, że twórcy "Twisters", goniąc za tornadami, szukają jedynie pretekstu, by przetransportować bohaterów z punktu A do B. A to z upływem czasu zaczyna być nudnawe i wtórne. Zwłaszcza że - tak jak wspomniałem - podczas tego "tour de tornado" brakuje po prostu emocji. Nie dostarczy ich na pewno fabuła, bo nie tylko jest ona pretekstowa, ale często chaotycznie poprowadzona, pozszywana z kilku luźnych, a przez to niezbyt spójnych pomysłów oraz nielogiczna. Nawet mimo to, że często w aktorskie kwestie scenarzyści wtrącają naukowe wywody o meteorologii. Ma to zapewne wzmocnić poczucie realizmu u widzów, ale mam wrażenie, że działa wręcz odwrotnie i sprawia wrażenie zwyczajnego bełkotu.
Takim obrazkowym bełkotem są z kolei wszystkie "amerykanizmy", które zazwyczaj towarzyszą filmom katastroficznym. Powiewająca na wietrze flaga, patetyczne kwestie wypowiadane w obliczu zagrożenia, "uheroicznianie" postaci, a jeszcze w tle przaśne country oraz macho Tyler w kowbojskim kapeluszu - chciałoby się, aby wszystkie te elementy wessało tornado i "wypluło" już w zupełnie innym filmie.
To, co z kolei twórcom nad wyraz się udało, to zarysowanie relacji dwojga głównych postaci. Przy czym Lee Isaac Chung uniknął tu błędu swego poprzednika, który z "Twistera" w pewnym momencie zrobił pokraczne love story z tornadami w tle. Pomiędzy Tylerem a Kate od początku coś iskrzy, ale reżyser nie ma zamiaru niczego na siłę przyspieszać i szukać na oślep miłosnego happy endu. Ta cierpliwość popłaca, bo w natłoku wszystkich wątków ten poświęcony skromnej pani naukowiec i pewnemu siebie kowbojowi, który kiedyś na lasso łapał byki, a teraz ujeżdża wichury, wzbudza nasze największe zainteresowanie. No może poza tornadami.
Power-Powell i zwiewna Daisy, czyli duet, który porywa
Niebywała w tym zasługa dwójki głównych aktorów. Przede wszystkim Glena Powella, który w rolach charyzmatycznych, przebojowych i trochę zadufanych w sobie twardzieli z gołębim sercem po prostu bryluje. Występem w "Twisters" Powell kolejny raz zgłasza mocny akces do hollywoodzkiego topu. Jego Tyler wie, kiedy docisnąć pedał gazu, zaryzykować, pójść na maksa, nie zapominając jednocześnie o nienagannej prezencji i brylantowym uśmiechu. Jednak, gdy trochę odpuszcza, bardziej się uzewnętrznia i więcej słucha, niż mówi, staje się jeszcze ciekawszą postacią. Bez wątpienia to on jest motorem napędowym filmu Chunga i jego niepodważalną gwiazdą.
Powellowi na każdym kroku stara się dorównać Daisy Edgar-Jones, która już w "Gdzie śpiewają raki" ujmowała swoją aktorską zwiewnością i potrafiła zaczarować obiektyw kamery. Podobnie czyni to w "Twisters". Mając u boku tak eksplozywnego partnera można dostać odłamkiem. Edgar-Jones skutecznie jednak potrafi ujarzmić wulkan energii, jakim jest Powell, tworząc z nim - mam wrażenie - jeden z najbardziej zgranych duetów, jakie przyszło i przyjdzie nam jeszcze oglądać w tym roku w kinach. Nic dziwnego, że na tle tej pary blednieje i tak solidny Anthony Ramos. Świetny epizod zalicza z kolei Maura Tierney w roli matki Kate.
W jednej z kulminacyjnych scen mieszkańcy miasteczka, w które uderza tornado, chronią się w sali kinowej i kurczowo trzymają się swoich foteli, by nie odfrunąć w nicość. Nie obiecuję, że "Twisters" sprawi, że podczas seansu też złapiemy się mocniej oparcia. RCB raczej nie będzie wysyłać alertów. Porywy umiarkowane i z jednego kierunku. A ten z kolei wydaje się całkiem nieźle obrany przez twórców, dlatego - mimo wielu niedoskonałości tej części - z chęcią poczekam na kontynuację, którą zresztą delikatnie nam zasugerowano przed końcowymi napisami. Mam wrażenie, że "Twisters" to wstęp do czegoś jeszcze lepszego. Oby tylko ta prognoza się sprawdziła.
Film
Opinie wybrane
-
2024-07-20 15:00
W wakacje oglądamy filmy dla przyjemności
ale przez resztę roku łoimy Bergmana, Haneke i kino irańskie ;)
- 10 1
-
2024-07-26 14:52
(1)
A mi się podobał. Charyzmatyczni bohaterowie i mocno czuć Spielberga, takiego z lat 90.
- 2 2
-
2024-07-26 18:48
to ironia jest ?
- 0 0
-
2024-07-20 16:17
Poczekam az bedzie na vod (2)
Szkoda kasy , u siebie w salonie browara mogę w trakcie seansu wypić i zajarać
- 7 3
-
2024-07-31 20:24
...i do kibelka na spokojnie, że połowa filmu nie ucieknie też
- 0 0
-
2024-07-26 14:48
Jeśli jakiś film obejrzeć w kinie to właśnie ten. Nie żałuję ani trochę, to prawdziwy letni blockbuster wnikający w fotel tornadami.
- 0 1
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
