Koniec epoki VHS, memów i niezniszczalnych bohaterów kina akcji

Tomasz Zacharczuk
3 kwietnia 2026, godz. 10:00
Opinie (76)
Czy współczesne kino produkuje jeszcze ekranowe legendy pokroju Sylvestra Stallone'a albo niedawno zmarłego Chucka Norrisa? A może żyjemy już w epoce "zwykłych" gwiazd, w których nie dostrzegamy niczego wyjątkowego?

Podobno Chuck Norris umarł już dziesięć lat temu, ale śmierć bała mu się o tym powiedzieć. W końcu zebrała się na odwagę. Odejście słynnego "Strażnika Teksasu" i bohatera niezliczonej liczby memów dla osób dorastających w latach 90. oznaczało pożegnanie z jedną z telewizyjnych ikon ich dzieciństwa. Czy za 2-3 dekady dzisiejsi nastolatkowie z równie silnym sentymentem będą wspominać swoich ekranowych idoli - o ile takich mają? A może żyjemy już w epoce, w której kino przestało produkować legendy?





Czemu współczesnym aktorom trudniej jest zyskać status kultowej "legendy" na miarę gwiazd kina z lat 90.?

To chyba jedyny taki przypadek, gdy zmarłego aktora żegnano solidną porcją żartów i wysypem memów - mieszczących się oczywiście w granicach dobrego smaku. I sądzę, że Chuck Norris na taką formę uhonorowania jego osoby wcale by się nie obraził. Hollywoodzki gwiazdor od wielu lat zresztą był świadomy tego, jak wielką furorę w sieci robią obrazki z jego wizerunkiem i kolportowane w ogromnych liczbach humorystyczne teksty podkreślające jego niezniszczalność.

Dla młodszych osób był bohaterem wiralowych dowcipów. Dla starszych - a szczególnie tych, którzy dorastali w latach 90. - przede wszystkim "Strażnikiem Teksasu", "Zaginionym w akcji" i przeciwnikiem Bruce'a Lee w "Drodze smoka". Nie były to raczej wybitne produkcje i wybitne role, bo wybitnym aktorem Chuck Norris przecież nie był. Był natomiast - na swój sposób - legendą, o czym najlepiej świadczy fakt, że o jego śmierci rozpisywały się wszelakie media, a w internecie żegnały go osoby, które potencjalnie z kinem niewiele mają wspólnego.

"Niezniszczalne" gwiazdy bez godnych następców?



Ostatnim filmem z udziałem Norrisa, który doczekał się kinowej dystrybucji, była druga część "Niezniszczalnych". To właśnie na planie tej produkcji - i poprzedzającej ją "jedynki" - udało się zebrać skład, który dla pokolenia dzisiejszych 40-latków był tym, czym dla fanów basketu koszykarski Dream Team z Igrzysk w Barcelonie. Na ekranie legendy kina "kopanego" i VHS-owych "akcyjniaków": Sylvester Stallone, Arnold Schwarzenegger, Bruce Willis, Jean-Claude van Damme, Dolph Lundgren czy Mickey Rourke.



Nic dziwnego więc, że tak "mocarna" seria doczekała się łącznie czterech części. Dwie ostatnie zaliczyły już jednak spektakularną klapę - i jakościową, i finansową. I to właśnie w tych odsłonach twórcy postawili sobie za cel odświeżenie ekranowej ekipy i próbę dotarcia do młodszych widzów. Fiasko tych starań wynikało nie tylko z "przepalonego" już potencjału całego cyklu, ale również z faktu, że zabrakło wartościowych zmienników dla zasłużonych legend.

Casus ostatnich "Niezniszczalnych" to współczesne Hollywood w pigułce - trudno dziś wykuwać w tej filmowej fabryce nowe aktorskie ikony, które mogłyby przejąć pałeczkę po osławionych już starszych kolegach i koleżankach. Inna sprawa, że coraz rzadziej we współczesnych gwiazdach dostrzegamy pierwiastek wyjątkowości, a zarówno role, w jakie się wcielają, oraz filmy, w których grają, nie pretendują raczej do miana kultowych.

Na brak nowych twarzy Hollywood obecnie nie może narzekać. Po aktorów młodego pokolenia chętnie sięga m.in. Denis Villeneuve, który łącznie w trzech częściach "Diuny" postawił m.in. na Timothee Chalameta, Zendayę, Anyę Taylor-Joy, Florence Pugh czy Austina Butlera.

"Stara gwardia" nadal radzi sobie z "młodymi wilkami"



"Boomer narzeka, że kiedyś to było, a teraz nie ma" - pomyśli być może w tym momencie niejeden lub niejedna z was, ale wcale nie uważam, że filmowych gwiazd młodego pokolenia obecnie nie ma. Timothee Chalamet, Zendaya, Tom Holland, Jenna Ortega, Sydney Sweeney, Glen Powell czy Austin Butler - to coraz gorętsze i bardziej znaczące nazwiska na hollywoodzkiej giełdzie, ale trudno je - przynajmniej na tym etapie ich karier - zestawić choćby z tymi, którzy w przybliżonym wieku ponad dwie dekady temu szturmowali branżę: Leonardem DiCaprio, Bradem Pittem, Johnnym Deppem, Angeliną Jolie czy Natalie Portman.

Właściwie poza Chalametem trudno w jego pokoleniu doszukać się kogoś, kto miałby już na koncie kilka spektakularnych i charakterystycznych ról. I kto mógłby w pojedynkę wyprzedawać filmy, w jakich gra. Aby znaleźć takie osoby, trzeba już wziąć na radar nieco starsze pokolenie. Margot RobbieEmma Stone kryteria "wyprzedawalności" i rozpoznawalności idealnie spełniają. Pierwsza z nich jest dziś być może największą kobiecą gwiazdą Hollywood, druga jeszcze przed 40. urodzinami uzbierała 5 nominacji do Oscara i dwie statuetki. Wśród panów chyba najbliżej podobnego statusu jest Ryan Gosling, któremu już jednak znacznie bliżej do 50-tki niż 40-stki.

Potrzebujesz biletów? Sprawdź nasze konkursy



O tym, że młodzi nie mają jeszcze mocno ugruntowanej pozycji wśród widzów, świadczą wyniki przeprowadzonego jakiś czas temu badania National Research Group. Sprawdzono, jakie gwiazdy Amerykanie najbardziej lubią oglądać i kto w największym stopniu przyciąga ich do kin. Na liście znaleźli się m.in. Tom Cruise, Leonardo DiCaprio, Julia Roberts, Dwayne Johnson, Harrison Ford, Keanu Reeves, Robert Downey Jr. czy Denzel Washington. Czyli osoby, które od dwudziestu i więcej lat brylują w swoim fachu. Najmłodszym aktorem w tym gronie, który uplasował się zresztą na ostatnim, 20. miejscu, był 42-letni Chris Hemsworth.

Nikt od razu nie staje się legendą. Wydaje się jednak, że kiedyś takiego statusu można było się dorobić znacznie szybciej. Na zdj. kadr z "Wywiadu z wampirem", który zapoczątkował hollywoodzkie kariery dwóch kolosów współczesnego kina - Brada Pitta i Toma Cruise'a.

Dużo filmów i seriali, mało nowych wielkich gwiazd?



Oczywiście wiek nie jest tu żadnym wyznacznikiem sukcesu. Któż pamięta (i czy ktokolwiek w ogóle oglądał) 20-letniego Pedro Pascala czy równie młodego Jasona Momoę? Zresztą o późnej rozpoznawalności i odłożonej w czasie karierze wiele mogliby powiedzieć np. Jack Nicholson czy Morgan Freeman. Skoro to nie PESEL determinuje status gwiazdy, to dlaczego dziś tak trudno zasłużyć sobie na uwielbienie i nieśmiertelność wśród widzów?

Obecnie można przecież zabłysnąć nie tylko na wielkim ekranie, ale - za sprawą platform streamingowych i seriali - także na małym. Paradoksalnie ten nie tyle już nasycony, a wręcz przesycony rynek wcale tak przyjazny gwiazdom nie jest. Kiedyś kręcono mniej filmów. Aktorom łatwiej było o wielką rolę i łatwiej było zapisać się na dłużej w pamięci widzów. Dziś, przy szalonym tempie produkowania filmów i seriali oraz w obliczu olbrzymiej konkurencji (trzeba przecież kimś te tytuły "zapełnić"), trudniej jest się przebić na szczyt. Jeszcze trudniej jest na nim pozostać.



Nie tylko ilość, ale i jakość współczesnych filmów nie sprzyjają wykuwaniu aktorskich legend. Nie należę do grona tych, którzy uważają, że obecne kino nie ma już nic do zaoferowania, aczkolwiek faktem jest, że w erze filmowego recyklingu, "marvelizacji" kina i przeciętnego poziomu produkcji streamingowych trudniej jest "dokopać się" widzowi do tytułów, które spełniają dwa istotne warunki: są wartościowe, ale jednocześnie nie są niszowe. A to obowiązkowy warunek, by z filmowej gwiazdy stać się legendą.

Nie lubię tego kryterium, lecz tu akurat będzie ono bardzo obrazowo przedstawiać sytuację: Oscary. Do zwycięzców z lat 90. - "Forresta Gumpa", "Milczenia owiec", "Titanica" czy "Bravehart" - bez trudu dopiszemy nazwiska największych gwiazd tych produkcji. A teraz spójrzmy na laureatów ostatniego dziesięciolecia - kto dziś pamięta takie tytuły, jak "Nomadland", "CODA", "Spotlight" czy "Moonlight"? Nawet obeznany ze współczesnym kinem widz będzie miał problem, aby z pamięci wymienić artystów grających w tych filmach.

Dziś młode gwiazdy - pokroju Sydney Sweeney czy Glena Powella - są rozpoznawalne, biorą udział w licznych kampaniach reklamowych, mają miliony "followersów", ale czy za kilkadziesiąt lat będziemy ich stawiać w jednym szeregu z obecnymi ikonami kina?

Kto, czy i jakich filmowych idoli dziś potrzebuje?



Być może jednak tym, co w największym stopniu osłabiło mit hollywoodzkich gwiazd, jest sposób, w jaki obecnie je postrzegamy. Kiedyś otaczała je aura wyjątkowości i tajemniczości. Wielkich aktorów i aktorki traktowaliśmy jak ekranowych herosów - niedostępnych zwykłemu "śmiertelnikowi". Dziś - w erze internetu i social mediów - są dla nas bardziej przyziemni, osiągalni i zwyczajni. Wszystko, co robią i mówią poza planem zdjęciowym, natychmiast trafia do obiegu i poddawane jest ocenie oraz krytyce. To wyraźne zmniejszenie dystansu między widzem a filmową gwiazdą powoduje, że przestajemy przypisywać jej status legendy czy idola.

Zresztą kto miałby w gwiazdach tego idola dostrzec? Okazuje się, że dzisiejsi nastolatkowie niespecjalnie zainteresowani są kinem. Z ubiegłorocznych badań PISF wynika, że w Polsce filmy na wielkim ekranie ogląda mniej niż 10 proc. osób w przedziale wiekowym 15-19 lat. Podobnie wyglądają statystyki dotyczące oglądania filmów przez młodych ludzi w streamingu. Dziś aktorzy i aktorki o popularność muszą rywalizować już nie tylko z gwiazdami sportu czy muzyki, ale przede wszystkim z gwiazdami internetu. I niewykluczone, że więcej nastolatków kojarzy Young Leosię, MrBeasta, Speeda, Friza czy Hi Hanię niż Chalameta, Zendayę lub Ortegę. O starszych aktorach nie wspominając.



Kto wie, czy właśnie dlatego z podobnymi honorami, nostalgią i poczuciem symbolicznego końca pewnej epoki będziemy żegnać już głównie gwiazdy własnego dzieciństwa. Tych nowych być może czeka popularność, sukces, rozpoznawalność i miliony obserwujących, ale niekoniecznie status postaci, które naprawdę wrastają w zbiorową pamięć i zasługują na miano kultowych.

Z drugiej strony Hollywood już niejednokrotnie zaliczało sztafetę pokoleń i wcale nie jest wykluczone, że za kilkadziesiąt lat wschodzące gwiazdy nazywane będą "nowym Chalametem", "nową Sweeney" czy "nowym Goslingiem". I wówczas wszystkie te dywagacje o tym, czy kino produkuje jeszcze legendy, można będzie potraktować kopniakiem z półobrotu. W stylu niezniszczalnego Chucka Norrisa.

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (76)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Technikalia 2026 (3 opinie)

(3 opinie)
75 zł
festiwal muzyczny, rock / punk, pop

Maryla Rodowicz (3 opinie)

(3 opinie)
110 - 250 zł
Kup bilet
pop

Koszykówka: AMW ARKA Gdynia - King Szczecin

20 - 45 zł
mecz

Feel & Przyjaciele

149 zł
Kup bilet
pop

IMANY - Women Deserve Rage Tour

364 zł
Kup bilet
blues / soul, pop

Nowe Lokale

Konkursy

Konkursy Zaproszenia na "Tajny Agent" | Dni Krytyki Filmowej w Gdyni
Już wkrótce

Zaproszenia na "Tajny Agent" | Dni Krytyki Filmowej w Gdyni

Do wygrania 2 podwójne zaproszenia

Najczęściej czytane