- 1 Festwial dla tych, którzy kochają kawę (22 opinie)
- 2 "Król dopalaczy": oczekiwaliśmy więcej (18 opinii)
- 3 Jakub Błaszczykowski w Sopocie
- 4 Gosia Andrzejewicz w Sopocie. Nostalgia i hity (4 opinie)
- 5 Takie koncerty nie zdarzają się często (11 opinii)
- 6 Restauracja podawała dania z pudełek (169 opinii)
Maja Laura Jaryczewska: zbyt odważna dla radia
Zbyt odważna dla radia, zbyt awangardowa dla dużych wytwórni - Maja Laura Jaryczewska od początku funkcjonuje poza systemem, który premiuje algorytmy i przewidywalność. W rozmowie z nami opowiada o przejmowaniu pełnej kontroli nad własną muzyką, budowaniu niezależności poza dużymi strukturami, granicach kompromisu i potrzebie autentyczności. Mówi też otwarcie o zdrowiu psychicznym, doświadczeniu uzależnienia i o tym, dlaczego wolność artystyczna bywa kosztowna, ale dla niej niepodlegająca negocjacjom.
Alicja Olkowska: twój debiut "Bardo" został uznany za "zbyt odważny dla radia", a Kayax uznał Cię za "zbyt awangardową". Jak wyglądał dla ciebie moment, kiedy postanowiłaś wziąć pełną kontrolę nad swoją muzyką i założyć własną wytwórnię?
Maja Laura Jaryczewska:wytwórnia to duże słowo, Maja Laura Records to małe wydawnictwo stworzone, by realizować moje indywidualne potrzeby, choć marzy mi się, by rozszerzać w przyszłości tę działalność. Zdarzało mi się już w przeszłości współpracować z innymi artystami, teraz dla przykładu wydajemy debiutancki singiel Figgera, z którym współtworzę duet Figger & Maja Laura.
Wydałam już kilka swoich płyt, a zaczęło się od tej debiutanckiej - po prostu żadni "panowie z wytwórni" nie rozumieli tej muzyki, proponowali zmiany (począwszy od muzyki po okładkę płyty), które były dla mnie kompletnie oderwane od klimatu, który proponowałam i który chciałam utrzymać.
Nie mogłam zgodzić się na zniszczenie swoich ideałów. Z moich obserwacji wynika, że duże wytwórnie nie dbają o oryginalność, indywidualizm, nie szukają kogoś, kto ma do powiedzenia coś autentycznego. Liczą się dla nich liczby, algorytm, co motywują oczywiście pieniądze. Z jednej strony to zrozumiałe, a z drugiej strony bardzo smutne i beznadziejne, że nie istnieje dla tego typu firm odpowiedzialność za współtworzenie kultury.
-
Lubię to 2
-
Super 2
-
Trzymaj się
-
Ha ha 4
-
Wow
-
Przykro mi 1
-
Wrr
- Wszystkie 9
Figger & Maja Laura, ft. Krzysztof Jaryczewski - Dotyk
To dla mnie komplement. Sama uwielbiam twórców, którzy nie mieszczą się w konwencjach albo tworzą własne. Tak, zdarzyło mi się nie przyjąć pewnych propozycji, np. dołączenia do zespołu. Absolutnie nie jestem muzykiem sesyjnym. Szybko zdałam sobie sprawę, jak bolesny dyskomfort sprawia mi granie muzyki, której nie czuję. A rzadko coś, co nie jest moje, czuję.
Był czas, choćby na studiach w gdańskiej Akademii Muzycznej, że w ramach ćwiczeń, zajęć zespołów instrumentalnych itd. musiałam grywać coś, co było mi bardzo odległe - tamten czas pozwolił mi poznać siebie. Dzisiaj myślę, że moje otoczenie muzyczne wie, że ciężko mnie podporządkować pod "projekt" i wiem też, że na muzyka sesyjnego po prostu się nawet nie nadaję - większość muzyków, którzy słyszą mój ukochany syntezator, raczej reaguje zdziwieniem i mało kto potrzebuje takiego ostrego, brudnego brzmienia w swojej muzyce.
Ten wątek pojawia się również przy współpracach typu muzyka do filmu czy audiobooka - tutaj sztuką jest zachować siebie, a jednocześnie, co najważniejsze, sprostać wymaganiom reżysera czy producenta, a raczej jego artystycznej wizji. Na ten moment i na tym polu udało mi się szczęśliwie zachować siebie, choć zdarzyło się, że było to bardzo trudne i sięgałam swoich granic.
W "Monk, My Dear" reinterpretujesz twórczość Theloniousa Monka. Co z jego muzyki było dla ciebie najbardziej inspirujące i jak wyobrażałaś sobie jej przeniesienie w polski kontekst jazzowy?
Monka pokochałam "od pierwszego usłyszenia". Bliska jest mi jego muzyczna niedoskonałość, chropowatość, pozorna brzydota. To muzyk, który był jedyny w swoim rodzaju. Grał po swojemu, nie licząc się z głosami krytyki, choć były one liczne - zarzucano mu, że "gra jak słoń". Istotnie, miał wyjątkową, charakterystyczną tylko dla niego artykulację, która była odważna, nietuzinkowa i z pewnością nienaśladowcza - grał twardo, klasterami, nie cackał się z klawiaturą. Można by powiedzieć, że grał "brzydko". W szkole na pewno powiedziano by mu, że to jakiś skandaliczny performance. Jednak dla mnie to "brzydko", niedoskonale to właśnie największe piękno. Te jakości odzwierciedlają dla mnie jakąś fundamentalną prawdę, są szczerym odbiciem człowieczeństwa.
Z czasem dowiedziałam się, że łączy mnie z Monkiem nie tylko muzyka, ale także konstrukcja psychiczna. Ze wspomnień wynika, że Monk mierzył się najprawdopodobniej z chorobą afektywną dwubiegunową bądź ze schizofrenią. Ja choruję na tę pierwszą. Te fakty jeszcze bardziej zbliżyły mnie do postaci Monka.
Do piekła i z powrotem. Biografia Krzysztofa Jaryczewskiego
Jeśli chodzi o kontekst polski - ja mam przekonanie, że nie ma potrzeby, by naśladować jazzowe kanoniczne amerykańskie wzory sprzed lat. Uważam, że jako ludzie z innego kontynentu, żyjący dekady po narodzinach jazzu w jego esencjonalnej formie, którzy nie doświadczyli warunków, w jakich w Ameryce rodził się jazz, nie jesteśmy w stanie tego ducha w pełni odtworzyć. To przekonanie przekładam na swoje interpretacje Monka czy w dalszych planach Shortera. Przede wszystkim chcę być sobą i pokazać, co czuję, a przy tym nie zniszczyć oryginalnego utworu i pokazać go najpiękniej, jak potrafię, przekonując słuchaczy do głębszego zapoznania się z twórczością legendy. Nie chcę, by takie postaci jak Monk odeszły w zapomnienie, walczę, by młodzi wiedzieli, kim on był.
Współpracujesz zarówno z teatrem Krzysztofa Warlikowskiego, jak i z zespołami rockowymi czy projektami jazzowymi. Jak różni się twoje podejście do muzyki scenicznej i studyjnej?
Tak. Funkcjonuję na różnych płaszczyznach, ciągnie mnie ku odległym z pozoru sobie obszarom, ale dla mnie muzyczny podział gatunkowy jest zbędny. Ostatnio rozpoczęłam współpracę z Nowym Teatrem, w którym dyrektorem artystycznym jest Krzysztof Warlikowski. Początek tej współpracy był onieśmielający. Do projektu "Nightfall", który wykonujemy w teatrze, zaprosił mnie mój były wykładowca z Akademii Muzycznej w Gdańsku, Paweł Mykietyn. Wykonujemy utwory Pawła do słów amerykańskiej poetki Sary Teasdale.
Jeśli chodzi o zespoły rockowe, takie jak np. Oranżada czy w przeszłości Ścianka - tę rockową energię mam po prostu we krwi, ona we mnie żyje i odzwierciedla się również w jazzie czy innych klimatach, które muzycznie tworzę. Nie tylko muzycznie zresztą.
Łączysz muzykę z działalnością społeczną i poruszasz trudne tematy jak zdrowie psychiczne czy uzależnienia. Czy kiedykolwiek czułaś presję, żeby to przemilczeć, żeby "nie stracić słuchaczy"?
Zgadza się, łączę. Przynajmniej się staram. Co do presji - nigdy nie myślałam w taki sposób. Działalność społeczna jest dla mnie chyba czymś bardziej wartościowym niż muzyka. Od kiedy stawiałam pierwsze kroki, np. w ramach działalności Stowarzyszenia Otwarte Klatki czy w Fundacji Efektywny Altruizm, wiedziałam, że jestem w stanie poświęcić muzykę na rzecz pomocy innym.
Tak to przez długi czas w moim życiu wyglądało, nawet chciałam na pewnym etapie muzykę porzucić. Jednak zrozumiałam, że muzyka to dla mnie jak oddychanie, że jest to ogromna część mojej tożsamości, że "myślę" muzyką. Tego nie dało się i nie da wyplenić. Już nawet nie próbuję. Ale próbować będę za to te dwa obszary dalej łączyć.
Na ten moment chcę poświęcić trochę więcej uwagi na opowiadanie swojej historii związanej z uzależnieniem. Widzę, że jest na to społecznie dobry czas, są wokół ludzie, którzy robią to samo, co jest dla mnie ogromnym wsparciem. Byłam z tatą w podcaście "Po odwyku" Jakuba Żulczyka i Juliusza Strachoty. Kilka dni temu zadzwonił Misiek Koterski z zaproszeniem do swojego ośrodka. Bardzo się cieszę, że mogę współdziałać w tak ważnym temacie.
Patrząc na swoją karierę i życie, co uważasz za największy kompromis, którego musiałaś dokonać i czego nigdy byś nie poświęciła dla sukcesu?
Chyba nie ma takich kompromisów, patrząc na moją dotychczasową ścieżkę. Jestem z tego zadowolona. Lecz jeśli już mowa o jakimkolwiek tego typu podejściu, to staram się stosować je we współpracy z moim przyjacielem Andrzejem Figgerem, z którym, tworząc duet Figger & Maja Laura, dotykamy najbardziej popowych, zbliżonych do brzmień mainstreamowych rejonów. Tutaj czasami gryzę się w język lub odpuszczam. Ale też jest to jedyny mój zespół, w którym działamy na zasadach 50/50, a w tego typu sytuacjach to jednak nieuniknione.
To wbrew mojej naturze, ale widząc, jak ciężko przychodzi mi współpraca, staram się do niej przekonywać i zachowywać otwartą głowę, lubię na przykład przyznawać się do błędów, bo wtedy wiem, że będę się rozwijać, choć to oczywiście niełatwe. W ogóle uważam za jedną z większych mądrości zdolność przyznawania się do błędu czy powiedzenia "nie wiem".
Nie sposób pominąć w rozmowie twojego ojca, Krzysztofa Jaryczewskiego - muzyka legendy. Jak jego obecność i doświadczenie kształtowały twój własny język muzyczny i podejście do twórczości?
Tak, jak już napomknęłam wcześniej - rockową energię po prostu mam we krwi. To dzięki niemu muzyka jest w moim życiu. Jest to ktoś, do kogo zwracam się w największych dylematach. Jego historia jest dla mnie również przykładem, że wszystko jest możliwe. Zawsze mi to powtarzał. Jest i zawsze był jednak również dość surowy wobec mojej twórczości. Zawsze przyjmuję jego opinię i zazwyczaj wyciągam z niej coś, co później wdrażam w życie.
Natomiast różnimy się w gustach, poczuciu estetyki - on woli jazz-rock i fusion, a ja free jazz czy muzykę współczesną i klasyczną. Ale na przykład oboje kochamy Hendrixa.
W mediach społecznościowych artyści często pokazują tylko sukcesy. Jak ty radzisz sobie z własnym wizerunkiem online i czy starasz się w nim pokazać też trudniejsze momenty?
Swoje social media traktowałam do tej pory głównie jako miejsce, gdzie prezentuję swoją muzykę. Oczywiście gdy biorę udział w rozmowach w innym charakterze, również je u siebie udostępniam, ale wolę, by tego typu treści były przekazywane w jakieś ustrukturyzowanej, profesjonalnej, jakoś zaplanowanej formie niż krótkie urywki. Sądzę, że na ważne tematy warto mówić obszerniej, niż próbować zmieścić się w 20-sekundowej rolce.
Potrzebujesz biletów - sprawdź nasze konkursy
Z drugiej strony widzę oczywiście, dokąd zmierza świat i zdaję sobie sprawę, że aby być w stanie coś przekazać, trzeba się do trendów dostosować. Planuję obecnie, jak mogłabym przekazywać tego typu treści samodzielnie, nie mając poczucia braku profesjonalizmu. Niewykluczone, że zacznę generować coś samodzielnie, a nie tylko uczestnicząc w wywiadach.
Przygotowujesz debiut poetycki. Możesz zdradzić więcej na ten temat?
To dla mnie bardzo ważna rzecz, która od lat jest wciąż w ukryciu. Moja zmarła mama była poetką, choć poetką wstydliwą, skrytą. Jej wiersze były publikowane w jakichś gazetach, głównie za czasów jej młodości. Później poszła ścieżką zawodową (była terapeutką, ukończyła także resocjalizację), a pisała głównie do szuflady. Ja po jej śmierci tę szufladę przeczesałam. Zajęło mi to parę dobrych lat, gdyż to wiersze przeogromnie smutne. Przez kilka lat nie byłam w stanie przeczytać ich wszystkich, szło to powoli, czytałam po kilka, płakałam i je odkładałam, by za jakiś czas do nich wrócić.
Udało mi się już wybrać moim zdaniem najlepsze wiersze mamy. Marzyła bowiem, by je wydać, niestety nie zdążyła. Obiecałam sobie, że ja je wydam. Abstrahując od tego, że to wiersze bliskiej mi osoby, uważam, że są po prostu piękne.
Ja też od dawna piszę wiersze, które jeszcze nie wyszły na światło dzienne. Zdecydowanie zaczęłam pisać więcej po śmierci mamy. Poświęciłam na to piekielnie dużo czasu w ostatnich latach. W ostatnich miesiącach doszłam do wniosku, że chciałabym zrobić wydanie, w którym wiersze moje i mamy będą wymieszane. Chciałabym ten tomik nazwać "Niebo nade mną, pode mną, we mnie" - to tytuł jednego z moich ulubionych wierszy mamy. Czyż nie piękny?
-
Lubię to 2
-
Super
-
Trzymaj się 1
-
Ha ha 2
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 5
Maja Laura - Edward Nożycoręki
Odpowiedź na to pytanie nie może być jednoznaczna ani prosta. Istotnie Trójmiasto to wyjątkowe miejsce na muzycznej mapie Polski, Warszawa również taka jest, ale to Trójmiasto mnie ukształtowało. Mieszkając w Gdańsku czy Sopocie i rozpoczynając granie na scenie, czułam, że liczy się tylko muzyka. Dla większości tych ludzi naprawdę tak jest. W Warszawie dużo bardziej liczą się pieniądze, popularność.
Trójmiejskie środowisko artystyczne, choć nie jestem dziś jego aktywną częścią, na pewno bardzo zmieniło się w ostatnich latach. Zawsze było dużo wsparcia wynikającego głównie z oddolnych działań samych artystów, dało się wyraźnie odczuć, że tworzymy razem coś dużego, że wszyscy żyjemy tą samą pasją, nie myśląc o kosztach i zyskach. To jest pewnego rodzaju bezkompromisowość. Widzę coraz to kolejne podmioty, które powstają w Trójmieście, by zrzeszać i wspierać lokalnych twórców, z czego nic tylko się cieszyć.
Dalej współpracuję z ludźmi związanymi z Trójmiastem, bo jakoś tak się składa, że mieszkają tam tacy, którzy są, wbrew popularnemu stwierdzeniu, niezastąpieni - jak np. Piotr Pawlak, Jakub Klemensiewicz czy Krzysztof Hadrych.
Gdybyś miała opisać Trójmiasto nie jako miejsce na mapie, ale jako stan mentalny - co by to było za miejsce: bezpieczne, wymagające, inspirujące czy ambiwalentne? Masz tu jakieś swoje ukochane miejsca?
Moim ukochanym miejscem jest Sopot. To tutaj mieszkało mi się najlepiej i pewnie zostałabym tam, gdyby nie chęć powrotu w rodzinne strony (jestem z Warszawy). Sopocka plaża w zimie to coś, za czym bardzo tęsknię, również spacery po pustym Monte Cassino.
Stan mentalny Trójmiasta to dla mnie wiatr, ale także spokój. Na próżno tego szukać w innych miejscach. W zeszłym lecie nagrałam płytę fortepianową w ogrodzie Muzeum Sopotu, to nagranie koncertowe zrealizowane przy pomocy Marcina Jacobsona. Zarejestrowaliśmy śpiew mew, który unosi się nad dźwiękami fortepianu. Płakałam, gdy grałam ten koncert. Nie dość, że gram sobie w sopockim ogrodzie, to jeszcze improwizuję na fortepianie, czyli robię to, co najbardziej kocham. Chcemy, aby ten materiał doczekał się jakiejś warstwy wizualnej, a następnie będę go publikować.
Kiedy i gdzie będziemy mogli cię usłyszeć w Trójmieście?
W sezonie letnim na pewno ponownie wystąpię w Sopocie improwizując na fortepianie. Dokładną datę oraz pełną rozpiskę swoich występów publikować będę na bieżąco w swoich mediach społecznościowych.
Konkurs zakończony
Szczegóły konkursu
Płytami nagrodzimy najciekawsze naszym zdaniem odpowiedzi na zagadnienie konkursowe.
Czas trwania konkursu
17.02.2026 g. 07:00 - 18.02.2026 g. 11:15
Nadesłano 28 odpowiedzi
Zwyciezcy
Dominika C., Magda M., Karolina Z.
Miejsca
Wywiady
Wydarzenia
Opinie wybrane
-
2026-02-17 07:50
Oby więcej takich artystów. Podsiadlizm i Sanahizm opanował juz wszystkie algorytmy tworzenia hitów i lista trojki
przypomina atak kiepskich klonów.
- 31 5
-
2026-02-17 07:40
Nie znam, ale zaznaczyłem sobie płytę w serwisie do odsłuchania i może zdążę coś napisać. (2)
Miłego dnia!
- 10 6
-
2026-02-17 12:34
Podjąłem próbę i przyznam się, że nie dałem rady wysłuchać całości.
Jeden kawałek z całej płyty był w akceptowalnym przeze mnie klimacie ('Round Midnight). Pozostanę jednak przy czymś lżejszym np. GoGo Penguin.
- 0 0
-
2026-02-17 10:15
Wartościowy komentarz - dobrze ze został wyróżniony
- 1 0
-
2026-02-17 07:34
Bardzo wrażliwa artystka i osoba (1)
Obserwuję od kilku lat jej poczynania, myślę, że potrzeba tu większej mimo wszystko wytwórni, by mogła szerzej zaistnieć. Ma wiele ciekawego do powiedzenia i zaśpiewania
- 11 10
-
2026-02-17 07:40
Dziwne, że obserwujesz a nie słuchasz
Może w tym jest przyczyna twojej opinii innej od reszty?
- 2 5
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.



