- 1 Czy opłata serwisowa zabija napiwki? (147 opinii)
- 2 Trendy, które wydawały się żartem (46 opinii)
- 3 Chcę tylko posiedzieć na własnej kanapie (93 opinie)
- 4 Mają setki znajomych, a do kawiarni idą sami (37 opinii)
- 5 "Nieśmiertelny" powstaje w Gdyni (39 opinii)
- 6 Dzień Absolwenta 2026 na Politechnice Gdańskiej (15 opinii)
Recenzja "Mortal Kombat II": pierwszorzędna jatka i niepoprawna rozrywka
Wydawało się, że artystyczne fiasko ekranizacji kultowej gry wideo sprzed pięciu lat oznaczało dla jej twórców definitywne "game over". Okazuje się jednak, iż w przemyśle filmowym, podobnie jak w komputerowej rzeczywistości, można otrzymać kolejne "życia" i - co istotne - efektywnie je wykorzystać. "Mortal Kombat II" to przykład dobrze odrobionej lekcji, bo naprawiając główne błędy "jedynki", nareszcie udało się stworzyć widowisko bliskie temu, w co wielu z nas "zagrywało się" trzy dekady temu. Nie jest to z pewnością, nawiązując do rozstrzygnięć w samej grze, "flawless victory" - czyli zwycięstwo odniesione bez otrzymania obrażeń, lecz w końcu czuć tu klimat i dynamikę popularnej bijatyki.
KINO Co w kinie? Sprawdź aktualny repertuar
Produkcja z 2021 roku nie była oczywiście pierwszą filmową adaptacją tytułu wymyślonego na początku lat 90. przez Eda Boona i Johna Tobiasa. Już trzy lata po wydaniu premierowego "Mortal Kombat" pojawiło się w kinach widowisko w reżyserii Paula W.S. Andersona. I choć brytyjskiemu reżyserowi udało się z grubsza przenieść na ekran specyfikę gry i najbardziej charakterystyczne dla niej postaci, to sam film, poza przebojowym motywem muzycznym, niczym szczególnym w pamięci widzów się nie zapisał.
Ponad ćwierć wieku później za ponowną ekranizację "Mortal Kombat" zabrał się Simon McQuoid, ale do opatrzonego mnóstwem oczekiwań wyzwania podszedł aż nazbyt poważnie. W efekcie zamiast soczystej i angażującej bijatyki dostaliśmy mdłe i przepełnione patosem widowisko fantasy - z marną jakością CGI, niemal zerową choreografią i dramaturgią starć oraz niezrozumiałymi decyzjami fabularnymi. Na czele z wyborem na głównego bohatera postaci, która w ogóle nie istniała w grze oraz - co było już kuriozalne samo w sobie - pominięciem formuły turnieju, który jest przecież esencją "Mortal Kombat".
McQuoidowi właściwie udało się jedynie przywrócić filmowej wersji jakże charakterystyczną dla serii gier wideo brutalność - i to nie tylko poprzez pokazanie na ekranie tzw. "fatalities", czyli makabrycznych wykończeń dokonywanych na pokonanym przeciwniku. Lista zażaleń fanów "Mortal Kombat" i miłośników kina akcji była jednak długa. I oto stała się rzecz niebywała. Nie dość, że na reżyserski stołek wrócił po pięciu latach ten sam twórca, to na dodatek zdołał odrobić pracę domową i wyciągnął wnioski ze swoich najpoważniejszych błędów. Wygląda więc na to, że za pierwszym razem McQuoid jeszcze uczył się kombinacji ciosów, a dopiero w drugiej rundzie potrafił je zastosować w praktyce.
-
Lubię to 1
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 1
Wraca turniej, wraca zabawa
Najważniejsza informacja jest taka, że nareszcie struktura "Mortal Kombat" przypomina turniej - może w nie tak klasycznej i czytelnej formule, jak miało to miejsce w filmie z 1995 roku, ale w końcu ekranowe pojedynki nabierają stawki, obfitują w zwroty akcji i niekiedy zaskakujące rozstrzygnięcia. Zamiast nudnawych podchodów i przegadanych sparingów z "jedynki" obserwujemy całą serię pełnokrwistych starć w różnorakich posępnych i niebezpiecznych lokalizacjach. Poza atakami przeciwników trzeba bowiem uważać na toksyczną lawę czy wyłaniające się z podłogi i ścian ostrza. Co prawda areny walk są do siebie często zbyt łudząco podobne, ale i tak względem poprzedniej części można mówić o sporym urozmaiceniu pojedynków.
A tych nie dość, że jest więcej niż ostatnio, to nareszcie w tych brutalnych konfrontacjach ("fatality" jest tu naprawdę fatalne w skutkach dla ofiar) widać dynamikę, pomysł i umowną, ale jednak, choreografię. Nie są to jeszcze wysokie standardy, do jakich przyzwyczaiły nas najlepsze produkcje z nurtu współczesnego kina akcji, ale widać, że twórcy "Mortal Kombat II" starali się nie tylko odwzorować charakterystyczne dla danej postaci ruchy i ataki specjalne, ale również nadać konkretny kształt każdemu ze starć. Progres widać też w realizacji tych scen. W pierwszej części wąskie kadry i chaotyczny montaż sprawiły, że momentami niewiele było widać na ekranie. W "dwójce" zdarza się jeszcze, że niektóre ruchy kamery maskują pewne ograniczenia, ale postaci poruszają się już znacznie płynniej.
Gameplay niezły, ale scenariusz tylko "na alibi"
To, że druga odsłona odświeżonego cyklu angażuje dużo bardziej niż poprzednia część, wynika również z dodania nowych postaci do fabuły. Pojawia się długo wyczekiwany przez fanów "Mortala" Johnny Cage (Karl Urban), który duet głównych bohaterów tworzy do spółki z Kitaną (Adeline Rudolph). Ich osobiste historie ubarwiają główny wątek. On jest popadającym w zapomnienie gwiazdorem kina "kopanego", ona przybraną córką tyrana, który niegdyś zgładził jej prawdziwego ojca i przejął władzę nad ludem. Shao Khan, bo o nim mowa, teraz dąży do podbicia ziemskiego wymiaru. Aby tego dokonać, jego wojownicy muszą unicestwić wybrańców Raidena - m.in. Liu Kanga (Ludi Lin) czy Sonyę Blade (Jessica McNamee).
Już w poprzednim filmie McQuoida można było zaobserwować schemat, który powtarza się również w "dwójce": świetny pod kątem realizacji i intrygujący prolog, po którym fabuła z każdą minutą coraz bardziej schodzi na dalszy plan. W "Mortal Kombat II" brak logiki, spójności i ambicji w scenariuszu nie rzuca się tak bardzo w oczy, bo przez prawie dwie godziny cały czas coś się dzieje. Oczywiście w tego typu produkcjach historia jest jedynie dodatkiem do ekranowej "rąbanki", ale wydaje się, że jakąkolwiek opowieść w tym filmie ograniczono do niezbędnego minimum, a niektóre decyzje fabularne są efektem nie tylko małej kreatywności twórców, co po prostu konsekwencją ich lenistwa.
Dotyczy to choćby wskrzeszania niektórych bohaterów - zabieg z punktu widzenia scenarzysty niezwykle wygodny i niewymagający kombinowania. Z drugiej strony jednak, przywracanie postaci jest przecież całkowicie naturalne w grach wideo. Ba, jest to w pewnym sensie nieodzowny element komputerowej rozgrywki. Można więc na takie uproszczenia przymknąć oko, lecz znacznie trudniej to zrobić, gdy fabuła "Mortal Kombat II" w wielu fragmentach staje się nużąca, czytelna i do bólu przewidywalna. I nie są w stanie tego zmienić pojedyncze zwroty akcji - bardziej nastawione na efekt wywołania szoku w widzu, aniżeli próbujące w jakikolwiek sposób rozwinąć akcję.
Karl Urban wins. Do "fatality" trochę jednak zabrakło
Poza niezłym tempem i brakiem przesadnych dłużyzn jest jeszcze jeden element, który sprawia, że na wszystko, co nie jest walką w "Mortal Kombat II", spogląda się bez zgrzytania zębami. Coś, czego ogromnie brakowało w pierwszej części, a mianowicie humor i dystans. McQuoid uderzył w "jedynce" w tak poważne tony, że jego produkcja ocierała się wręcz momentami o kicz. Co ciekawe, tegoż kiczu nie brakuje też w jego najnowszym filmie. Po pierwsze jednak: jest on świadomym zabiegiem twórców. Po drugie: świetnie współgra z filmowym dowcipem, którego wcale nie jest tu tak mało.
Nadal są tu postaci, które można byłoby bez większych konsekwencji wymazać ze scenariusza - na czele z Sonyą Blade, która kolejny już raz wypada... blado. Mamy też bohaterów z nie tyle wypisaną, co wręcz wyrytą na twarzy powagą - Liu Kang i Kitana wyglądają często jakby poza walką z przeciwnikami zmagali się też z kilkudniowym zatwardzeniem. Ale są, na całe szczęście, również ci, którzy potrafią w odpowiednim momencie przekuć balonik patosu, wyhamować dramaturgię i do makabrycznej bitki dodać też makabryczny żart.
Pierwsze skrzypce gra tu naturalnie Johnny Cage w wydaniu Karla Urbana, który choć nie jest specjalistą od sztuk walk (i to w filmie akurat dobitnie widać), to sporo nadrabia charyzmą i naturalnym luzem. W sukurs idzie mu znany z poprzedniej części Kano (Josh Lawson) - postać, która początkowo skutecznie "odpowietrzała" nadętą fabułę, ale z upływem ekranowych minut stawała się coraz bardziej nieznośna i irytująca. Tym razem twórcy "Mortala" rozsądnie dawkują nam jego ekscesy i docinki, dzięki czemu Kano faktycznie bardziej ubarwia opowieść, niż parodiuje samego siebie.
O parodiowaniu kultowej gry natomiast tym razem raczej nie może być mowy. "Mortal Kombat II" oferuje nam mniej więcej to samo, co oryginał ogrywany na automatach, starych konsolach i domowych pecetach - pierwszorzędną jatkę i niepoprawną rozrywkę. Najbardziej taki format powinni docenić nie tylko fani samej gry, ale również wszyscy ci, którzy tęsknią trochę za "kopanym" kinem lat 90. - pełnym prostoty, kiczu, humoru i porządnego mordobicia.
W jednej ze scen w filmie Raiden tłumaczy Cage'owi, że ten nie musi na siłę zmieniać siebie, aby dokonać wielkich rzeczy. Czasem wystarczy zmienić tylko perspektywę. Wygląda na to, że w słowa Boga Gromu uważnie wsłuchał się też Simon McQuoid, który na materiał źródłowy spojrzał przede wszystkim oczami gracza, a nie filmowca. Drugiej części bardzo daleko do ideału, bo jest produkcją borykającą się z wieloma bolączkami (ot choćby efekty specjalne, które są lepsze niż ostatnio, ale jakość CGI nadal nie urzeka). I choć zadanie nie należało do przesadnie wymagających, to jednak faktem jest, iż "Mortal Kombat II" tłucze poprzednika na kwaśne jabłko. Do "fatality" jednak trochę zabrakło.
Film
Mortal Kombat II
Opinie wybrane
-
2026-05-09 08:34
Film były ok (1)
Mam szczególne miejsce w swym sercu dla wersji z 1995 która do tej pory bedzie najlepsza. Mam też szczególne miejsce w piekle dla MK: Anihilation .
Jednak ta odsłona była spoko.
Miałem tylko jeden problem. Film zachęcił mnie zwiastunem że Cage będzie rdzeniem historii. Niestety jednak film skupia się bardziej na "sile kobiet", girlbossing, itd.. Może bardziej subtelnie ale mi to przeszkadzało. Szkoda bo jednak główną grupą odbiorców oryginalnego materialu jest płeć męska.- 16 2
-
2026-05-10 16:20
Siła kobiet ?
Akurat tutaj nie zauważyłem. To że Kitana zabiła Shao Kaahna, co było naturalne dla tej postaci jak Liu zabijający Shang Tsunga to jeszcze nie znaczy że mamy siłę kobiet. Cała reszta postaci raczej w normie. Nie potrzebnie wsadzili do walki Sindel walka nijaka, tak samo nie potrzebna przyjaciółka Kitany, Mileena jako mniejsza antagonistka byłaby lepsza.
- 1 0
-
2026-05-09 18:04
Nie rozumiem dlaczego ktoś się spodziewa arcydzieła kinematografii to po filmie opartym na grze, gdzie fabuła to przeżyj walkę. Tu chodzi o prostą rozrywkę, nic więcej. Ten film był z założenia dwu częściowy, wiec czepianie się że w 1 nie ma turnieju jest trochę na wyrost.
- 4 0
-
2026-05-21 05:06
Dobry
Dobry film,spokojnie można obejrzeć,widać fajna ewolucję na plus względem starszych części.aA główny aktor miał tak grać właśnie taką zakurzoną niedojdę.
Ps ten sam redaktor lub inny już nie pamiętam napisał recenzje o Piratach z Karaibów, że J. Deep zagrał jak pijanny,kompletnie nie rozumiejąc ,że tak właśnie miał otworzyć rolę postaci kapitana.- 0 0
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.



