Historia boli wiele razy - o "Sprawie Davida Frankfurtera" w Teatrze Wybrzeże

Łukasz Rudziński
18 kwietnia 2026, godz. 11:15
Opinie (33)
Pierwszy akt "Sprawy Davida Frankfurtera" odbywa się w sądowych korytarzach i poświęcony jest rekonstrukcji wydarzeń z lat 90. XX wieku.

Ponura, ale ponadczasowa historia Tulli Pokriefke i jej rodziny z "Idąc rakiem" Güntera Grassa to przestroga przed odradzającym się nazizmem. To również złożony obraz pielęgnowania traum i trudnej historii, które mogą prowadzić do niebezpiecznej mitologizacji i radykalizacji. Jednak Marcin Wierzchowski idzie krok dalej i motywy powieści Grassa spisuje na nowo, bazując na aktorskich improwizacjach. "Sprawa Davida Frankfurtera"Teatrze Wybrzeże przypomina opowiedziany w całości serial sensacyjny ze śledztwem kryminalnym w tle i ciężkim bagażem historycznym, dźwiganym przez kolejne pokolenia.



W spektaklu wyreżyserowanym przez Marcina Wierzchowskiego poznajemy dwie rodziny zmęczone wielogodzinnym przesiadywaniem w sądowych korytarzach - państwo Pokriefke i Stremplin siedzą po dwóch stronach sceny. Widzimy poszarzałe twarze z odmalowanym na nich zmęczeniem. Jedna rodzina w nerwach oczekuje na wynik rozprawy, druga wygląda na zrezygnowaną.

SPEKTAKLE Co grają w trójmiejskich teatrach

Mały Książe - Droga do zrozumienia
10
maj 21
Mały Książe - Droga do zrozumienia
spektakl muzyczny, teatr dla dzieci
Akademia Muzyczna
Następnego dnia rano
7.8
maj 21
Następnego dnia rano
spektakl teatralny
Teatr Miejski
Gdynia. Fordewind
4.5
maj 22-23
Gdynia. Fordewind
spektakl teatralny
Teatr Miejski
Kawaler srebrnej róży
maj 22
Kawaler srebrnej róży
opera / operetka
Opera Bałtycka
Kronika wypadków miłosnych
9.0
maj 22
Kronika wypadków miłosnych
spektakl teatralny
Scena Kameralna

Obserwujemy niezręczne próby konwersacji, jakąś formę interakcji ludzi, którzy usiłują nawiązać ze sobą kontakt w obliczu osobistej tragedii. Wiadomo, że mamy do czynienia z rodzinami oprawcy i ofiary. Tylko nie wiemy, co wydarzyło się feralnego 20 kwietnia 1997 r. w 108. rocznicę urodzin Adolfa Hitlera.

Dwaj ojcowie - Jakob Stremplin (Maciej Konopiński, po lewej) i Paul Pokriefke (Marek Tynda, po prawej) - prowadzą własne śledztwo, żeby zrozumieć tragedię z udziałem ich synów.
Tę zagadkę usiłują rozwikłać ojcowie Paul i Jakob, ojcowie Konrada Pokriefke i Wolfganga Stremplina, którzy zaczynają prowadzić osobiste, podszyte wspomnieniami z dzieciństwa obu chłopaków śledztwa. To oni w pierwszej scenie usiłują zrozumieć zapis monitoringu dokumentujący pierwsze spotkanie chłopaków na dworcu kolejowym (znakomita, niemal filmowa scena, powtórzona później w toku spektaklu).

Oczywiście cały niemal dwuipółgodzinny pierwszy akt to wiwisekcja rodzinnych traum, bilans braków i zaniedbań, jakie miały miejsce w obu domach, co stworzyło warunki do radykalizacji obu chłopaków. Jesteśmy świadkami przymuszania ich do woli rodziców, narodzin kultu Wilhelma Gustloffa, wtłaczanego od najmłodszych lat wnuczkowi przez Tullę, a także opresyjnych lekcji "niezależności" i samodzielności, które z synem odbywa Jakob.

Jedne z najważniejszych postaci spektaklu - dojrzałą Tullę Pokriefkę w pierwszym i jej babkę Gretę w drugim akcie - udanie kreuje Marzena Nieczuja-Urbańska.
Braki emocjonalne, zaniedbania wychowawcze, tzw. zimny chów - wszystko to odmalowano z wielką dbałością o detale. Drobiazgowość przy budowaniu kontekstu zbrodni wręcz szokuje i przywodzi na myśl seriale oparte na faktach, w duchu ostatnich udanych Netflixowych polskich produkcji, które chętnie wracają do lat 90. XX wieku, jak "Wielka woda" czy "Heweliusz".

Tutaj, podobnie jak w "Idąc rakiem", perspektywa czasowa jest zaburzona. Śledzimy wydarzenia rozgrywane w teraźniejszości bohaterów w 1997 r., ale też cofamy się do czasu poczęcia kluczowych bohaterów, ich dzieciństwa i młodości. Twórcy dbają o to, by widz się w tym wszystkim nie pogubił, dlatego znakomita, stonowana scenografia Joanny Załęskiej zawiera projekcje roku, którego dana scena dotyczy.

Akcja ogniskuje się wokół dwóch rówieśników, 17-letnich w momencie tragedii Niemców: Konrada i Wolfganga. Obaj fascynują się historią Wilhelma Gustloffa i to nie tylko statku zatopionego przez Sowietów w czasie ewakuacji niemieckiej ludności w 1945 r. (co do dziś stanowi największą w dziejach katastrofę morską, bo na dnie Bałtyku spoczęło prawie 9 tys. ludzi, w większości kobiet, dzieci i starców).

Ojcowie Konrada i Wolfganga w swoje śledztwo wprowadzają elementy psychodramy, odtwarzając przebieg zdarzeń.
Ważniejszy dla nich okazuje się gest chorwackiego Żyda Davida Frankfurtera, który w akcie protestu przeciwko nazizmowi zastrzelił nazistowskiego oficera Wilhelma Gustloffa, szefa oddziału NSDAP w Szwajcarii. Właśnie na cześć tego męczennika III Rzeszy nazwano wspomniany statek pasażerski.

W pierwszym akcie "Sprawy..." śledzimy zdarzenia z drugiej połowy XX wieku. W drugiej części spektaklu przenosimy się natomiast do czasów II wojny światowej i prób ewakuacji z Gdańska przed zbliżającą się do miasta Armią Czerwoną. Rodzina młodziutkiej Tulli usiłuje zdobyć upragnione bilety na "Wilhelma Gustloffa" i uniknąć zagłady, jaką przyniosą Sowieci. Dzięki temu kontekst części pierwszej zostaje wyjaśniony w najdrobniejszych szczegółach, w tym hardość i poglądy dojrzałej Tulli Pokriefke.

Wstrząsający teatr opowieści. Wstrząsający teatr opowieści. "Piękna Zośka" w Teatrze Wybrzeże
Opiekę dramaturgiczną nad tym czterogodzinnym (licząc przerwę) spektaklem powierzono aż dwóm dramaturgom - Maciejowi BogdańskiemuPiotrowi Pacześniakowi, którzy wspólnie z reżyserem Marcinem Wierzchowskim stworzyli też scenariusz spektaklu na bazie aktorskich improwizacji poświęconych motywom z "Idąc rakiem" Grassa. W efekcie powstało dzieło spójne, z gęstą dramaturgią i wiarygodnymi epizodami, choć z racji swojej objętości nieznośnie przegadane.

Poznajemy też migawki z życia obu młodocianych bohaterów - na zdjęciu Rosie (Karolina Kowalska) i Konrad (Kuba Dyniewicz).
Jego konstrukcja fabularna faktycznie przypomina dobry, wciągający miniserial, opowiedziany w jednym, dużym bloku. Zważywszy na ciężar gatunkowy przedstawienia jest to trudne w odbiorze, chociaż reżyser znakomicie radzi sobie z utrzymaniem uwagi i budowaniem wyrazistych, zapadających w pamięć scen. Oprócz "zapisu monitoringu" świetnie teatralnie wypada choćby moment bombardowania "Wilhelma Gustloffa".

Dobrze brzmią wypowiadane krzyżowo dialogi dwóch rodzin i ich historie, w których wyważono stopień dramatyzmu, by nie osunąć intrygi w operę mydlaną. Całość niesie historia bardzo wiernie oddająca ducha powieści Güntera Grassa. To wręcz lepka esencja "Idąc rakiem", rozbudowana o dramat obyczajowy obu rodzin.

Matkę, która nie potrafi zbudować bliskiej więzi ze swoim synem, przekonująco zagrała Anna Kociarz.
Dobrze odnajdują się w tej historii aktorzy. Wyrazistego Jakoba Stremplina, który wielokrotnie dynamizuje akcję, kreuje Maciej Konopiński. Biernego Paula Pokriefke, ale też zabawnego, prostodusznego Augusta (w drugim akcie), dobrze gra Marek Tynda. Złą matkę (Gabi Pokriefke), której trudno wykrzesać ciepłe uczucia wobec syna, wiarygodnie zagrała Anna Kociarz, a zestaw rodziców dobrze uzupełnia Monika Chomicka-Szymaniak w roli Ewy Stremplin.

Marzena Nieczuja-Urbańska od czasu "Nieczułości" nie miała tak dużej i udanej roli jak kreacje Tulli Pokriefke i - przede wszystkim - Grety Pokriefke. Jako Tulla jest zimna, surowa, uparcie gloryfikująca tragedię "Wilhelma Gustloffa" i umacniająca we wnuku kiełkujący nazizm, w jej odczuciu będący przejawem patriotyzmu. Jako Greta nadaje swojej bohaterce rys siłaczki, wyznawczyni ideałów nazistowskich, nie zapominając o komizmie i dowcipie.

Konrada Pokriefke (Kuba Dyniewicz) poznajemy w wielu sytuacjach i kontekstach. Szkoda, że to najmniej wyrazista postać przedstawienia.
W gruncie rzeczy marginalną w pierwszej części i dużo bardziej rozbudowaną w drugiej rolę Rosie i młodej Tulli ma Karolina Kowalska. Postaci 17-letnich kluczowych bohaterów powierzono studentom szkół aktorskich, pierwszy raz współpracujących z Teatrem Wybrzeże. Z tej dwójki zdecydowanie lepsze wrażenie pozostawia po sobie Błażej Szymański, który w roli Wolfganga i Willy'ego jest przekonujący i wyrazisty.

Niestety nie można tego napisać o jego adwersarzu grającym Konrada Pokriefke - Kubie Dyniewiczu, okazując silne emocje wpada w drażniące piskliwe tony i nie potrafi zamaskować wyraźnych braków warsztatowych. Lepiej prezentuje się jako Moritz w drugiej części przedstawienia.

Historia zapisana w ciele. Wierzchowski o pamięci i dziedziczeniu Historia zapisana w ciele. Wierzchowski o pamięci i dziedziczeniu
Na wysoką ocenę zasługuje bardzo dobra scenografia wspomnianej już Joanny Załęskiej (efektowna zmiana sądowych korytarzy na postapokaliptyczny klimat w drugiej części), dobrze dopełniające bohaterów kostiumy Pauli Grocholskiej i miła dla ucha, niemal serialowa muzyka Marty Zalewskiej (szczególnie przejmująco brzmią smyczki w drugim akcie).

Obiecujący debiut w Teatrze Wybrzeże zaliczył Błażej Szymański jako Wolfgang Stremplin i Willy.
Spektakl "Sprawa Davida Frankfurtera", pomimo dobrze prowadzonej dramaturgii i wielkiej reżyserskiej dbałości o detale, jest zdecydowanie za długi, szczególnie pierwszy akt wydaje się rozciągnięty ponad miarę. Nie jestem przekonany, czy część druga, bardzo spójna i dobrze zagrana we właściwych rytmach, w kontekście pierwszej w ogóle jest potrzebna. Ten ukłon w stronę literatury Grassa stanowi łopatologiczne dopowiedzenie wszelkich wątków i nie pozostawia miejsca na domysły.

Jednak efekt pracy Marcina Wierzchowskiego oraz jego współtwórców i aktorów Wybrzeża jest imponujący. Chociaż nie ma tu tak wybitnych aktorskich kreacji, jak Maciej Paluch w wykonaniu Piotra Biedronia czy Zofia Paluchowa zagrana przez Karolinę Kowalską w obsypanej nagrodami "Pięknej Zośce" tego reżysera, z pewnością "Sprawa..." też nie przejdzie bez echa. To kolejna bardzo udana odsłona teatru narracyjnego o dużej sile rażenia.

Spektakl

3.0
1 ocena

Sprawa Davida Frankfurtera

spektakl teatralny

Miejsca

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (33)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najczęściej czytane