O "Jej słowo. Jego słowo": gwałt czy seks "za zgodą"

Łukasz Rudziński
10 maja 2025 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (25)
Spektakl "Jej słowo. Jego słowo" z wszelkimi detalami oddaje przebieg rozprawy sądowej o gwałt. Na pierwszym planie domniemana ofiara Katharina (Katarzyna Kaźmierczak).

Przemoc wobec kobiet, choć niestety powszechna, w dalszym ciągu przefiltrowywana bywa przez społeczne wyobrażenia gwałtu i wizerunku ofiary. Temu zagadnieniu poświęcony jest dramat sądowy "Jej słowo. Jego słowo", który premierowo zobaczyliśmy na scenie Malarnia Teatru Wybrzeże w reżyserii Adama Orzechowskiego.



Sytuacja nakreślona w sztuce niemieckiego dramatopisarza Ferdinanda von Schiracha "Jej słowo. Jego słowo" bazuje na mało wyszukanym schemacie. On, Christian Thiede, to rzutki biznesmen, a ona, Katharina Schlüter, jest pewną siebie dziennikarką telewizyjną. Ich znajomość szybko przeradza się w płomienny romans.

SPEKTAKLE Co grają w trójmiejskich teatrach

Dream, czyli jak nie zostałem Kurtem Cobainem
8.2
cze 7
Dream, czyli jak nie zostałem Kurtem Cobainem
spektakl teatralny
Teatr Miejski
Sen nocy letniej
7.4
cze 7
Sen nocy letniej
balet
Opera Bałtycka
Szalone nożyczki
7.2
cze 7
Szalone nożyczki
spektakl teatralny
Teatr Muzyczny
Francja Elegancja
7.8
cze 7
Francja Elegancja
recital
Teatr Muzyczny
Gra
4.7
cze 9
Gra
Scena Teatralna NOT

Oboje mają partnerów, dzieci, ale marzą o tym, by porzucić dotychczasowe życie i być ze sobą oficjalnie, bez ciągłego okłamywania bliskich. Ten "idealny" plan jednak dziwnym trafem ciągle odkładany jest na później, aż do momentu, gdy romans się kończy.

Sędzia (Marek Tynda) dopytuje w najbardziej intymne szczegóły zajścia.
Autora dramatu nie interesuje moralny wydźwięk ich postępowania, tylko to, co wydarzyło się pomiędzy nimi później i co doprowadziło do tego, że widzimy ich na sali sądowej. Bezpośrednim powodem jest spotkanie kilka miesięcy po rozstaniu. Wszystko, co dzieje się na scenie, jest konsekwencją tego feralnego wieczoru. Ona zeznaje w sądzie, że została wtedy zgwałcona. Obrończyni oskarżonego przekonuje, że do żadnego gwałtu nie doszło, a Katharina mści się na Christianie za porzucenie.

Stopniowo na światło dzienne wychodzą nowe fakty. Dowodami w sprawie są nagrania monitoringu i sukienka, którą miała na sobie domniemana ofiara. Jako widzowie stajemy się ławnikami. To do nas skierowane zostaną mowy końcowe i to my mamy wydać werdykt, co tak naprawdę wydarzyło się pomiędzy kochankami.

Ciężar akcji spoczywa na przesłuchujących świadków prawnikach. Robert Ninkiewicz gra oskarżyciela posiłkowego Bieglera, wspierającego Katharinę.
Ciekawa scenografia Magdaleny Gajewskiej bardzo umownie nawiązuje do wystroju sali sądowej. Jest stół sędziowski, ale już oskarżająca i oskarżony siedzą na krzesłach zwróconych do siebie po dwóch stronach sceny. Od pierwszych chwil, gdy wchodzimy na widownię Malarni Teatru Wybrzeże, zaskakuje wielka widząca nad sceną prostokątna bryła, przypominająca górną część pudełka, dzięki czemu bohaterowie znajdują się w wizualnie ciasnej, klaustrofobicznej przestrzeni, udekorowanej czerwonymi ledami i ekranami.

Wizualizacje, których motywem przewodnim są obrazy związane z przebiegiem sprawy, to zasługa Natana Berkowicza. Pełną niepokoju muzykę, wypełniającą momenty, gdy na scenę wchodzą kolejni przesłuchiwani, przygotował Marcin Nenko. Reżyser Adam Orzechowski daje aktorom dużo przestrzeni, uzupełniając zeznania Kathariny o scenę miłosną z Christianem, którą widzimy w trakcie, gdy ona przywołuje wspomnienia z kluczowego dla sprawy spotkania.

Napastliwą obrończynię oskarżonego Christiana, Gretę, z powodzeniem kreuje Anna Kociarz.
To zresztą bodaj najsłabszy moment przedstawienia, bo pomiędzy grającą Katherinę Katarzyną Kaźmierczak a wcielającym się w rolę Christiana Maciejem Konopińskim nie ma podczas tej sceny żaru namiętności, który cechował znajomość ich bohaterów. Oboje jednak wypadają wiarygodnie w roli ofiar (ona jako rzekoma ofiara byłego kochanka, on w roli rzekomej ofiary pomówienia i zemsty za odrzuconą miłość).

Sprawę rozpatruje sąd, którego sędzia przewodniczący, grany przez Marka Tyndę, sprowadzony tu do roli sumiennego, zdystansowanego śledczego i dyscyplinującego prawników stron rozjemcy. Ciężar prowadzenia akcji przeniesiony jest na adwokatów - grająca obrończynię Christiana, Gretę Lange, Anna Kociarz swoją postać buduje na nieprzyjemnym, napastliwym tembrze głosu, przez który jej bohaterka z miejsca wydaje się antypatyczna, tym bardziej, że rola ta daleka jest od empatii i współczucia dla rzekomej ofiary gwałtu.

Oskarżony Christian (Maciej Konopiński) bardzo długo intryguje przysłuchiwaniem się zwierzeniom byłej kochanki i zeznaniom świadków bez jakiejkolwiek reakcji.
Z kolei prawnik Kathariny, oskarżyciel posiłkowy Biegler w wykonaniu Roberta Ninkiewicza, często gdera, mamrocze i nieelegancko przerywa wypowiedzi obrończyni, a przy tym akcentuje dramatyczne położenie swojej klientki, która z wszelkimi detalami musi publicznie opisywać swoją relację romantyczną z oskarżonym, następnie sam gwałt wraz z konsekwencjami. Ponieważ są postaciami publicznymi, dramat ten nagłośniony jest w mediach, a Katharina mierzy się z hejtem w social mediach, rozpadem małżeństwa i utratą możliwości wykonywania zawodu.

Historię uzupełniają nam zeznania świadków - a tych epizodycznych rolach nie ma za wiele czasu na zbudowanie postaci, ale Sylwii Górze (w roli Valerie, przyjaciółki Kathariny) oraz Jackowi Labijakowi jako poczciwemu taksówkarzowi udaje się całkiem nieźle.

Jak jesteśmy przekonani i wiemy, to robi się niebezpiecznie Jak jesteśmy przekonani i wiemy, to robi się niebezpiecznie
Inni raczej przekazują informacje, z których najważniejsze pochodzą od biegłej psycholożki Pii (przekonująca Ewa Jendrzejewska). W zamyśle autora sztuki ma ona przede wszystkim edukować publiczność na temat faktów i mitów związanych z gwałtem. Dane statystyczne przekonują, że najczęściej dokonywane są one na kobietach w dobrze im znanym otoczeniu - w domu, pracy czy na imprezie u znajomych - a gwałciciel to przeważnie osoba znana ofierze.

Dowody w sprawie widzimy na ekranach otaczających widownię Malarni, to np. zapis monitoringu.
Tak drobiazgowy i znakomicie odwzorowany przebieg rozprawy o gwałt pewnie byłby niemożliwy, gdyby autor Ferdinand von Schirach nie był aktywnym prawnikiem, który na co dzień ma do czynienia ze sprawami karnymi. Cały przebieg przywołanej sprawy jest nieoczywisty, reakcje i słowa obojga kluczowych bohaterów oraz zeznania świadków wymuszają właściwie na widzu prowadzenie własnego detektywistycznego śledztwa, które pozwoli ocenić, co tak naprawdę wydarzyło się u Christiana Thiede podczas wizyty Kathariny w jego domu.

Poruszony w przedstawieniu temat wymaga od inscenizatorów wiele taktu. Adam Orzechowski stanął na wysokości zadania i bardzo sprawnie rzecz wyreżyserował. Odpowiednia do tempa akcji dramaturgia sprawia, że zeznania kolejnych bohaterów nie brzmią monotonnie i pomimo aż stu minut bardzo statycznej formy przedstawienia, spektakl nie ma dłużyzn. To rzetelny i ważny głos w sprawie przemocy wobec kobiet i tego, jak płynne są granice "zgody na seks".

Miejsca

Spektakle

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (25)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najczęściej czytane