Recenzja filmu "Wielki Marty": wbija w fotel od pierwszej sceny

Tomasz Zacharczuk
31 stycznia 2026, godz. 07:00
Opinie (36)
"Wielki Marty" to bardzo luźno inspirowana biografią Marty'ego Reismana opowieść o młodym tenisiście stołowym z Nowego Jorku, który desperacko próbuje dostać się na mistrzostwa świata organizowane w Japonii.

Szachoboks jest chyba najbardziej zadziwiającą hybrydą dyscyplin sportowych na świecie. Gdyby Josh Safdie nie zajmował się robieniem kina, być może wymyśliłby podobną, równie szaloną wariację. Jego "Wielki Marty" jest bowiem jak "sprint-pong", czyli gra w tenisa stołowego przeplatana kilkoma seriami biegu na 110 metrów przez (bardzo wysokie) płotki. Ten absurdalnie wręcz intensywny i zjawiskowy dramat sportowy to w zasadzie nokautująca zwrotami akcji opowieść o dojrzewaniu, okiełznywaniu ambicji i pojedynkowaniu się z własnym ego. Może więc bardziej w tym kontekście pasuje filmowy "ping-gong"? Jakkolwiek dyscyplinę uprawianą przez Safdiego nie nazwać, jedno jest pewne: na jej widok ręce same składają się do oklasków.





Marty Mauser (Timothée Chalamet) jest młodym Nowojorczykiem ze sporymi szansami na fotel zastępcy kierownika w sklepie obuwniczym jego wuja. Całkiem niezła perspektywa, jak na chłopaka pochodzącego z domu, w którym nigdy się nie przelewało. Tyle tylko, że bardziej od wymiany butów na stopach klientów interesują go wymiany przy pingpongowym stole. Marty'emu sportowego talentu, a już na pewno ambicji, nie sposób odmówić. Problemem jest natomiast permanentny brak pieniędzy, uniemożliwiający tenisiście wyjazd na mistrzostwa świata do dalekiej Japonii.

Mauser robi więc wszystko, aby zdobyć niezbędne fundusze. Pod "wszystkim" kryje się m.in. okradanie pracodawcy, ciągłe zapożyczanie się u znajomych i nieznajomych, a w konsekwencji lawirowanie między wierzycielami i uciekanie przed stróżami prawa, a nawet przed tymi, którzy teoretycznie zaliczają się do grona jego bliskich. Marty jest niezmordowanym kombinatorem, ulicznym cwaniaczkiem o aparycji siedzącego za urzędniczym biurkiem stażysty, "wyszczekanym" manipulatorem, którego obchodzi tylko jedna osoba - on sam. Egoista, megaloman, mitoman - zwyczajny dupek. A poza tym naprawdę znakomity pingpongista, który na swojej drodze do sławy i triumfu pozostawia same zgliszcza i spalone mosty.

Czy takiego głównego "antybohatera" da się w ogóle polubić? I to jeszcze jak! W im większe tarapaty pakuje się Marty i im mocniej zaczyna tracić grunt pod nogami (czasami dosłownie), tym więcej jesteśmy w stanie w nim dostrzec i poniekąd bardziej mu kibicujemy w jego desperackich działaniach. To, że w swojej pogoni za domniemaną "wielkością" zapędzi się w końcu w kozi róg, możemy łatwo przewidzieć. Uświadomienie tego jego bohaterowi zajmuje Safdiemu całe dwie i pół godziny. Dwie i pół godziny kina absolutnie szalonego i spektakularnego, niekiedy dusznego i przytłaczającego, ale w rezultacie - niemal totalnego.

  • Lubię to Lubię to 1
  • Super Super 1
  • Trzymaj się Trzymaj się 1
  • Ha ha Ha ha 1
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi 2
  • Wrr Wrr 9
  • Wszystkie 15

Nieoszlifowane rakietki, czyli sto procent Safdiego w Martym



Josh Safdie pomysł na swój pierwszy samodzielny film zaczerpnął z autobiografii Marty'ego Reismana - byłego amerykańskiego mistrza gry w tenisa stołowego. Współtwórcy "Good Time" i "Nieoszlifowanych diamentów" nie interesowała jednak wierna adaptacja książki, dlatego wydobył z niej jedynie smakowitsze kąski i ogólny zarys tytułowej postaci. "Wielkiego Marty'ego" nie należy więc traktować jako kina biograficznego. I choć dla wielu widzów może być to zaskakujące - aczkolwiek niekoniecznie dla znawców twórczości obu braci Safdich - nie należy również tej produkcji klasyfikować w kategorii filmów stricte sportowych.

Dynamicznych i emocjonujących starć przy pingpongowym stole nie brakuje, lecz znacznie ciekawsze zagrania podziwiamy poza sportowymi arenami. Josh Safdie, niczym jego bohater, raczy nas całą gamą różnorodnych uderzeń. Zamaszystym forhendem wprowadza elementy rodem z kina sensacyjnego - pościgi, bijatyki, a nawet strzelaniny czy eksplozje, by za chwilę, ale już z bekhendu, skontrować to wszystko błyskotliwymi dialogami, ciętym humorem i odpowiednią głębią wprost z kina psychologicznego. Czasami przydarzy mu się asekuracyjny topspin, żeby zarówno nas, jak i swoich bohaterów, zmusić do chwilowej refleksji. Zaraz potem następuje jednak błyskawiczny smecz, po którym kolejny raz można przecierać oczy ze zdumienia.



Wszystkimi tymi zagrywkami Josh Safdie rotuje w obłędnym wręcz tempie. Nie ma czasu na zerkanie poza ekran, bo - podobnie jak w meczu dwóch mistrzów tenisa stołowego - można momentalnie stracić piłkę z oczu. Szalenie intensywny "Wielki Marty" jest jak trening kardio, który oprócz siódmych potów dodatkowo wyciska z nas na sam koniec łezkę wzruszenia. I co chyba najważniejsze - pozostawia z poczuciem świetnie spędzonego czasu.

I choć w filmowym kotle, w którym gotuje Safdie, niejednokrotnie bulgocze, kipi i się z niego ulewa, to nie bacząc na ewentualne poparzenia, chcemy się temu przyglądać z jak najbliższej odległości. Jest w tym coś z kontrolowanego chaosu i transu, w jaki Josh wraz ze swoim bratem Bennym wprowadzali nas w "Nieoszlifowanych diamentach". Gdyby w kinowych fotelach instalowano pasy, to właśnie to jest jeden z tych przypadków, kiedy trzeba byłoby mieć je zapięte przez cały seans.

To kolejny film Safdiego, w którym reżyser nieustannie podkręca tempo, bombarduje nas zwrotami akcji i z każdą minutą zagęszcza fabułę. "Wielki Marty" potrafi przytłoczyć swoją intensywnością, ale to wielkie i spektakularne kino - ze sportem tylko w roli drugoplanowej.

Jak wygrać mecz, gdy przeciwnikiem jesteś ty sam



W tak szaleńczym sprincie, na dodatek z przeszkodami, bardzo łatwo jest zgubić rytm i w konsekwencji wyłożyć się o własne nogi. "Wielkiemu Marty'emu" to jednak nie grozi, bo każdy scenariuszowy wątek i zwrot akcji ma swój odpowiedni timing. Nawet tak z pozoru nieistotne dla fabuły wtręty - jak "porwanie" pewnego psa czy pojawiająca się nieoczekiwanie alegoryczna przypowieść nawiązująca do Holokaustu - mają swoje uzasadnienie i znaczenie. Wszystko jest po coś. Niekiedy początkowo z trudem można ten sens dostrzec - jak choćby w zdumiewającej (ale jakże pomysłowej) "czołówce" zilustrowanej muzycznie hitem "Forever Young". Trzeba się liczyć z tym, że Safdie nie od razu wszystkie gotowe odpowiedzi podsuwa nam pod nos.



Możliwość "dokopania" się wraz z głównym bohaterem do sedna jego historii jest właśnie niewątpliwym atutem "Wielkiego Marty'ego". Jego działaniami sterują przypadek, chaos, improwizacja i szczęście (a najczęściej jego brak). Aby efektywnie przeżyć tę podróż wraz z nim, musimy przyjąć punkt widzenia Mausera i wejść do jego "zabałaganionego" świata. Dopiero z czasem dostrzegamy, że wcale nie jest to opowieść o zdobywaniu sportowych szczytów, lecz o trudach dojrzewania, o porządkowaniu życiowych priorytetów, o odnajdywaniu siebie i dostrzeganiu innych. Ale również o tym, jak często pasję można pomylić z obsesją, a ambicję z obłędem - płacąc przy tym wysoką cenę.

W tym aspekcie "Wielki Marty" - pomimo łatki kina w gruncie rzeczy rozrywkowego - przypomina do pewnego momentu "Brutalistę" - po "zdemontowaniu" z niego całego monumentalizmu, przeniesieniu akcji do pulsującego Lower East Side i - naturalnie - po przyspieszeniu tempa o jakieś kilkadziesiąt razy. Przede wszystkim jednak to uniwersalna i paraboliczna opowieść o konfrontowaniu się ze sobą. Klamrą spinającą całą opowieść Safdiego jest dwukrotny pojedynek Mausera z jego nemezis - japońskim mistrzem Koto Endo. To jednak nie czempion z Azji posyła w kierunku Marty'ego najbardziej podkręcone i podchwytliwe piłki, lecz wybujałe ego nowojorskiego pretendenta. Aby je odbić, trzeba po prostu wiedzieć, czego się naprawdę chce.

Czy "Wielki Marty" będzie dla Timothee Chalameta trampoliną do pierwszego w karierze Oscara (przy trzeciej już nominacji)? Wiele wskazuje na to, że tak, bo nie byłoby tego filmu właśnie bez aktora, którego z głównym bohaterem łączy zaskakująco wiele cech.

Wielki Chalamet, wielki Safdie, wielkie kino



Josh Safdie doskonale natomiast wiedział, co chce osiągnąć, angażując do tytułowej roli Timothée Chalameta. Aktora z całą pewnością nietuzinkowego i charyzmatycznego, ale jednocześnie postrzeganego przez wielu widzów i ludzi ze środowiska jako megalomana i aroganta. Częściowo sam Chalamet "zapracował" sobie na takie opinie - ot, choćby jednym z ubiegłorocznych wystąpień, gdy absolutnie na serio zestawiał siebie w jednym szeregu z największymi legendami kina. Czy ktoś mógłby lepiej pasować do odgrywania bezczelnego i przekonanego o swojej wielkości sportowca? Nawet jeśli tak, to Chalamet występem w "Wielkim Martym" kategorycznie zamknął dyskusję na ten temat.

Ani przemierzanie pustynnych piasków Arrakis, ani wierne naśladowanie Boba Dylana nie zbliżyło Chalameta do takiej wirtuozerii, jaką pokazuje u Safdiego. Fakt, to rola idealnie skrojona pod jego warunki i talent, ale chyba nawet twórcy filmu nie sądzili, że uda mu się tak idealnie zsynchronizować z odgrywaną przez siebie postacią. W pewnym momencie (a następuje on bardzo szybko) nie widzimy Timothée - widzimy tylko Marty'ego, który jednocześnie nas irytuje i fascynuje. Za którym bez opamiętania chcemy gnać, ale w kierunku którego zarazem chciałoby się wykrzyczeć: chłopie, zatrzymaj się i ogarnij! We wzbudzaniu skrajnych emocji Chalamet odnalazł się perfekcyjnie. Absolutnie porywająca i zachwycająca kreacja godna Oscara, którego hollywoodzki gwiazdor niechybnie dostanie. Chyba że pokrzyżuje mu szyki równie znakomity w "Blue Moon" Ethan Hawke.



W "teatrze jednego aktora" - a z takim bez wątpienia mamy do czynienia w przypadku "Wielkiego Marty'ego" - na scenie pozostaje już niewiele miejsca dla pozostałej części obsady. Nie ma tu zresztą wybitnych ról na drugim planie, co nie znaczy, że jest on jedynie szarym tłem dla głównego bohatera. Wręcz przeciwnie - z niewielkich aktorskich epizodów Safdiemu udało się stworzyć barwną i znakomicie wkomponowaną w opowieść galerię pobocznych postaci. Spośród nich na większą uwagę zasługują dwie kobiety, z którymi Marty'ego łączą niejednoznaczne relacje. Wcielająca się w zapomnianą hollywoodzką gwiazdę Gwyneth Paltrow w dobrym stylu przypomina się publiczności. Jeszcze lepiej radzi sobie młoda Odessa A'zion, którą nie bez powodu wymieniano w kontekście oscarowych nominacji za drugi plan.

Ostatecznie odtwórczyni roli Rachel Mizler nie powalczy o prestiżową statuetkę, ale "Wielki Marty" ma szansę aż na 13 nagród. Między innymi za rewelacyjny montaż i znakomite zdjęcia, których autor - Darius Khondji - musiał się solidnie napocić, by nadążać za bohaterem i akcją filmu. Zabrakło nominacji za muzykę, a ta jest jednym ze znaków rozpoznawczych tej produkcji. Ekranowe wydarzenia rozgrywają się w latach 50., ale nie towarzyszą im jazzowe lub bluesowe standardy. Słyszymy za to mnóstwo syntezatorów i automatów perkusyjnych. Lata 80. zaimplementowane w lata 50.? Kolejna nieszablonowa, ale jakże skuteczna zagrywka Safdiego.

Jeśli "Wielkiego Marty'ego" można do czegoś porównać - oprócz oczywistych skojarzeń z "Nieszlifowanymi diamentami" - to pod kątem intensywności, wielowarstwowości i przewrotności do "Jednej bitwy po drugiej". Z tym że dzieło Safdiego wydaje się być bardziej przystępne i czytelne dla szerokiej widowni. To jeden z tych tytułów, po których obejrzeniu wiemy, że obcowaliśmy z czymś niezwykłym. Wielki Marty. Wielki Safdie. Wielki Chalamet. Wielkie kino.

9/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

7.7
29 ocen

Wielki Marty (5 opinii)

(5 opinii)
dramat

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (36)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

Delicatessen reż. Jean-Pierre Jeunet, Marc Caro | Kino Kameralne Cafe

25 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe

Przegląd Akiry Kurosawy 9.02 3.03

17 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe, przegląd