Recenzja filmu "Król dopalaczy": mogło być lepiej

Tomasz Zacharczuk
14 marca 2026, godz. 07:00
Opinie (18)
"Król dopalaczy" to oparta na faktach opowieść o człowieku, który pod koniec pierwszej dekady XX wieku rozkręcił w Polsce interes polegający na legalnej sprzedaży środków psychotropowych.

Dreszcze, drgawki, nudności i zawroty głowy prowadzące do utraty przytomności - między innymi z takimi objawami na szpitalne oddziały kilkanaście lat temu masowo trafiały młode osoby sięgające po "legalne narkotyki". "Król dopalaczy" nie jest kinem doszczętnie złym, dlatego tak skrajnych reakcji u widza nie wywołuje, ale nie ma jednocześnie mowy o filmowym "odlocie". Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami produkcja miała być "polskim Wilkiem z Wall Street", a okazuje się jedynie rozszczekanym kundelkiem trzymanym na krótkiej smyczy. Potencjał tej historii ulotnił się równie szybko jak ślad po niesławnych Smart Szopach.





Drogie auta, luksusowe apartamenty w Polsce i na Lazurowym Wybrzeżu, miliony złotych na koncie - jeszcze kilkanaście lat temu Dawid B. pławił się w sławie i bogactwie, którego dorobił się na handlu środkami psychoaktywnymi. "Król dopalaczy", jak ochrzciły go wówczas krajowe media, w błyskawicznym tempie rozwinął sieć kilkuset sklepów, w których głównie młodzi ludzie zaopatrywali się w różnego rodzaju używki. Patent polegał na tym, że występujące w narkotykach substancje zakazane prawem podmieniano na te, których na liście zabronionych związków nie było.

W praktyce oznaczało to, że na rynek legalnie trafiały pochodne kokainy, amfetaminy czy marihuany, które po zażyciu wywoływały podobny efekt do narkotyków. Skład chemiczny większości dopalaczy zawierał co najmniej połowę tablicy Mendelejewa. Nic dziwnego więc, że wraz z popularnością środków rosła liczba hospitalizacji po zatruciu sprzedawanymi w Smart Szopach substancjami. Dopiero po ujawnieniu zgonów spowodowanych dopalaczami sprawą na poważnie zajęli się politycy i śledczy, co doprowadziło do zaostrzenia przepisów i zamknięcia z hukiem dochodowego biznesu. Jego twórca zaś zaliczył spektakularny "zjazd" - z samego szczytu wprost do policyjnego aresztu i sądowej sali.

Nie od dziś wiadomo, że kino karmi się takimi historiami, czego najlepszym przykładem jest choćby "Wilk z Wall Street". "Króla dopalaczy" zresztą w materiałach promocyjnych usilnie zestawiano z dziełem Martina Scorsese, ale - co raczej nie dziwi - film Pata Howla (a właściwie Patrycjusza Kostyszyna) tych porównań nie jest w stanie udźwignąć. O ile w stylu poprowadzenia opowieści i sposobie portretowania głównego bohatera można jeszcze nieśmiało doszukać się inspiracji historią Jordana Belforta, o tyle wszystkie pozostałe składowe "Króla dopalaczy" nijak się mają do słynnego "Wilka...". Brakuje tu zarówno tej dzikiej i nieokiełznanej energii, jak i barwnego drugiego planu czy - po prostu - angażującej opowieści.

  • Lubię to Lubię to 1
  • Super Super 1
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow 1
  • Przykro mi Przykro mi 1
  • Wrr Wrr 4
  • Wszystkie 8

"Król dopalaczy" "nabity" treścią, ale "wyprany" z emocji



Po seansie "Króla dopalaczy" wystarczy przeczytać pierwszy z brzegu artykuł poświęcony Dawidowi B., aby odkryć, jak dużymi odstępstwami od faktów posiłkowali się przy pisaniu scenariusza Pat HowlKatarzyna Samson. I nie jest to bynajmniej zarzut w kierunku twórców filmu. Wszak ekranizowanie różnych historii - tych prawdziwych, jak i fikcyjnych (np. z kart literatury) - rządzi się swoimi prawami. Wystarczy słowo-wytrych, jakim jest "inspiracja", by materiał źródłowy całkowicie przemeblować pod swoją wizję artystyczną. I choć autorzy "Króla..." przemycili na ekran sporo prawd, to nie zdołali się oprzeć pokusie nadmiernego ubarwienia prawdziwej historii.

Czasami takie "dekorowanie" faktów się broni, ale niekiedy wywołuje niesmak. Jak choćby w wyjściowym pomyśle na motywację głównego bohatera. Prawdziwy Dawid B. był raczej dość cynicznym człowiekiem ukierunkowanym na szybki i duży zysk. Jego odpowiednik u Howla i Samson jest natomiast młodym chłopakiem przypartym do muru, który, parafrazując klasyka, "nie chce, ale musi". Po śmierci ojca Dawid (Tomasz Włosok) odziedzicza po nim zadłużoną i przejętą przez komornika rodzinną piekarnię. Mając na utrzymaniu matkę i młodszą siostrę, desperacko szuka więc sposobu, by wyjść z finansowych tarapatów. W tym momencie przypomina sobie o dopalaczowym biznesie, z jakim zetknął się po raz pierwszy podczas zarobkowej emigracji.



Nie ma tu co prawda "podręcznikowego" przykładu romantyzowania głównego bohatera, ale jest za to dość naiwna próba "uczłowieczenia" go - przynajmniej na początkowym etapie opowieści. Potem na szczęście Howl i Samson wobec Dawida nie stosują już żadnej taryfy ulgowej, zamaszyście kreśląc jego moralny, biznesowy i fizyczny upadek. I dokładając do tego całą masę pobocznych wątków: od przekupnych gliniarzy, przez zdeprawowanych polityków, po wyłaniających się ni stąd, ni zowąd gangsterów. Relacje rodzinne, konflikt z przyjacielem, a nawet motyw policyjnej "wtyki" - wszystko to scenarzyści bez większej refleksji i dbałości o spójność wrzucają do fabularnego bębna, zatrzaskują drzwiczki i włączają tryb szybkiego prania.

Film Pata Howla do pewnego momentu oferuje całkiem niezłe kino, które z upływem czasu ugina się jednak pod ciężarem pourywanych wątków i bez większych emocji prowadzi do oczywistego finału.

Wstydu nie ma, ale powodów do zachwytu też brakuje



Nic dziwnego więc, że poza głównym wątkiem wszystkie pozostałe w "Królu dopalaczy" nie mają satysfakcjonującego rozwinięcia i domknięcia. Szczególnie cierpi na tym druga połowa filmu, gdzie włącza się już tylko końcowe odliczanie do napisów, a pośpiech w "zszywaniu" fabuły pozbawia tę historię elementu zaskoczenia. Nie ma tu także pogłębionej analizy samego zjawiska związanego z dopalaczami, co samo w sobie raczej szokujące nie jest. Od początku bowiem widać, że Howla średnio interesuje społeczne tło opowieści, a bardziej jej emocjonalny ciężar i rytm, który ma przede wszystkim angażować widza. To kino o kimś, a niekoniecznie o czymś.

Zanim jednak ekranowy Dawid osiąga apogeum swoich możliwości, a filmowa dramaturgia dochodzi do punktu kulminacyjnego, "Króla dopalaczy" ogląda się zaskakująco nieźle. Etap, w którym główny bohater rozkręca swój szemrany moralnie, ale legalny pod kątem prawnym interes, to kawał solidnego rozrywkowego kina - bez wykładania wszystkiego od razu na ławę, z umiejętnym budowaniem napięcia i całego drugiego planu (wtedy jeszcze rzeczywiście można uwierzyć w to, że będzie on miał w tej opowieści znaczenie). I jednocześnie - co w takim czysto komercyjnym polskim kinie nie jest powszechne - bez nadmiernego epatowania wulgarnością, przemocą czy seksem. "Król dopalaczy" być może realizacją nie porywa (montażowo bywa tu różnie), ale na pewno nie jest ona najsłabszym ogniwem filmu.

Obsada "Króla dopalaczy" na papierze wygląda nieźle, ale całkowicie ze swojej roli (dobrej, ale na pewno nic więcej) jest w stanie się wybronić tylko Tomasz Włosok.

"Król" sam na dworze, czyli Tomasz Włosok i długo nic



Wydawać by się mogło, że tym najmocniejszym z kolei ogniwem - poza samą historią - będzie aktorstwo, lecz skalę pochwał wypada zawęzić jedynie do osoby Tomasza Włosoka. Po koszmarnie złym "Dzikim" z dużą przyjemnością i ulgą zarazem ogląda się tak dobrego aktora, który nareszcie ma "czym" pograć. Nie są to oczywiście wyżyny jego możliwości, a w ekranowym Dawidzie zbyt mocno momentami odbijają się jak w zwierciadle wcześniejsze kreacje Włosoka u Macieja Kawulskiego ("Walden" i "Nikoś"), ale trudno wyobrazić sobie ten film bez innego odtwórcy tytułowej roli.

Charyzma i energia, jakie z łatwością uruchamia na ekranie Włosok, niekiedy w dużym stopniu rekompensują fabularną nudę i przestoje. Nie da się ukryć, że w portretowaniu wyrazistych bohaterów targanych skrajnymi emocjami i przeżywających wzloty oraz upadki Włosok czuje się jak ryba w wodzie. Problem "Króla dopalaczy" polega jednak na tym, że nie znajduje na planie godnego partnera lub przeciwnika.



Dotyczy to między innymi "tylko" poprawnego Łukasza Simlata, który w roli nieprzekupnego gliny "Lewego" aż nadto przypomina połączenie Miki z serialowego "Rojsta" i Bauera z obu "Furioz". Nie sposób jednak nie docenić tej kreacji, biorąc pod uwagę, jak bezbarwny jest dalszy plan w "Królu dopalaczy". Grająca matkę Dawida Grażyna Szapołowska kompletnie nie czuje energii i konwencji filmu, stawiając na przesadną teatralność swojej postaci. Katarzyna Gałązka marnuje się nie tyle na drugim, co wręcz na trzecim planie. Jan Frycz nie ma nic ciekawego do pokazania i powiedzenia. Natomiast Vanessa Aleksander - mając na uwadze znaczenie jej bohaterki dla losów fabuły (przynajmniej w założeniu twórców, bo finalnie kompletnie tego nie czuć) - nie jest do końca przekonująca.

Pat Howl i Katarzyna Samson też niewystarczająco przekonali, że z tej opowieści o dużym filmowym potencjale wycisnęli "maksa". Ich "Król dopalaczy" to bardziej szkolna rozprawka na temat "Jak w Polsce pojawiły się dopalacze i dlaczego były złe?". Podstawową wiedzę i ogólne wnioski można z tego wyciągnąć, ale styl i zasób słownictwa pozostawiają sporo do życzenia. Po "zażyciu" "Króla dopalaczy" nie tylko nie ma skutków ubocznych, ale skutków w ogóle. Filmowe placebo, po którego przyjęciu czujesz się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Slogan na plakacie "pyta": "Chcesz więcej?". Ja na to: nie, bo nie działa.

5/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

7.6
5 ocen

Król dopalaczy (3 opinie)

(3 opinie)
thriller, kryminał

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (18)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Technikalia 2026 (3 opinie)

(3 opinie)
75 zł
festiwal muzyczny, rock / punk, pop

Maryla Rodowicz (3 opinie)

(3 opinie)
110 - 250 zł
Kup bilet
pop

Koszykówka: AMW ARKA Gdynia - King Szczecin

20 - 45 zł
mecz

Feel & Przyjaciele

149 zł
Kup bilet
pop

IMANY - Women Deserve Rage Tour

364 zł
Kup bilet
blues / soul, pop

Kultura

Nowe Lokale

Konkursy

Konkursy Bilety na koncert zespołu LOR
Konkurs trwa

Bilety na koncert zespołu LOR

Do wygrania 3 podwójne zaproszenia

Najczęściej czytane