- 1 15 perełek dla kolekcjonerów (17 opinii)
- 2 Ta obserwacja Monciaka daje do myślenia (48 opinii)
- 3 Sopot przeliczył się boleśnie (360 opinii)
- 4 Dzień Kobiet. Co szykują centra handlowe? (12 opinii)
- 5 Pamiętacie ich z "Big Brothera"? (24 opinie)
- 6 Gdzie iść z dzieckiem w weekend? Czeka mnóstwo atrakcji (9 opinii)
Recenzja filmu "Wichrowe wzgórza". Wieje nudą i chłodem
Wcześniejsze prognozy dla "Wichrowych wzgórz" okazały się zbyt optymistyczne. Zamiast zapowiadanej fali upałów mamy jedynie okresowe ocieplenie, któremu towarzyszą wahania ciśnienia (czyt. dramaturgii) i przelotne opady (głównie głowy z powodu znużenia). Film Emerald Fennell miał wzniecić wśród widzów żar namiętności, lecz przy tak letniej temperaturze opowieści z trudem można ogrzać choćby dłonie. Z rozmontowanej prozy Emily Jane Brontë materiału wystarczyło jedynie na urzekający pięknem kadrów romans i konwencjonalny melodramat. W takim kinie ciężko się zakochać. Dość łatwo natomiast porzucić je bez wyrzutów sumienia po napisach końcowych.
Wydawało się, że ten mocny start jest dobrym prognostykiem potwierdzającym wcześniejsze deklaracje Fennell, która otwarcie zapowiadała uwspółcześnioną adaptację książki Emily Jane Brontë. Książki, w której miłość romantyczna przenikała się z tą toksyczną. W której pożądanie i namiętność szybko ustępowały miejsca nienawiści i żądzy zemsty. W której uczucie dwojga osób rujnowało życie wielu pozostałym. Tymi "pozostałymi" Fennell nie zamierzała jednak sobie zaprzątać głowy i skoncentrowała się na wątku Cathy (Margot Robbie) i Heathcliffa (Jacob Elordi) - córki staczającego się na dno szlachcica i przybłędy znajdującego schronienie w tytułowych Wichrowych Wzgórzach, rodzinnej posiadłości rodu Earnshawów.
-
Lubię to 1
-
Super
-
Trzymaj się 1
-
Ha ha 1
-
Wow 1
-
Przykro mi
-
Wrr 1
- Wszystkie 5
"Zwichrowane" wzgórza
Ekranizowanie powieści - w dodatku tak rozbudowanych fabularnie jak właśnie "Wichrowe wzgórza" - nie jest łatwym zadaniem. Nie wszystkie wcześniejsze filmowe adaptacje tego tytułu były w stanie udźwignąć wielowątkowej i rozciągniętej w czasie narracji. Koncepcja twórczyni "Obiecującej. Młodej. Kobiety" - polegająca na "odchudzeniu" oryginalnej historii - wydaje się więc słuszna. Takie podejście wymaga jednak dość radykalnej ingerencji w literacki pierwowzór, co wiernym czytelnikom Brontë niekoniecznie może się spodobać. Dużo jest tu bowiem uproszczeń, skrótowości i umowności. Co więcej, Fennell pozwala sobie nawet na "wygumkowanie" jednych postaci i na marginalizację drugich.
Początkowo z autorskich decyzji i własnych pomysłów reżyserka jest w stanie się wybronić - i to w naprawdę niezłym stylu. W pierwszym akcie filmu Fennell świadomie nagina konwencję kostiumowego romansu i umiejętnie balansuje na granicy powagi i ironii. Prowokuje widza, konfrontuje ze sobą bohaterów, konsekwentnie podsyca ogień w relacji Cathy i Heathcliffa. Jednocześnie skrupulatnie czuwa nad formą swojego dzieła, ekwilibrystycznie nieraz przeplatając ekranowy realizm z fantazyjnymi inscenizacjami. I choć nie wszystko się tu zgadza pod kątem stylistycznym czy dramaturgicznym, to pierwsza część opowieści po prostu jest "jakaś". Mniej więcej po czterdziestu minutach jednak Fennell zaczyna ślepo brnąć w to, przed czym tak zaciekle się broniła - w rutynę i banał.
Status "Wichrowych wzgórz"? To skomplikowane
W pewnym momencie nie tylko akcja filmu przenosi się z Wichrowych Wzgórz do Drozdowego Gniazda, ale w zupełnie inne i obce sobie rejony kina przenosi się Emerald Fennell. Wygląda to trochę tak, jakby reżyserka albo przestraszyła się własnej, odważnej wizji tej literackiej historii, albo nie miała zwyczajnie na nią dalszego pomysłu. W konsekwencji niezdarnie próbuje łapać się pierwowzoru - a właściwie tego, co z niego jeszcze zostało. Problemem "Wichrowych wzgórz" nie jest wcale to, że odbiegają one zbyt mocno od powieści Brontë, tylko to, że autorski koncept Fennell wyczerpuje się tak szybko i finalnie pozostawia widza z dużą wątpliwością na temat tego, co właściwie ogląda.
Obietnicy bezpruderyjnego, ognistego i skandalizującego romansu (a tym wszystkim miał być nowy film Fennell) nie udało się spełnić. Opowieść bardzo szybko wpada w sidła teledyskowego, pozbawionego dramaturgii i napięcia mdłego melodramatu o lekkim, erotycznym zabarwieniu.
Na ekranową erotykę reżyserce akurat nie zabrakło pomysłu. A wcale tak oczywistym nie jest niemal całkowita rezygnacja z epatowania golizną. Fennell próbuje podnosić temperaturę miłosnych scen, sięgając po mniej bezpośrednie środki ekspresji. Z różnym skutkiem. O ile w niektórych momentach faktycznie udaje się oddać intymność relacji Cathy i Heathcliffa, o tyle pojawiają się tu eksperymentalne zagrywki, którymi Fennell potrafiła mocno poróżnić widzów przy okazji swojego poprzedniego filmu.
KINO Co w kinie? Sprawdź aktualny repertuar
"Hallmarquin" w pięknych plenerach
W "Saltburn", bo o tej produkcji mowa, Fennell wielokrotnie dała znać o swoich - nazwijmy to - inscenizacyjnych fetyszach. I nawet jeśli większość z nich sprowadzała się do kwestii taniego szokowania widza, to faktycznie korespondowała ze stylistyką całego filmu. W "Wichrowych wzgórzach" ich twórczyni nie jest już w stanie tak dobrze zapanować nad nieoczywistymi pomysłami. Wiele z nich polega właściwie tylko na wprowadzaniu na siłę perwersji i sprowadzaniu wszystkiego do seksualności. Grzebanie palcem w galarecie, filmowanie z pietyzmem ślimaczego śluzu czy zlizywanie ścian zamiast pikantności dodaje filmowi goryczy. Starsi widzowie nazwaliby to kiczem, młodsi - krindżem.
Nawet na tym polu Fennell brakuje konsekwencji, bo w drugiej, niemiłosiernie dłużącej się połowie filmu takich karkołomnych zagrywek zwyczajnie brakuje. Przyglądanie się kolejnym schadzkom Cathy i Heathcliffa przypomina realizacją miłosne produkcje Hallmarku, treścią natomiast - niezobowiązujące lektury "harlequinów". Z tej niezbyt wyszukanej hybrydy w postaci "hallmarquina" zupełnie nic nie wynika.
Ale przynajmniej można podziwiać zapierające niejednokrotnie dech w piersiach plenery - przesiąknięte surowym, wyspiarskim klimatem i gotyckim mrokiem. Ten film nakręcony jest pierwszorzędnie, a urokliwość kadrów uzupełniają dodatkowo utwory Charli XCX, choć wbrew promocyjnym hasłom nie jest ich w tej produkcji tak wiele.
Robbie i Elordi jak z żurnala. Tyle że każde z nich z zupełnie innego
"Wichrowe wzgórza" to film z kategorii tych, które przyciągają widzów nie tylko tematyką czy obietnicą ogromnych emocji, ale również obsadą. Gwiazdorskie duety niejednokrotnie przecież wyprzedają seanse i podnoszą marketingową wartość widowisk jeszcze przed ich premierami.
Margot Robbie i Jacob Elordi nie tylko onieśmielają swoją urodą, ale mają na koncie udział w wysokobudżetowych hitach, a także mogą poszczycić się nominacjami do Oscara (Elordi dołączył do Robbie w tym roku). U Fennell oboje wyglądają zjawiskowo. Na tle posępnych plenerów, w wyszukanych stylizacjach i kostiumach prezentują się jak z okładki magazynu modowego. Szkopuł w tym, że nie jest to ten sam numer czasopisma i nie jest to ta sama sesja zdjęciowa.
I choć oboje robią, co mogą, a usilnie wspiera ich w tych wysiłkach cała ekipa filmowa, to we wspólnych scenach nadają jednak na nieco innej częstotliwości. Chwilami faktycznie można u nich dostrzec zaangażowanie i pasję, ale wzajemna obsesja i uzależnienie na swoim punkcie to już bardziej kwestia suchych deklaracji i haseł niż ekranowej rzeczywistości. Dość powiedzieć, że najlepsze partie Robbie i Elordi "wygrywają" solo lub we współpracy z innymi członkami obsady.
Wśród drugoplanowych ról akurat trudno doszukać się "perełek", bo Fennell wszystkich bohaterów poza główną parą potraktowała jedynie jako tło opowieści. Największy paradoks dotyczy ekranowej Isabelli - grająca ją Alison Oliver robi świetne wrażenie, ale jednocześnie to właśnie ta postać została przez twórców filmu najbardziej zmarginalizowana. Duży plus należy też postawić przy nazwiskach odtwórców młodszych wersji Cathy i Heathcliffa - Charlotte Mellington i Owena Coopera. Nastolatkom w jednej scenie udało się bardziej uwiarygodnić charakter relacji Cathy i Heathcliffa niż starszej koleżance i starszemu koledze przez cały film.
"Wichrowe wzgórza", pomimo wielkich ambicji i być może jeszcze większych oczekiwań, wpadają niestety do puli "wypełniaczy" walentynkowego repertuaru. Tej samej puli, którą w poprzednich latach tworzyły polskie czy zagraniczne wersje "Graya". Już samo wspomnienie o tych produkcjach w kontekście najnowszego dzieła jednej z najbardziej oryginalnych autorek współczesnego kina jest dowodem na to, że coś tu poszło nie tak. Trudno w tym filmie się zakochać. Trudno się za nim - jak w popularnym memie - nawet obejrzeć. Na wzgórzach, owszem, wieje, ale zbyt często nudą i chłodem.
Film
Opinie wybrane
-
2026-02-14 12:20
Wichrowe wzgórza 1992 (1)
Najlepsza ekranizacja tylko z Juliette Binoche i Ralph Finnes - balansująca na cienkiej granicy między obsesją a uczuciem, pełną surowych, nieoszlifowanych emocji.
- 52 1
-
2026-02-14 21:37
Pełna Zgoda!
- 2 0
-
2026-02-14 08:20
A szkoda (2)
Jakoś nikomu do tej pory nie udało się dobrze zekranizować tej powieści. Polecam przeczytać jeśli ktoś tego nie zrobił. A sam wstęp w trailerze - "najwspanialsza historia miłosna w dziejach" - śmieszy. To jakby reżyserka nie przeczytała książki.
- 54 3
-
2026-02-14 10:28
Myślę, że ten tekst jest specjalnie prowokacyjny i ma zwrócić uwagę/rozzłościć
- 4 1
-
2026-02-14 09:36
Tak
promowanie tego jako wspaniała opowieść na walentynki to albo cyniczny żart albo duże nieporozumienie
- 14 3
-
2026-02-14 07:29
Byłem z żoną na tym filmie. Był ok (2)
Trochę przydługi i słabo się skończył ale ogólnie oceniam 5/10. Zabrakło jakiegoś większego sensu w tej opowieści
- 14 6
-
2026-02-26 11:02
Byłam z córką , to jest komedia przecież
Uśmiałyśmy się do lez
- 0 0
-
2026-02-14 10:29
Film zionął smutkim na koniec
- 4 2
Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.



