- 1 Legenda polskiego jazzu w Sopocie (13 opinii)
- 2 Z Gdańska do światowej elity sztuki (17 opinii)
- 3 S. Łosowski: Muzyka musi mieć charakter (35 opinii)
- 4 Nowy mural na Jaśkowej Dolinie (53 opinie)
- 5 Pełna sala na spotkaniu z Tomaszem Kotem (18 opinii)
- 6 Fotografował tam, gdzie inni nie mogą (17 opinii)
Historia boli wiele razy - o "Sprawie Davida Frankfurtera" w Teatrze Wybrzeże
Ponura, ale ponadczasowa historia Tulli Pokriefke i jej rodziny z "Idąc rakiem" Güntera Grassa to przestroga przed odradzającym się nazizmem. To również złożony obraz pielęgnowania traum i trudnej historii, które mogą prowadzić do niebezpiecznej mitologizacji i radykalizacji. Jednak Marcin Wierzchowski idzie krok dalej i motywy powieści Grassa spisuje na nowo, bazując na aktorskich improwizacjach. "Sprawa Davida Frankfurtera" w Teatrze Wybrzeże przypomina opowiedziany w całości serial sensacyjny ze śledztwem kryminalnym w tle i ciężkim bagażem historycznym, dźwiganym przez kolejne pokolenia.
W spektaklu wyreżyserowanym przez Marcina Wierzchowskiego poznajemy dwie rodziny zmęczone wielogodzinnym przesiadywaniem w sądowych korytarzach - państwo Pokriefke i Stremplin siedzą po dwóch stronach sceny. Widzimy poszarzałe twarze z odmalowanym na nich zmęczeniem. Jedna rodzina w nerwach oczekuje na wynik rozprawy, druga wygląda na zrezygnowaną.
Obserwujemy niezręczne próby konwersacji, jakąś formę interakcji ludzi, którzy usiłują nawiązać ze sobą kontakt w obliczu osobistej tragedii. Wiadomo, że mamy do czynienia z rodzinami oprawcy i ofiary. Tylko nie wiemy, co wydarzyło się feralnego 20 kwietnia 1997 r. w 108. rocznicę urodzin Adolfa Hitlera.
Tę zagadkę usiłują rozwikłać ojcowie Paul i Jakob, ojcowie Konrada Pokriefke i Wolfganga Stremplina, którzy zaczynają prowadzić osobiste, podszyte wspomnieniami z dzieciństwa obu chłopaków śledztwa. To oni w pierwszej scenie usiłują zrozumieć zapis monitoringu dokumentujący pierwsze spotkanie chłopaków na dworcu kolejowym (znakomita, niemal filmowa scena, powtórzona później w toku spektaklu).
Oczywiście cały niemal dwuipółgodzinny pierwszy akt to wiwisekcja rodzinnych traum, bilans braków i zaniedbań, jakie miały miejsce w obu domach, co stworzyło warunki do radykalizacji obu chłopaków. Jesteśmy świadkami przymuszania ich do woli rodziców, narodzin kultu Wilhelma Gustloffa, wtłaczanego od najmłodszych lat wnuczkowi przez Tullę, a także opresyjnych lekcji "niezależności" i samodzielności, które z synem odbywa Jakob.
Braki emocjonalne, zaniedbania wychowawcze, tzw. zimny chów - wszystko to odmalowano z wielką dbałością o detale. Drobiazgowość przy budowaniu kontekstu zbrodni wręcz szokuje i przywodzi na myśl seriale oparte na faktach, w duchu ostatnich udanych Netflixowych polskich produkcji, które chętnie wracają do lat 90. XX wieku, jak "Wielka woda" czy "Heweliusz".
Tutaj, podobnie jak w "Idąc rakiem", perspektywa czasowa jest zaburzona. Śledzimy wydarzenia rozgrywane w teraźniejszości bohaterów w 1997 r., ale też cofamy się do czasu poczęcia kluczowych bohaterów, ich dzieciństwa i młodości. Twórcy dbają o to, by widz się w tym wszystkim nie pogubił, dlatego znakomita, stonowana scenografia Joanny Załęskiej zawiera projekcje roku, którego dana scena dotyczy.
Akcja ogniskuje się wokół dwóch rówieśników, 17-letnich w momencie tragedii Niemców: Konrada i Wolfganga. Obaj fascynują się historią Wilhelma Gustloffa i to nie tylko statku zatopionego przez Sowietów w czasie ewakuacji niemieckiej ludności w 1945 r. (co do dziś stanowi największą w dziejach katastrofę morską, bo na dnie Bałtyku spoczęło prawie 9 tys. ludzi, w większości kobiet, dzieci i starców).
Ważniejszy dla nich okazuje się gest chorwackiego Żyda Davida Frankfurtera, który w akcie protestu przeciwko nazizmowi zastrzelił nazistowskiego oficera Wilhelma Gustloffa, szefa oddziału NSDAP w Szwajcarii. Właśnie na cześć tego męczennika III Rzeszy nazwano wspomniany statek pasażerski.
W pierwszym akcie "Sprawy..." śledzimy zdarzenia z drugiej połowy XX wieku. W drugiej części spektaklu przenosimy się natomiast do czasów II wojny światowej i prób ewakuacji z Gdańska przed zbliżającą się do miasta Armią Czerwoną. Rodzina młodziutkiej Tulli usiłuje zdobyć upragnione bilety na "Wilhelma Gustloffa" i uniknąć zagłady, jaką przyniosą Sowieci. Dzięki temu kontekst części pierwszej zostaje wyjaśniony w najdrobniejszych szczegółach, w tym hardość i poglądy dojrzałej Tulli Pokriefke.
Wstrząsający teatr opowieści. "Piękna Zośka" w Teatrze Wybrzeże
Opiekę dramaturgiczną nad tym czterogodzinnym (licząc przerwę) spektaklem powierzono aż dwóm dramaturgom - Maciejowi Bogdańskiemu i Piotrowi Pacześniakowi, którzy wspólnie z reżyserem Marcinem Wierzchowskim stworzyli też scenariusz spektaklu na bazie aktorskich improwizacji poświęconych motywom z "Idąc rakiem" Grassa. W efekcie powstało dzieło spójne, z gęstą dramaturgią i wiarygodnymi epizodami, choć z racji swojej objętości nieznośnie przegadane.
Jego konstrukcja fabularna faktycznie przypomina dobry, wciągający miniserial, opowiedziany w jednym, dużym bloku. Zważywszy na ciężar gatunkowy przedstawienia jest to trudne w odbiorze, chociaż reżyser znakomicie radzi sobie z utrzymaniem uwagi i budowaniem wyrazistych, zapadających w pamięć scen. Oprócz "zapisu monitoringu" świetnie teatralnie wypada choćby moment bombardowania "Wilhelma Gustloffa".
Dobrze brzmią wypowiadane krzyżowo dialogi dwóch rodzin i ich historie, w których wyważono stopień dramatyzmu, by nie osunąć intrygi w operę mydlaną. Całość niesie historia bardzo wiernie oddająca ducha powieści Güntera Grassa. To wręcz lepka esencja "Idąc rakiem", rozbudowana o dramat obyczajowy obu rodzin.
Dobrze odnajdują się w tej historii aktorzy. Wyrazistego Jakoba Stremplina, który wielokrotnie dynamizuje akcję, kreuje Maciej Konopiński. Biernego Paula Pokriefke, ale też zabawnego, prostodusznego Augusta (w drugim akcie), dobrze gra Marek Tynda. Złą matkę (Gabi Pokriefke), której trudno wykrzesać ciepłe uczucia wobec syna, wiarygodnie zagrała Anna Kociarz, a zestaw rodziców dobrze uzupełnia Monika Chomicka-Szymaniak w roli Ewy Stremplin.
Marzena Nieczuja-Urbańska od czasu "Nieczułości" nie miała tak dużej i udanej roli jak kreacje Tulli Pokriefke i - przede wszystkim - Grety Pokriefke. Jako Tulla jest zimna, surowa, uparcie gloryfikująca tragedię "Wilhelma Gustloffa" i umacniająca we wnuku kiełkujący nazizm, w jej odczuciu będący przejawem patriotyzmu. Jako Greta nadaje swojej bohaterce rys siłaczki, wyznawczyni ideałów nazistowskich, nie zapominając o komizmie i dowcipie.
W gruncie rzeczy marginalną w pierwszej części i dużo bardziej rozbudowaną w drugiej rolę Rosie i młodej Tulli ma Karolina Kowalska. Postaci 17-letnich kluczowych bohaterów powierzono studentom szkół aktorskich, pierwszy raz współpracujących z Teatrem Wybrzeże. Z tej dwójki zdecydowanie lepsze wrażenie pozostawia po sobie Błażej Szymański, który w roli Wolfganga i Willy'ego jest przekonujący i wyrazisty.
Niestety nie można tego napisać o jego adwersarzu grającym Konrada Pokriefke - Kubie Dyniewiczu, okazując silne emocje wpada w drażniące piskliwe tony i nie potrafi zamaskować wyraźnych braków warsztatowych. Lepiej prezentuje się jako Moritz w drugiej części przedstawienia.
Historia zapisana w ciele. Wierzchowski o pamięci i dziedziczeniu
Na wysoką ocenę zasługuje bardzo dobra scenografia wspomnianej już Joanny Załęskiej (efektowna zmiana sądowych korytarzy na postapokaliptyczny klimat w drugiej części), dobrze dopełniające bohaterów kostiumy Pauli Grocholskiej i miła dla ucha, niemal serialowa muzyka Marty Zalewskiej (szczególnie przejmująco brzmią smyczki w drugim akcie).
Spektakl "Sprawa Davida Frankfurtera", pomimo dobrze prowadzonej dramaturgii i wielkiej reżyserskiej dbałości o detale, jest zdecydowanie za długi, szczególnie pierwszy akt wydaje się rozciągnięty ponad miarę. Nie jestem przekonany, czy część druga, bardzo spójna i dobrze zagrana we właściwych rytmach, w kontekście pierwszej w ogóle jest potrzebna. Ten ukłon w stronę literatury Grassa stanowi łopatologiczne dopowiedzenie wszelkich wątków i nie pozostawia miejsca na domysły.
Jednak efekt pracy Marcina Wierzchowskiego oraz jego współtwórców i aktorów Wybrzeża jest imponujący. Chociaż nie ma tu tak wybitnych aktorskich kreacji, jak Maciej Paluch w wykonaniu Piotra Biedronia czy Zofia Paluchowa zagrana przez Karolinę Kowalską w obsypanej nagrodami "Pięknej Zośce" tego reżysera, z pewnością "Sprawa..." też nie przejdzie bez echa. To kolejna bardzo udana odsłona teatru narracyjnego o dużej sile rażenia.
Spektakl
Sprawa Davida Frankfurtera
Miejsca
Spektakle
Opinie wybrane
-
2026-04-18 14:02
Proponowałbym zrobic sztukę o coraz bardziej agresywnych bojówkach leicowych typu Antifa i powracającym komuniżmie (1)
Ostatnio zakatowali włodego człowieka we Francji. Zieją nienawiścią do myślących inaczej. Ale o tym sza. O jakiś ekscesach prawicowców nie słyszę.
- 18 32
-
2026-04-19 09:41
Nie proponuj, a sam napisz, w czym problem.
Pokaż że można
- 5 3
-
2026-04-19 22:25
Bez 2 aktu ta sztuka praktycznie byłaby słabsza - bez pokazania Gerty i Młodej Tulli, bez fragmentów o wierzę w nazistowskie Niemcy. Świetna scenografia - jak ściany grobowca.
Ale moglby być kilka krótszych scen np. Spotkanie młodych w więzieniu jest za długie, tak jak scena kąpieli ojca.- 1 1
-
2026-04-19 13:52
Sprzeczność interesów
Kolejny raz mamy do czynienia z recenzją pana Rudzińskiego. I kolejny raz mamy wrażenie że brakuje pokory tych recenzjach. Aż postanowiliśmy trochę pogrzebać na temat tego pana i wyszła że zajmuje się marketingiem w Filharmonii Bałtyckiej. Jakąś rybę wszyscy trzej młodzi aktorzy panią Karoliną Kowalską na czele prezentują się fenomenalnie. Pan Rudziński jako starszy pan powinien doceniać również młode pokolenie a nie tylko swoich kolei.
- 5 6
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
