Recenzja filmu "Vinci 2". Nieudana kopia pierwowzoru
Gdy w pierwszym "Vincim" wykradziona przez "Cumę" i "Szerszenia" "Dama z łasiczką" krążyła z rąk do rąk, można było w pewnym momencie nie połapać się, co jest oryginałem, a co jedynie falsyfikatem słynnego obrazu. Nie trzeba natomiast specjalnie znać się na sztuce (tej filmowej), aby z łatwością rozpoznać, że "Vinci 2" jest jedynie kopią pierwowzoru. Kopią, niestety, niezbyt udaną, bo o ile Machulskiego w Machulskim nigdy nie jest za wiele, o tyle starego "Vinciego" w nowym jest zwyczajnie za dużo. Trudno nakręcić dobrą współczesną komedię, bazując na samych sentymentach.
Churciława i Beckenbauer. Teoretycznie te dwa nazwiska powinni kojarzyć wyłącznie zagorzali sympatycy futbolu, którzy nie tylko lubią oglądać "kopaną", ale mogą również pochwalić się ekspercką wiedzą na temat historii tej dyscypliny. Bardzo prawdopodobne, że istnieje jednak sporo osób, które choć piłki nożnej na co dzień nie śledzą, to nawet obudzone w środku nocy potrafiłyby wymienić nazwiska kapitanów obu drużyn, które w 1972 roku zagrały o złoto Mistrzostw Europy. Churciławę i Beckenbauera, bo o nich właśnie mowa, do głów skutecznie bowiem ponad 20 lat temu wbił nam Juliusz Machulski.
Króciutka wymiana nie tyle nawet zdań, co słów pomiędzy "Cumą" a "Werbusem" - gdzie "Churciława!" było hasłem, a "Beckenbauer!" odzewem - to tylko jeden z wielu przykładów ekranowych powiedzonek, które po seansie "Vinciego" zapadały w pamięć i bawiły tak samo, mimo upływu lat. Popularność nakręconej w 2004 roku komedii nie wynikała jednak tylko z pomysłowego i błyskotliwego podejścia twórców filmu do dialogów i zaproponowanego przez nich poczucia humoru.
Dużą wartością "Vinciego" był świetny scenariusz, który nie tylko pozwolił umiejętnie dobranej obsadzie wykazać się w odgrywaniu budzących sympatię postaci, lecz także sprawnie łączył elementy komedii sensacyjnej i tzw. "heist movies", czyli produkcji, w których (najczęściej) paczka mniej lub bardziej znanych sobie osób knuła misterny plan polegający na tym, być coś komuś ukraść. Dostaliśmy po prostu opowieść, która nie tylko nas bawiła, ale potrafiła również - za sprawą głównej intrygi - wciągnąć. Na dodatek była to produkcja, która także w warstwie realizacyjnej mogła, jak na tamte czasy, imponować.
Jasne, daleko "Vinciemu" do "kultowości", jaką przypisaliśmy innym dziełom Machulskiego na czele z "Seksmisją", "Vabankiem" czy "Kilerem", lecz wciąż jest to ścisły top rodzimych komedii w XXI wieku. Tak się niefortunnie złożyło, że był to jednocześnie ostatni przejaw mistrzowskiej formy prawdziwego mistrza w rozbawianiu Polaków. W tym, co w późniejszym czasie nakręcił Juliusz Machulski, trudno bowiem doszukać się zbyt wielu walorów. Po wyraźnym obniżeniu lotów słynny reżyser w swojej najnowszej produkcji wzlatuje na nieco wyższy pułap, ale do maksymalnych osiągów sporo brakuje. Jeszcze więcej "Vinciemu 2" natomiast brakuje do oryginalnego "Vinciego", co samo w sobie jest niezłym paradoksem, biorąc pod uwagę fakt, że twórcy "dwójki" robią wszystko, aby upodobnić ją do "jedynki".
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Nowy "Vinci" w starych ramach
Dwadzieścia lat po wydarzeniach w pierwszym filmie "Cuma" (Robert Więckiewicz) jest dziś zamożnym i statecznym człowiekiem, który u boku swojej żony Carmen wiedzie spokojne życie w hiszpańskiej Andaluzji. Codzienną rutynę przerywa pojawienie się "Chudego" (Mirosław Haniszewski) - tego samego, który kiedyś "biegał po fajki" dla "Grubego", a dziś pociąga za przestępcze sznurki w Krakowie. Niespodziewany gość próbuje namówić "Cumę" na intratny skok - w mieście jest co prawda nowa, zdolna ekipa "młodych wilków", ale potrzeba im mentora i doświadczonego speca w złodziejskim fachu. Główny bohater początkowo odmawia, ale niedobory adrenaliny i tęsknota za dawnym życiem biorą górę. "Cuma" odwiedza "stare śmieci", a przy okazji starych znajomych.
Drugą część "Vinciego" dotyka to, co jest przypadłością wielu kręconych po latach przerwy kontynuacji - lwią część fabuły "pożera" przypominanie dawnych zdarzeń, postaci, kontekstów i detali. Przez pierwszą godzinę seansu nie dzieje się praktycznie nic, a snujący się po Krakowie "Cuma" głównie odgrywa rolę przewodnika. Tu zajrzy do "Szerszenia" (Borys Szyc), któremu całkowicie rozsypało się życie zawodowe i prywatne, tam wymieni uprzejmości z Magdą (Kamilla Baar), która po rozstaniu z mężem samotnie wychowuje syna, a gdzie indziej jeszcze wypije "głębszego" na urodzinach "Werbusa" (Jacek Król) i pozna jego dorosłe już dzieci. Ambitne plany dotyczące wielkiego skoku gdzieś tam kłębią się w głowie "Cumy", ale do ich realizacji nikomu się zbytnio nie spieszy.
Nie da się ukryć, że "Vinci 2" to przede wszystkim film posklejany z sentymentów i nostalgii. To właśnie ten "wspominkowy" ton najbardziej przeszkadza w pierwszej połowie filmu, ale jego echa wybrzmiewają właściwie aż do końcowych napisów. Oczywiście po tak długiej przerwie nie sposób przemilczeć niektórych wątków z "jedynki" i pobawić się odniesieniami do oryginału, ale szkoda, że to wszystko niemal całkowicie przysłania pomysł na kontynuację. A właściwie brak pomysłu, gdyż jedyną koncepcją jest tu właściwie tylko kopiowanie już nawet nie tyle schematów, ale nawet pojedynczych scen z pierwszego "Vinciego". Owszem, czasami to przyjemna i zabawna podróż do przeszłości, lecz obu scenarzystom - Machulskiemu i Więckiewiczowi - zabrakło silniejszego osadzenia nowej historii w tym, co jest tu i teraz.
Przeciętny "heist movie", nieco lepsza komedia
Po zbyt długiej, nużącej i monotonnej ekspozycji oraz mozolnym porządkowaniu fabuły, w drugiej połowie filmu nareszcie widać jakieś postępy w fabule i ewolucji poszczególnych postaci. Są momenty, w których - jak to wielokrotnie już bywało w kryminalnych komediach Machulskiego - wszystko sprawnie i stopniowo się zazębia. Aż do kulminacyjnego fragmentu nowego "Vinciego".
Jak to już bywa w sequelach, wszystkiego musi być więcej. Więc i tym razem nie chodzi już o jeden, a dwa zuchwałe napady. Niestety żaden z nich nie imponuje ani rozmachem, ani kreatywnością. To już nie jest tak misternie utkana i kompletna intryga, jak to miało miejsce w "jedynce". Prostota niektórych rozwiązań, a przy okazji ich nielogiczność, a wręcz przypadkowość rażą dość mocno, sprawiając, że jeszcze bardziej możemy docenić geniusz "Cumy" i zapobiegliwość "Szerszenia" sprzed 20 lat.
"Vinci 2" jako wspomniany "heist movie" jest więc koniec końców rozczarowujący, a w pewnym momencie staje się dość oczywisty i przewidywalny. Tym razem nikt nikogo nie zaskakuje, a nawet jeśli już podejmuje takie próby, to są one wyjątkowo nieudolne. A jak nowa produkcja Juliusza Machulskiego radzi sobie na gruncie komedii? Nieco lepiej. Ogrom dowcipów to wciąż pogłos żartów znanych z "jedynki", ale parę razy scenarzyści faktycznie wykazują się odpowiednim wyczuciem, inteligentnym humorem i zabawą słowami. Nie brakuje też zabawnych, drobnych aktorskich epizodów (m.in. pojawia się gościnnie artysta nierozerwalnie związany z Krakowem).
Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że większość gagów oparta jest na dosadnym języku i siarrrrczystych (akcent na "r" nieprzypadkowy) przekleństwach. Daleko mi do językowego purysty i tego, który całkowicie neguje "rzucanie mięsem" na ekranie, jednak to, co powinno w niektórych scenach uzupełniać słowny humor, tak naprawdę jest tym słownym humorem. W przypadku początkujących twórców można jeszcze na to przymknąć oko, ale jeśli mówimy o kimś, kto od zawsze miał świetne ucho do dialogów i potrafił fantastycznie bawić się naszym językiem, to bywa to rozczarowujące i na dłuższą metę nużące.
Więckiewicz w formie, Dorociński i Simlat robią show
Komedia jest na tyle obszernym gatunkiem filmowym, że pozwala korzystać filmowcom z wielu sposobów na rozśmieszanie i zabawianie widza. Czy to humorem sytuacyjnym, czy słownym, czy w końcu humorem samych postaci. W tym ostatnim przypadku dużo zależy nie tylko od scenarzystów, ale też od aktorów. A na takich - z niezaprzeczalnie dużym potencjałem komediowym - miał szczęście trafić Juliusz Machulski. Mowa o Marcinie Dorocińskim (na którego pojawienie się w filmie trzeba się solidnie naczekać) i Łukaszu Simlacie, którzy absolutnie robią show w nowym "Vincim". Aż chciałoby się, aby obaj pojawiali się na ekranie częściej. Zwłaszcza w takich scenach, jak ta w gabinecie komendanta, gdy znani z "jedynki" stróże prawa po latach ponownie się spotykają. Ta scena to czyste złoto i jeden z najzabawniejszych momentów filmu.
Niektórych aktorów i ich wkładu w pierwszą część "Vinciego" nie dało się zastąpić, co wydaje się dość oczywiste. Na szczęście nikt nie wpadł na pomysł na zastępstwo Jana Machulskiego, ale już z kolei próbowano znaleźć alternatywę dla "Grubego", czyli Mieczysława Grąbki. Tyle że "Chudy" Haniszewskiego to zupełnie nie ten kaliber. A w dodatku żadna z niego "szycha", a zwyczajna "popierdółka". Niewiele dobrego można też powiedzieć o pozostałych "debiutantach". Zarówno podwładni "Chudego" (w tych rolach Jędrzej Hycnar i gdańszczanin Piotr Witkowski), jak i dzieci "Werbusa" (grani przez Jana Sałasińskiego i Zofię Jastrzębską) mają po prostu konkretne zadania do wypełnienia dla postępu fabuły i tyle. Ich obecność w poszczególnych scenach nie razi, ale też nikt nie wypatruje kolejnych sekwencji z ich udziałem. Są, bo są - po prostu.
Zadziwiające jest to, że podobnymi słowami można spuentować występy Borysa Szyca i Kamilli Baar. "Szerszeń" i Magda nie mają bowiem zbyt dużego wpływu na ekranowe wydarzenia, a ich wspólny wątek aż ugina się od uproszczeń i niedopowiedzeń. Brak tych postaci nawet nie byłby odczuwalny dla samej fabuły (dla widza i miłośnika "jedynki" już na pewno tak). W takich okolicznościach niemal cała odpowiedzialność spadła na barki Roberta Więckiewicza. A że jest to aktor obdarzony naturalną elegancją i ekranową charyzmą, to - operując sporym luzem - podołał temu zadaniu z dużą łatwością. Gdyby nie świetna forma Więckiewicza, to "Vinci 2" prezentowałby się jeszcze gorzej.
"Vinci 2" to tylko kopia, oryginał nadal w cenie
Moda na odmrażanie popularnych tytułów sprzed lat już jakiś czas temu dotarła z Hollywood nad Wisłę. W naszym języku na tego typu zabiegi mamy swoje własne, przaśne określenie - odgrzewane kotlety. I trudno oprzeć się wrażeniu, że takowe zaserwował nam właśnie Machulski. Nawet jeśli zarówno on, jak i reszta ekipy kierowali się szczerą i autentyczną chęcią powrotu do tego, co było przed 20 laty, to jednak należało to zrobić z większą dozą świeżości i przede wszystkim z pomysłem, który uzasadniłby nam wszystkim potrzebę nakręcenia kontynuacji. A takiej przewodniej myśli w nowym "Vincim" nie widać.
To wciąż kilka półek wyżej od dokrętek "Kogla-mogla" czy choćby drugiego "Fuksa", nie mówiąc już o nieszczęsnej "Volcie". I tak jak zapewne sam da Vinci miałby problemy z namalowaniem identycznej "Damy z łasiczką", tak również Machulski miał spory problem z nakręceniem równie udanej komedii opartej na tym podobnym patencie. Ramy niby te same, kompozycja też, kolory na płótnie niby się zgadzają, ale detale wydają się mocno rozmazane i namalowane mocno niepewną ręką. Seans "Vinciego 2" nie będzie raczej stratą czasu, choć równie dobrze można go wykorzystać na kolejne zapętlenie oryginału. Ten zawsze jest w cenie.
Film
Opinie wybrane
-
2025-07-26 07:42
(4)
No niestety,ale większość rimejków czy kolejnych części to zwyczajna klapa. Na palcach jednej ręki można policzyć naprawdę dobre kolejne filmy. Widziałem urywek i to mi wystarczyło skojarzyć go z kolejnymi Koglami Moglami. Szkoda. Wieckiewicza bardzo lubię. Jednak reżyserzy po nakręceniu muszą obejrzeć i zdać sobie sprawę,że to wszystko zostało zrobione tylko dla pieniędzy. Tak się nie da.
- 36 11
-
2025-07-27 09:16
Jest wiele udanych ,Ale racja na podstawie recenzji pochlebnej Supermana wiedziałem ze to dno totalne
Gdy go obejrzałam to sie idealnie potwierdziło, ten nie wiem jaki jest bo nie widziałem .
- 0 2
-
2025-07-26 10:35
będzie na netfliksie to sie obejrzy
- 2 2
-
2025-07-26 08:44
(1)
Na podstawie urywka recenzujesz cały film, a redakcji na tyle się to podoba, by wyróżnić opinię. Fajnie.
- 10 5
-
2025-07-26 12:33
Tak. Wystarczy urywek by zobaczyć,że to już nie ten klimat. Nie ta naturalność.
- 8 4
-
2025-07-26 07:46
Kompletnie zmarnowany potencjał (2)
Byłem wczoraj i słaby to film, bardzo wolny, przez 90% filmu nie ma akcji, w zasadzie cały czas pokazywne są nawiązania do pierwszego filmu, główny wątek pokazany przez 10-15 ostatnich minut, i na koniec oczywiście standardowy zabieg - retrospekcja pokazująca jaki był prawdziwy przebieg akcji. Na plus, że udało się zaangażować większość aktorów z pierwszej części, ale ogólnie to dla mnie to kompletnie zmarnowany potencjał...A szkoda.
- 24 11
-
2025-07-26 23:58
A dialogi są chociaż wyraźne, czy bez napisów się nie obejdzie?
- 4 2
-
2025-07-26 07:48
Zapomniałem - kapitalna rola Dorocińskiego!
Naprawdę fajną postać stworzył. No i bezbłędny jak zawsze Simlat.
- 10 0
-
2025-07-26 18:58
(1)
Nie wiem, filmu jeszcze nie widziałem natomiast jak widzę kto pisze recenzję to tym bardziej chciałbym go zobaczyć. Może i tym razem nie zrozumiał Pan stylu i przekazu ?
- 12 10
-
2025-08-09 12:08
Otóż to
Bo film jest naprawdę dobry. Polecam
- 1 0
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
