Recenzja nowych "Listów do M.". Dawno nie było tak dobrze

Tomasz Zacharczuk
8 listopada 2024 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (69)
  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Recenzja "Listy do M. Pożegnania i powroty" - jaka jest nowa część? "Listów do M." powstało już tyle, że można nimi zastawić pół wigilijnego stołu. Szósta, najnowsza odsłona niezwykle popularnego w naszym kraju świątecznego cyklu formą i treścią nie odbiega zbytnio od tego, co widzieliśmy w poprzednich częściach. Tym razem jednak charakterystyczne dla tych filmów wady przeszkadzają jakby mniej, okazji do śmiechu jest więcej, a nawet lokowanie produktów nie rzuca się tak bardzo w oczy. Może to bożonarodzeniowy cud w listopadzie, a może za mocno udzieliła mi się magia ekranowych świąt, ale uważam, że "Pożegnania i powroty" to najlepsze wydanie "Listów do M." od wielu lat.




Wigilia firmowa w Trójmieście - oferty najlepszych restauracji



"Listy do M. Pożegnania i powroty": pierwsze zaskoczenie od lat



Jak reagujesz, gdy wzruszysz się na filmie w kinie?

Jest w filmie Łukasza Jaworskiego scena, którą fani "Listów do M." wielokrotnie już widzieli w każdej z dotychczasowych części tej serii (a właściwie już serialu). Bo choć początkowo zapowiada się na to, że Karina (Agnieszka Dygant) i Szczepan (Piotr Adamczyk) w końcu spędzą wspólne święta w spokoju i zgodzie, to i tak finalnie dochodzi między nimi do ognistej awantury. Całej sytuacji przygląda się ich kilkuletnia córka, której ojciec próbuje wytłumaczyć, że to tylko "małe nieporozumienie mamusi i tatusia". Amelka jedynie wzrusza ramionami, kwitując zajście nieporadnym uśmiechem i rzuconym od niechcenia "jak zawsze".

I dokładnie tymi samymi słowami można było skomentować każdy kolejny raz, w którym twórcy filmów spod tego szyldu powtarzali do znudzenia te same schematy i zagrywki. Karolak miotający się panicznie po ekranie jak oczekujący na "egzekucję" karp w wannie - jak zawsze. Częściej wrzeszczący na siebie niż rozmawiający ze sobą Adamczyk i Dygant - jak zawsze. Ponury i zmarkotniały bardziej od samego Scrooge'a Malajkat - jak zawsze. Nachalne reklamy biżuterii, czekoladek czy galerii handlowych - jak zawsze. Bezmyślne mnożenie wątków w myśl zasady "ilość a nie jakość", komercjalizowanie świat i opakowywanie ich sztucznością, posługiwanie się stereotypami i zdziecinniałym humorem - jak zawsze.

I to "jak zawsze" również nieraz zadudni w głowie podczas seansu "Pożegnań i powrotów". I o ile w moim przypadku wybrzmiewało ono zazwyczaj z dużą dozą ironii, a nawet czasami złości, o tyle teraz - jak wspomniana Amelka - potrafiłem użyć tych słów z większym spokojem, wzruszając jednocześnie ramionami.

Bo w szóstych "Listach do M." znacznie łatwiej jest przetrawić słabe momenty, gdy tych dobrych jest tak nadspodziewanie sporo. Co więc w tej serii zmieniło się nagle na lepsze? Paradoksalnie nie tak dużo, ale - choć może nie będzie to określenie w świątecznym tonie - diabeł tkwi właśnie w szczegółach.

W nowych "Listach" widzimy doskonale znane postaci - zarówno te, które z serią związane są od zawsze, jak i te, które wracają do niej po wielu latach.

Recenzja nowych "Listów do M.": ta sama kolęda, ale w nieco innej aranżacji



Do wigilijnej wieczerzy zostało kilka godzin. Karina i Szczepan tym razem mają wszystko perfekcyjnie przygotowane na czas. Wraz z córką mogą więc w spokoju czekać na kolację, słuchając kolęd. Oprócz bożonarodzeniowych pieśni da się jednak usłyszeć jeszcze jeden, znacznie bardziej niepokojący i złowrogi odgłos zza kuchennej ściany, który zwiastuje nadchodzącą katastrofę. Gdy woda z pękniętej rury zalewa w końcu mieszkanie, pozostaje już jedyne wyjście - telefon do przyjaciela Lucka (Janusz Chabior).

Mel (Tomasz Karolak), który prowadzi teraz firmę zapewniającą obsługę świątecznych jarmarków i mikołajowych atrakcji dla najmłodszych, zmaga się z niesfornymi pracownikami. Trójka z nich bowiem zamiast pracować, regularnie się "dezynfekuje", a czwarty (znany z serialu "1670" Kirył Pietruczuk) idzie w ślady swojego szefa sprzed lat, uciekając po rynnach przed mężami swoich kochanek. A przy okazji uciekając też przed odpowiedzialnością, bo jego partnerka (ekspartnerka?) jest już przecież w zaawansowanej ciąży.

Jest jeszcze Wojciech (Wojciech Malajkat), który po zagranicznej wizycie u córki wraca do kraju, by spędzić kolejne święta w samotności. Tym razem jednak mężczyzna ma konkretny plan działania, którego nie chce zmienić nawet pod wpływem poznanej w samolocie singielki Ewy (Magdalena Walach). Swój plan polegający na dotarciu do bliskich na czas ma również Mikołaj (Maciej Stuhr), ale spotykając nieustannie na swojej drodze bliższych i dalszych znajomych, coraz trudniej mu go zrealizować.

Powariowali z tymi świętami? W sklepach i kinach już trochę tak Powariowali z tymi świętami? W sklepach i kinach już trochę tak

Szósta część "Listów do M.": co się zmieniło?



Jak widać, fabuła szóstych "Listów do M." wciąż bazuje na tych samych postaciach. U Szczepana i Kariny niewiele się zmieniło, ale Mel nie jest tuż takim jeźdźcem bez głowy i siewcą fermentu. Może to kwestia tego, że ma przy sobie całą rodzinę, a może udziela mu się odpowiedzialność początkującego biznesmena, ale czuje się w obowiązku, by pomóc pracownikom, a w szczególności Grześkowi, który nieopatrznie próbuje powtórzyć wszystkie błędy z jego własnej przeszłości.

Nareszcie coś także dzieje się u Wojciecha. I choć twórcy na jego wątek mają dość radykalny pomysł, a wszystko, co się wokół tego bohatera dzieje, wydaje się niedorzeczne, absurdalne i przyspieszone razy sto (właściwie cały ten wątek to materiał na osobny film), to w końcu scenarzyści ruszyli tę postać, bo nie dało się już na nią dłużej patrzeć.



Jak sugeruje podtytuł filmu, mamy w przypadku szóstej części do czynienia również z powrotem. Maciej Stuhr, ale też Roma Gąsiorowska, po wielu latach znów wcielają się w Mikołaja i Doris. I choć ten comeback może być różnie oceniany, to w mojej opinii scenarzyści nareszcie wykazali się jakąś większą inwencją i przede wszystkim znaleźli nieoczywiste uzasadnienie na przywrócenie do serii Stuhra.

Więcej nie należy zdradzać, ale to właśnie ten element fabuły sprawia, że "Pożegnania i powroty", w przeciwieństwie do ostatnich odsłon serii, mają w sobie ten magiczny pierwiastek świąt. Nareszcie twórcy chcieli nas czymś zaskoczyć, choć w pewnym momencie można już sobie część faktów sprawnie poskładać w głowie.

I choć wątek Kariny i Szczepana potrafi być naprawdę irytujący, a u samych bohaterów nic się na przestrzeni tak wielu lat nie zmienia, to trzeba przyznać, że to znów ta dwójka najbardziej rozśmiesza widzów.

Nowe "Listy do M.": przepis bez zmian - ma być zabawnie i wzruszająco



Fabuła "Pożegnań i powrotów" powstała więc na bazie wielokrotnie już sprawdzonego przepisu na świąteczne kino, które w zamyśle ma smakować wszystkim. Do całej receptury twórcy "Listów do M." dorzucają nowe składniki. Czasami z lepszym skutkiem, czego potwierdzeniem jest wnoszący sporo świeżości do opowieści wątek Japończyka Józka Nakumury, który w Warszawie szuka swoich polskich korzeni. Niekiedy ze znacznie gorszym w postaci całego wątku Grześka, który jest zupełnie zbędnym powrotem do początków serii i wałkowania na nowo tej samej historii.

Jak chyba wszyscy doskonale zdajemy sobie z tego sprawę - fabuła nie tylko w tej serii, ale właściwie w każdym świątecznym filmie schodzi na drugi albo i trzeci plan. To, co najbardziej działa na widzów, to ta namiastka wyjątkowego klimatu i przede wszystkim humor. A z tym w "Pożegnaniach i powrotach" jest znacznie lepiej niż w ostatnich częściach tej serii.

Główna w tym zasługa dwóch tercetów: pociesznej nie-świętej trójcy w postaci Pataszona (Jacek Borusiński), Ludwiczka (Sławomir Pacek) i Borygo (Czesław Mozil) oraz wybuchowego tria w osobach Kariny, Szczepana i Lucka, który jako jedyny na przestrzeni wielu lat i wielu nowych filmów potrafił się odnaleźć w towarzystwie postaci znanych już od pierwszych "Listów".

Nie mam wątpliwości, że to właśnie historia wybuchowego małżeństwa, ich sąsiadów, Lucka i jego japońskiego krewnego spodoba się widzom "Pożegnań i powrotów" najbardziej.

Szósta część cyklu jest zdecydowanie lepsza od tych, które oglądaliśmy na przestrzeni kilku ostatnich lat. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że to najlepsza z dotychczasowych kontynuacji "jedynki".

Nowe "Listy do M." to całkiem miły prezent



W ogóle film Łukasza Jaworskiego ma duże szanse, by znaleźć się wysoko w rankingu zagorzałych fanów serii "Listów do M.". Nie boję się nawet stwierdzenia, że mogą być oni tą częścią wręcz zachwyceni.

Tych, którzy do tej pory nie zapałali miłością do tego cyklu, nawet nie zamierzam przekonywać, bo szósta część to już zbyt późny moment na to, by do czegokolwiek to grono zachęcić. I to nawet pomimo tego, że w tej słodko-gorzkiej komedii słodycz nie jest już tak lukrowana - nie ma już tak wyimaginowanej wizji świąt i nie ma już tak wielu nachalnych reklam (zauważyłem ledwie dwa lokowania produktu). Za to ta gorycz, zwłaszcza w finale, jest już mocno wyczuwalna, co sprawi, że ostatnie sceny mogą ścisnąć gardło nawet najbardziej opornym na wzruszenia.



I byłoby już naprawdę dobrze, gdyby w filmie Jaworskiego udało się uniknąć fabularnych uproszczeń, kilku zupełnie przestrzelonych żartów, trywializowania wielu ważnych tematów, równie naiwnego co po prostu sztucznego niekiedy podbijania emocji i ogrywania doprawdy żenujących stereotypów (patrz: sąsiedzi Kariny i Szczepana, "taksówkarz-złotówa" i jeszcze parę innych).

Lista życzeń do świętego Mikołaja nie może być jednak zbyt długa, a ten i tak w tym roku się postarał. Twórcy szóstych "Listów do M.", nawet jeśli przez sporą część filmu błądzą zupełnie jak ten ekranowy Ignaś poszukujący upragnionej węglarki, to koniec końców ten miły prezent nam dostarczają. I to jeszcze przed pierwszą gwiazdką.

6.5/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

6.2
38 ocen

Listy do M. Pożegnania i powroty (11 opinii)

(11 opinii)
komedia romantyczna

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (69)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

Etnomatograf. Kino w muzeum. Grudzień 2025

impreza filmowa, projekcje filmowe, spotkanie