"Wielka Warszawska": między gangsterskim kinem a sportowym dramatem

Tomasz Zacharczuk
24 stycznia 2026, godz. 07:00
Opinie (12)
Głównym bohaterem "Wielkiej Warszawskiej" jest Krzysiek Salomon (Tomasz Ziętek) - młody chłopak z Sopotu, który marzy o karierze dżokeja. Świat wyścigów na początku lat 90. w Polsce niewiele ma jednak wspólnego ze zdrową i czystą sportową rywalizacją.

Czasami konia i dosiadającego go jeźdźca stać jedynie na rytmiczny galop w środku stawki - bez zrywu na ostatniej prostej, ale i bez potknięcia, które przedwcześnie mogłoby zakończyć gonitwę. Trochę jest tak z "Wielką Warszawską" - filmem, który "biegnie" równo od startu do mety, a po jej przekroczeniu nie jest witany ani gromkimi brawami, ani gwizdami niezadowolenia. Opowieść o ambitnym dżokeju wkraczającym w świat szemranych biznesów i wyścigowych "ustawek" to kino, które choć nie wzbudza większych emocji, oferuje solidną rozrywkę. Przy tym sprawnie imituje klimat wczesnych lat 90. i wykorzystuje ekranowy potencjał... sopockiego Hipodromu.





Właściwie ten film powinniśmy oglądać w kinach już cztery dekady temu. Pomysł na "Wielką Warszawską" zrodził się w latach 80. w głowie Jana Purzyckiego - scenarzysty "Wielkiego Szu" i "Piłkarskiego pokera". Historia młodego dżokeja, który ze sporymi aspiracjami wkracza w świat wyścigów konnych, miała być domknięciem tzw. trylogii szulerskiej demaskującej różnej maści szwindle i korupcję. Ze względu na nieprzychylność peerelowskich cenzorów realizację projektu trzeba było odłożyć w czasie. Okazało się, że na bardzo długo, bo do nakręcenia "Wielkiej Warszawskiej" doszło dopiero za sprawą Bartłomieja Ignaciuka, kilka lat po śmierci samego Purzyckiego.

Pochodzący z Gdyni reżyser do pierwotnej koncepcji wprowadził zasadniczo niewiele zmian. Głównym bohaterem opowieści jest Krzysiek Salomon (Tomasz Ziętek), chłopak z Trójmiasta, który marzy o karierze dżokeja. Na ambitne zapędy syna nieprzychylnym okiem spogląda jego ojciec (Ireneusz Czop), który niegdyś na własnej skórze przekonał się, jak nieczystym i podatnym na manipulacje sportem są wyścigi konne. Żadne prośby i groźby nie są jednak w stanie utemperować zapału młodego, który regularnie wymyka się z Sopotu do Warszawy, by na Służewcu podglądać w akcji najlepszych zawodników.

Salomon junior nieoczekiwanie dostaje szansę zastąpienia jednego z nich. Debiut jest na tyle udany, że Krzysiek na stałe dołącza do dżokejskiej elity. Wkrótce i on przekona się, że ducha sportowej rywalizacji bardzo łatwo mogą "zabić" układy i bukmacherskie "ustawki". Przed chłopakiem trudny wybór: ścigać się na czyichś zasadach czy na własnych, narażając się tym samym na zemstę szemranych typów, a nawet prawdziwych gangsterów rodem z samego Pruszkowa.

  • Lubię to Lubię to 3
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 3

Filmowa pocztówka z początku lat 90.



Bartłomiej Ignaciuk z dużym respektem potraktował oryginalny scenariusz Jana Purzyckiego, ale - na szczęście - nie zawahał się wprowadzić do niego kilku autorskich poprawek. Bodaj najbardziej udanym zabiegiem okazało się przesunięcie czasu akcji z połowy lat 80. do początków kolejnej dekady. Ukazanie Polski w obliczu systemowej i mentalnej metamorfozy nadaje ekranowej historii jeszcze większego kolorytu, a przy tym wiarygodności.

Czasy, w których komunizmu nie udało się jeszcze całkowicie wyplenić, a kapitalizm dopiero kiełkował, były przecież okresem, w którym różnego rodzaju kombinacje, przekręty, machlojki, krętactwa, "lewe" interesy i mętne układy były na porządku dziennym. Każdy chciał zarobić dużo i szybko, ale niekoniecznie legalnie - a cóż bardziej pasuje do takiego schematu jak nie wyścigi konne właśnie. Przedstawiona w "Wielkiej Warszawskiej" historia z dużą dozą prawdopodobieństwa mogła po prostu wydarzyć się naprawdę.

Marta Bilewicz: pasja do koni odmieniła jej życie Marta Bilewicz: pasja do koni odmieniła jej życie

Odrestaurowanie klimatu wczesnych lat 90. udało się twórcom filmu pierwszorzędnie. Kostiumy, plenery, wnętrza pomieszczeń, fryzury, pojazdy, przedmioty codziennego użytku, a nawet niektóre postaci - wszystko to wygląda tak, jakby 30 lat temu ktoś to spakował i wysłał wehikułem czasu pod adres Bartłomieja Ignaciuka. Nie jest to szarobury, przydymiony i nadgryziony moralną zgnilizną świat chociażby z "Psów" Pasikowskiego, a barwny, jarmarczny, kiczowaty i "rozkrzyczany" krajobraz polskiej transformacji. Oglądanie tak realistycznie odwzorowanych kadrów przypomina przeglądanie pocztówek sprzed trzech dekad. U starszych widzów zadziała w tym momencie sentyment, u młodszych - być może zaciekawienie tym, co zostało w pamięci ich rodziców.

Film Bartłomieja Ignaciuka przenosi nas w czasie o trzy dekady wstecz. Tak realistyczne uchwycenie lat 90. to na pewno jeden z największych atutów "Wielkiej Warszawskiej". Bez zarzutu oddano też na ekranie dynamikę wyścigów konnych.

"Wielka Warszawska" - kilka filmów w jednym, ale każdy z nich jedynie poprawny



Sam film Ignaciuka również wygląda, jakby był nakręcony na początku lat 90., a to już akurat nie jest mocnym atutem "Wielkiej Warszawskiej". W tamtym okresie polscy twórcy - podobnie jak całe społeczeństwo - potrafili zachłysnąć się powiewami "zachodniego" wiatru i czasami karkołomnie eksperymentowali z formą swoich dzieł. Ignaciuk na tak szalone wariacje w swojej produkcji nie pozwala, ale i tak często mamy w tym przypadku do czynienia z większym bądź mniejszym chaosem. Reżyser sportowy dramat miesza z komedią i filmem sensacyjnym, a nawet romansem, co sprawia, że niekiedy oglądamy właściwie kilka filmów w jednym. Żaden z nich, na dodatek, nie wybija się ponad przeciętność.

Żwawe tempo sprawia, że "Wielką Warszawską" ogląda się całkiem przyjemnie i bez potrzeby nieustannego zerkania na zegarek, bo po prostu sporo dzieje się na ekranie. Trudno jednak całkowicie zaangażować się w przebieg akcji. Główny wątek dotyczący Krzyśka napisany jest w prosty i czytelny sposób, ale cała fabuła sprawia wrażenie zbyt płytkiej i bardzo przewidywalnej, dlatego jej śledzenie nie dostarcza zbyt wielu emocji. Finałowy "numer" również nas nie porwie i nie sprawi, że będziemy ze zdumienia przecierać oczy. A, bądź co bądź, w tego typu produkcjach element zaskoczenia powinien być podstawą scenariusza.



Ponad poprawny i solidny poziom nie wybija się także realizacja filmu Bartłomieja Ignaciuka. Poza wspomnianą scenografią, a również i muzyką, trudno doszukać się w "Wielkiej Warszawskiej" elementu wyróżniającego tę produkcję na tle podobnych. Jednocześnie ciężko się do czegokolwiek "przyczepić", a już na pewno nie do stylu, w jakim nakręcono wyścigi konne. Nie są to może spektakularne i zapadające w pamięć sekwencje, ale twórcom filmu udało się uchwycić dynamikę i specyfikę gonitw. Pod tym kątem nie ma mowy o żadnym rozczarowaniu, choć i tutaj można byłoby się również pokusić o większą dramaturgię.

Scenariusz napisany przez Purzyckiego, a poprawiony przez Ignaciuka oferuje nam wiele wątków. Część z nich jest nawet ciekawsza niż opowieść o początkującym dżokeju. Na drugim planie znajdziemy ponadto kilka świetnych ról - m.in. Mirosława Kropielnickiego jako gangstera z Pruszkowa.

Świetny drugi plan - m.in. z ładnie "ogranym" Hipodromem w Sopocie



Znaczną część akcji osadzono w Warszawie na tamtejszym Służewcu, ale swoją "rolę" w "Wielkiej Warszawskiej" odgrywa również Hipodrom w Sopocie. To miejsce, z którego główny bohater próbuje się za wszelką cenę wyrwać, ale jednocześnie za każdym razem wraca do niego z dużym sentymentem. W tym bardzo dynamicznie poprowadzonym filmie to właśnie trójmiejskie lokacje dają nie tylko bohaterom, ale również widzom nieco odetchnąć, a czas jakby się zatrzymuje. Kadrów, w których uchwycono infrastrukturę sopockiego hipodromu, nie oglądamy może zbyt często (zwłaszcza w drugiej połowie filmu), ale trzeba przyznać, że za każdym razem cieszą oko i świetnie komponują się z całą fabułą. Na dodatek stanowią idealną kontrę dla głośnego i zatłoczonego Służewca.

Zdjęcia do Zdjęcia do "Wielkiej Warszawskiej" w Sopocie. Film o młodym dżokeju z Tomaszem Ziętkiem

Bez zarzutu w filmie Ignaciuka prezentuje się także Tomasz Ziętek - aktor, który już niejednokrotnie doskonale odnajdywał się w kreowaniu młodych, ambitnych i niepokornych buntowników. W "Wielkiej Warszawskiej" z pewnością nie wspina się na wyżyny swoich możliwości, ale charyzmą i naturalnością całkowicie przekonuje w roli chłopaka konfrontującego własne marzenia z "brudnymi" i dalekimi od ideałów sportu realiami. Jednocześnie tworzy bardzo zgrany duet z debiutującą na ekranie Mary Pawłowską, która do opowieści zdominowanej głównie przez mężczyzn wnosi sporo niewinnego, dziewczęcego uroku i młodzieńczej energii.

  • Lubię to Lubię to
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 0

Nagrywają film na Hipodromie - materiał archiwalny



W "Wielkiej Warszawskiej" możemy też podziwiać pokaźne grono znacznie bardziej doświadczonych aktorów. Na niektórych z nich - jak na Tomasza Kota, Agnieszkę Żulewską, Piotra Trojana czy Kamila Bosaka - zabrakło ciekawego pomysłu. Są jednak na drugim planie kreacje, które w niektórych momentach "kradną" show. Świetny w roli ojca głównego bohatera jest Ireneusz Czop, doskonale radzi sobie Andrzej Konopka jako podrzędny, ale wzbudzający sympatię cinkciarz, ale chyba największym "wygranym" jest Mirosław Kropielnicki. Jego Pan Ryszard to postać ewidentnie wzorowana na słynnym "Pershingu" z Pruszkowa. Aktorowi, którego niedawno mogliśmy oglądać w serialowym "Heweliuszu", udało się stworzyć niezwykle charakterystyczną postać, która szybko zapada w pamięć i przykuwa uwagę.



Solidnie, ale bez żadnego błysku, czyli w sam raz na raz



Film Bartłomieja Ignaciuka należy potraktować jako domknięcie trylogii wymyślonej przez Jana Purzyckiego, ale nie ma raczej sensu zestawiać go z "Wielkim Szu" czy "Piłkarskim pokerem", bo to zwyczajnie nie ta liga. "Wielka Warszawska" oferuje po prostu solidną, niezobowiązującą rozrywkę bez błysku i czegoś "ekstra". Czy przyjemnie spędzimy czas podczas seansu? Raczej tak. Czy coś z niego wyniesiemy i zapamiętamy? Raczej nie.

Ten film jest jak "czwórkowy" uczeń z paroma trójkami na świadectwie. Jak trzygwiazdkowy hotel, w którym zamierzamy spędzić tylko jedną noc. Jak zwykła kanapka z serem, którą chwycimy w pośpiechu i zjemy ze smakiem. "Wielka Warszawska" nie zagalopuje raczej na szczyt polskiego box office'u, ale - pomimo że to film o koniach, które ścigają się, a nie skaczą przez przeszkody - to sympatyczna odskocznia od filmowej współczesności i powrót do czasów, o których wspomnienie nadal pewnie niejednemu widzowi "przykleja" uśmiech do twarzy.

6/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

7.3
14 ocen

Wielka Warszawska (1 opinia)

(1 opinia)
dramat

Miejsca

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (12)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

Hans Memling. Ultimum Iudicium. Lech Majewski

20 zł
projekcje filmowe, wystawa

Delicatessen reż. Jean-Pierre Jeunet, Marc Caro | Kino Kameralne Cafe

25 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe

Przegląd Akiry Kurosawy 9.02 3.03

17 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe, przegląd