Recenzja filmu "Wicked". Spektakularna wydmuszka
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Wicked - zwiastun
Jeśli czytaliście powieść L. Franka Bauma lub oglądaliście którąkolwiek z jej licznych ekranizacji, zapewne pamiętacie, że legenda Czarnoksiężnika z Oz opierała się na zgrabnej i przemyślanej mistyfikacji. Z bardzo podobną iluzją mamy do czynienia także w "Wicked", bo pod oszałamiającym wizualnie i porywającym muzycznie widowiskiem kryje się tak naprawdę błaha, przydługa i nużąca opowiastka rodem z musicali dla nastolatków. Dlatego, aby dobrze bawić się na filmie z Arianą Grande i Cynthią Erivo, warto przed seansem założyć zielone (tak, nie różowe) okulary i nie zdejmować ich przed końcowymi napisami. I koniecznie trzeba pamiętać o tym, by wybrać wersję bez dubbingu.
"A co by było, gdyby..." - pomyślał, czytając "Czarnoksiężnika z Krainy Oz", Gregory Maguire. To właśnie ten amerykański pisarz w 1995 r. napisał powieść, która na wydarzenia z udziałem Dorotki, Blaszanego Drwala, Stracha na Wróble i Tchórzliwego Lwa (oraz na wszystko, co miało miejsce wcześniej) pozwoliła nam spojrzeć z perspektywy Elfaby, czyli nikczemnej Złej Czarownicy z Zachodu z książki L. Franka Bauma.
Kilka lat później Winnie Holzman i Stephen Schwartz zaadaptowali "Wicked" na potrzeby broadwayowskiego musicalu, rezygnując przy tym z języka i treści dla dorosłych odbiorców, które cechowały oryginalny tekst Maguire'a.
Dokładnie tym samym tropem podążył reżyser filmowego "Wicked", Jon M. Chu, który do prac nad scenariuszem zaprosił zresztą zarówno Holzman, jak i Schwarza. A szkoda, gdyż wierność wobec literackiego pierwowzoru mogłaby zaowocować znacznie ciekawszą i mniej sztampową fabułą. Gdyby bowiem z widowiska z udziałem Grande i Erivo odsączyć przekoloryzowaną scenografię, choreograficzne wygibasy i wokalne popisy, to na dnie osadziłaby się miałka historyjka o przyjaźni i przeznaczeniu, której brakuje głębi i odpowiedniej dynamiki.
Tylko czy trzeba aż tak wnikliwie spoglądać na film, którego aspiracje nie sięgają poza ramy stricte rozrywkowego kina? Takiego pytania nawet nie powinni zadawać sobie zagorzali miłośnicy musicali. W przypadku tej grupy widzów raczej nie ma się nad czym zastanawiać: "Wicked" ich zachwyci, oczaruje i na długi czas naładuje pozytywną energią.
Jeżeli jednak za śpiewanymi i tanecznymi partiami w filmach nie przepadamy, cóż, ten tytuł lodów raczej nie przełamie, a bez podwójnej kawy dotrwanie do końcowych napisów może okazać się misją jeszcze trudniejszą od tej, której musiała podołać Dorotka wraz ze swoimi towarzyszami.
Pstrokata i odrealniona wariacja "High School Musical"
Akcja "Wicked" ma miejsce jeszcze przed pojawieniem się w magicznej krainie dziewczynki z Kansas. Nie ma więc Dorotki, nie ma również Złej Czarownicy z Zachodu. Jest za to Elfaba (Cynthia Erivo) - mądra, empatyczna i nad wyraz dojrzała jak na swój wiek córka Manczkińskiego Gubernatora, która od urodzenia narażona jest na ciągłe prześladowania i odrzucenie. Wszystko z powodu jej nietypowego, bo zielonego koloru skóry. Nie jest to jednak jedyna cecha wyróżniająca Elfabę spośród mieszkańców Krainy Oz. Dziewczyna przejawia bowiem wrodzony talent do magii. Gdy pewnego dnia pojawia się na Uniwersytecie Shiz, asystując swojej niepełnosprawnej siostrze, wyjątkowe umiejętności Elfaby dostrzega Madame Morrible (Michelle Yeoh).
Wybitna czarodziejka bierze zielonoskórą uczennicę pod swoje skrzydła i umieszcza ją w jednym pokoju z Galindą (Ariana Grande) - uniwersytecką celebrytką. Rozpuszczoną przez bogatych rodziców pannicą, która przejawia chorobliwą wręcz obsesję na punkcie różowego koloru i wyszukanych strojów. Konfrontacja tak odmiennych osobowości skutkuje oczywiście natychmiastowymi tarciami i nieporozumieniami, ale z upływem czasu pomiędzy Galindą (która później zmienia imię na Glinda) a Elfabą zawiązuje się coś na kształt przyjaźni. Ich coraz bardziej zażyłe relacje zostaną jednak wystawione na próbę wraz z pojawieniem się na uniwersytecie przystojnego księcia Fiyero (Jonathan Bailey).
Trudno oprzeć się wrażeniu, że przez bite dwie godziny "Wicked" przypomina pstrokatą i odrealnioną wariację "High School Musical". Ekranowa młodzież bawi się, tańczy i śpiewa. Jedni się zakochują, drudzy odkochują. Za dnia studiują, wieczorami wykradają się ze swoich pokoi na imprezy. Miłość, przyjaźń, pęd za byciem popularnym i docenionym, zazdrość, niepewność, strach przed wykluczeniem - mamy tu wszystkie odcienie typowego "teen-drama".
Gdzieś tam na dalszym planie ledwie tli się coraz mroczniejsza intryga skupiona na niepokojących wydarzeniach w Krainie Oz, ale nikt poza Elfabą nie zwraca większej uwagi na rosnącą powagę sytuacji. Dopiero w ostatnim półgodzinnym fragmencie filmu, w którym główne bohaterki wyruszają do Szmaragdowego Miasta i stają przed obliczem potężnego Oza (Jeff Goldblum), coś zaczyna się dziać. Tyle że chwilę później widać już... napisy końcowe.
"Wicked" wygląda oszałamiająco i... kiczowato
To urwane zakończenie wynika oczywiście z faktu, że broadwayowski spektakl w oryginale został podzielony na dwa akty. Ten filmowy również trzyma się podobnego schematu, bowiem w przyszłym roku na ekrany wejdzie kontynuacja "Wicked".
Można więc to powolne tempo akcji, ślamazarnie pełzającą fabułę i wkradającą się zewsząd nudę usprawiedliwić nieco tym, że Jon M. Chu musiał po prostu wylać fundamenty pod dalszą opowieść i wprowadzić na scenę wszystkich bohaterów. I gdyby tylko pod tym kątem oceniać pracę reżysera, to trzeba przyznać, że Chu wywiązał się ze swoich zadań. Dzięki temu natomiast, że już w początkowych scenach pokazał nam Glindę ogłaszającą mieszkańcom Krainy Oz wieść o zgładzeniu Złej Czarownicy, podsycił tym naszą ciekawość. Co takiego się stało, że dobroduszna Elfaba stała się wrogiem ludu? Jak doszło do tego, że dwie przyjaciółki stanęły po obu stronach barykady? Dywagacje na ten temat na pewno ułatwiają dotrwanie do ostatnich scen filmu.
Tym, co również, a może przede wszystkim napędza frajdę z seansu, jest możliwość zanurzenia się w bajkowy świat podsycony mnóstwem kolorów. Aczkolwiek z oceną warstwy wizualnej i efektów specjalnych w "Wicked" przyznam, że mam niemały problem.
Są w filmie Chu sceny, w których ekranowa magia wydaje się wręcz namacalna i dosłownie rozlewa się po kinowej sali. Trudno jednak w wielu fragmentach pozbyć się wrażenia, że wykreowany za niemałe przecież pieniądze filmowy świat jest faktycznie tylko planem zdjęciowym i że za chwilę ktoś w tej kiczowatej i prowizorycznej scenografii zrobi łokciem dziurę lub przebije się nogą przez tekturową ścianę.
Bardzo mało jest także eksplorowania samej krainy, bo zdecydowana większość akcji ma miejsce w zamkniętych murach uniwersytetu, a na dodatek w tych samych jego przestrzeniach.
Porywający musical, ale tylko w oryginale
W przypadku musicalu, zwłaszcza tak widowiskowego, to nie fabuła czy kwestie techniczne odgrywają kluczową rolę. Najważniejsza ma być przecież warstwa muzyczno-choreograficzna. I ta na pewno nie zawodzi. Jest jednak zasadnicze ALE.
Wybrałem się do kina na wersję z dubbingiem i z perspektywy czasu żałuję tej decyzji. Polscy aktorzy bez zarzutu podkładają swoje głosy. Również w piosenkach, aczkolwiek dość dziwnie słucha się Elfaby i Glindy, które śpiewają już głosami innymi od tych, którymi mówią podczas statycznych scen. Wokalnie nie ma się do czego przyczepić. Tyle że utwory w polskiej aranżacji po prostu wpadają jednym i natychmiast wypadają drugim uchem.
Po powrocie do domu posłuchałem piosenek w oryginale, które brzmią o niebo lepiej. Niewątpliwie główna w tym zasługa Cynthii Erivo i Ariany Grande, które dysponują świetnymi warunkami wokalnymi. Na dodatek znakomicie wypadają w swoich rolach.
Z jednej strony mamy zdyscyplinowaną, oszczędną w ekspresji i niezwykle skupioną Erivo, a z drugiej żywiołową, doskonale odnajdującą się w postaci infantylnej i cukierkowej Glindy Arianę Grande. Obie razem tworzą iście magiczny duet, który tę bardzo przyziemną czasami produkcję wznosi na wyższy poziom. Wspomniane aktorki poniekąd muszą to czynić, bo na wsparcie reszty obsady trudno liczyć. Wokalnie i tanecznie Jonathan Bailey dorównuje głównym aktorkom, ale nie za wiele ma w "Wicked" do zagrania. Jeszcze mniej do zaprezentowania mają niemal zupełnie niezauważalna w tej produkcji Michelle Yeoh oraz Jeff Goldlbum, który zdążył jedynie przedstawić się widzom w roli Oza.
To dopiero początek
Pozostaje liczyć na to, że Yeoh i Goldbluma znacznie częściej będziemy oglądać na ekranie w kontynuacji "Wicked". W ogóle drugi akt tej filmowej opowieści zapowiada się smakowicie, bo czekają nas liczne zwroty akcji i spore zaskoczenia. Emocji, których w filmie Chu mamy jednak pewien niedobór, również powinniśmy zaznać więcej i znów przecież dostaniemy ten wcale nieoczywisty, ale jakże energetyczny duet Erivo-Grande, który udowodnił już swoją ogromną klasę.
To jednak dopiero przed nami. Póki co mamy musical w najbardziej klasycznej (i jednocześnie asekuracyjnej) odsłonie z możliwych. I bez wątpienia fanom tego akurat filmowego gatunku przypadnie on do gustu. Parafrazując jedną z wybrzmiewających w "Wicked" piosenek - it's gonna be popular! Na widzach nieco mniej entuzjastycznie nastawionych na taką formę opowiadania śpiewem i tańcem zaklęcia użyte przez producentów widowiska niekoniecznie już muszą się sprawdzić. Kto wie jednak, czy i na nich urok rzucony z ekranu przypadkiem nie zadziała. Magia, również ta filmowa, ma to do siebie, że przecież wymyka się zasadom logiki.
Film
Opinie wybrane
-
2024-12-07 10:16
Widziałem program z produkcji i mnie sie podobał wiec sie przekonam o zobaczę go
- 11 11
-
2024-12-07 13:54
Opis i zdjęcia zniechęcają :-(
- 15 6
-
2024-12-07 08:37
Pan kleks nowy jest lepszym filmem od wicked. (1)
Gdyby nie ostatnie 20 minut filmu , to film można by ocenić na 2/10 a tak ta 6 zapewne i tak jest na wyrost. Nie polecam , szkoda czasu w kinach na ten film
- 25 11
-
2024-12-07 22:55
Film skonczylu sie jakos na poczatku 2000
Same gnioty wychodza. Obejrzyjcie lepiej equlibirum z 2002 a do kina nie ma co chodzic, no moze raz na 5 lat strzal jak oppenheimer
- 3 2
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
