Złote Lwy 49. FPFF dla "Zielonej granicy"

Tomasz Zacharczuk
28 września 2024 (artykuł sprzed 1 roku)
Opinie (406)
aktualizacja: godz. 23:13 (28 września 2024)
"Zielona granica" laureatem Złotych Lwów na 49. FPFF w Gdyni. Agnieszki Holland na gali w Teatrze Muzycznym nie było.

Zwycięzcą 49. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni została "Zielona granica". Film w reżyserii Agnieszki Holland zdobył podczas sobotniej gali trzy wyróżnienia. Najwięcej nagród, bo sześć, przyznano "Dziewczynie z igłą". Cztery statuetki trafiły do twórców "Białej odwagi". Najlepszymi aktorami tegorocznego FPFF zostali Jacek Borusiński i Sandra Drzymalska



Gala zamknięcia 49. FPFF. Kto pojawił się na czerwonym dywanie? Gala zamknięcia 49. FPFF. Kto pojawił się na czerwonym dywanie?


Werdykt oczywisty i nieoczywisty



Tego werdyktu festiwalowego jury można było się jednocześnie spodziewać i nie. To, w jaki sposób osoby decydujące o Złotych Lwach spojrzą na dzieło Agnieszki Holland, wydawało się kluczowe dla pozostałych rozstrzygnięć. Jedni spodziewali się, że nieco "ostygła" już produkcja (której premiera miała miejsce niemal równo rok temu) i nie zainteresuje tak mocno jurorów, którzy nie będą też chcieli zbytnio podgrzewać na nowo emocji wokół filmu Holland. Byli jednak i tacy, którzy twierdzili, że Złote Lwy będą rekompensatą dla reżyserki i wszystkich jej współpracowników za falę hejtu, jaka wylała się na nich przed kilkoma miesiącami.

Nie chciałbym oceniać, czy jest to werdykt polityczny, czy nie. Wymowne były wcale nie tak gromkie oklaski po ogłoszeniu decyzji jury. Nieporównywalne do owacji sprzed roku dla "Kosa". Artystycznie "Zielona granica" na pewno się obroni, ale były na tym festiwalu co najmniej równie dobre tytuły.

Recenzja filmu "Zielona granica"



  • Lubię to Lubię to 1
  • Super Super
  • Trzymaj się Trzymaj się
  • Ha ha Ha ha
  • Wow Wow
  • Przykro mi Przykro mi
  • Wrr Wrr
  • Wszystkie 1

Jak choćby "Dziewczyna z igłą", która i tak wyjeżdża z Gdyni z workiem nagród. Podczas piątkowej Młodej Gali dzieło Magnusa von Horna wyróżniano pięć razy. Jeszcze więcej statuetek polsko-duńska produkcja zebrała w sobotę. "Dziewczynę ...", która będzie walczyć o nominację do Oscara jako duński kandydat, nagradzano sześciokrotnie. Między innymi Srebrnymi Lwami, a także nagrodami za muzykę, drugoplanową rolę żeńską czy zdjęcia. I właściwie pod wszystkimi tymi werdyktami można się podpisać. Zaskakują natomiast aż cztery statuetki dla "Białej odwagi". Filmu na pewno więcej niż poprawnego, ale trudno raczej zestawić go w jednym szeregu z "Dziewczyną z igłą", "Minghun" czy "Kulejem".

Złote Lwy: "Zielona granica" (reż. Agnieszka Holland)
Srebrne Lwy: "Dziewczyna z igłą" (reż. Magnus von Horn)
Najlepsza reżyseria: Marcin Koszałka ("Biała odwaga"
Najlepszy scenariusz: Marcin Koszałka, Łukasz M. Maciejewski ("Biała odwaga")
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa: Sandra Drzymalska ("Biała odwaga")
Najlepsza aktorka drugoplanowa: Trine Dyrholm ("Dziewczyna z igłą")
Najlepszy aktor pierwszoplanowy: Jacek Borusiński ("Wróbel")
Najlepszy aktor drugoplanowy: Julian Świeżewski ("Biała odwaga")
Najlepsze zdjęcia: Michał Dymek ("Dziewczyna z igłą")
Najlepszy montaż: Sebastian Mialik ("Wrooklyn Zoo")
Najlepsza muzyka: Frederikke Hoffmeier ("Dziewczyna z igłą")
Najlepszy dźwięk: Roman Dymny ("Zielona granica")
Najlepsza scenografia: Jagna Dobesz ("Dziewczyna z igłą")
Najlepsza charakteryzacja: Agnieszka Hodowana ("Kulej. Dwie strony medalu")
Najlepsze kostiumy: Małgorzata Fudala ("Dziewczyna z igłą")
Najlepszy debiut reżyserski: Mara Tamkovich ("Pod szarym niebem")
Najlepszy debiut aktorski: Sofiia Berezovska ("Pod wulkanem")
Platynowe Lwy (za całokształt twórczości): Wojciech Marczewski
Najlepszy film krótkometrażowy: "Pomarańcza z Jaffy"
Szafirowe Lwy w konkursie Perspektywy: "Rzeczy niezbędne"
Nagroda Złoty Pazur: "To nie mój film"
Nagroda Publiczności w Konkursie Głównym: "Zielona granica"
Wyróżnienie aktorskie: Nel Kaczmarek ("Utrata równowagi")
Nagroda za wyjątkowy wkład artystyczny w konkursie Perspektywy: Maciej Damięcki ("Cisza nocna")


Gala rozczarowań. I to na każdym poziomie



Sobotnia gala była dziwna i w ogólnym rozrachunku raczej rozczarowująca. Począwszy od sposobu jej prowadzenia. Wybór Zofii JastrzębskiejMichała Sikorskiego, czyli reprezentantów młodego pokolenia aktorów, był ciekawy i nieoczywisty. Ten duet jednak zupełnie się ze sobą nie zgrał, a padające ze sceny żarty często wprawiały raczej w konsternację niż w dobry humor (jak choćby ten dziwaczny performance Sikorskiego na rozpoczęcie gali). Potwierdzeniem tego niech będą raczej sporadyczne uśmiechy na widowni i niezbyt burzliwe brawa. Co prawda prowadzących docenił ze sceny Wojciech Marczewski, laureat tegorocznych Platynowych Lwów za całokształt twórczości, ale trudno się z tak pochlebną recenzją zgodzić.

Prowadzący galę Michał Sikorski.
Dziwna była też sama gala. Poprowadzona w dużym pośpiechu. Bez większego pomysłu, rozmachu i dramaturgii. Nawet fragment poświęcony wspomnieniom zmarłych ludzi kina sprawiał wrażenie wrzuconego na siłę i po prostu "odhaczonego". Na scenie wiało potworną nudą. Wręczanie nagród przez sponsorów i partnerów festiwalu jest dla oglądających transmisję w telewizji i tych siedzących w Teatrze Muzycznym mało interesujące i angażujące. Jeśli gdyński festiwal chce przyciągać uwagę nie tylko samymi filmami, ale również "opakowaniem" swego produktu, to nie można w ten sposób organizować gali zamknięcia. Na scenie muszą pojawić się znane twarze, które nawet samą swoją obecnością podnoszą rangę imprezy i trochę ją ożywiają.

Trudno jednak to zrobić, gdy nie tylko na scenie, ale na widowni brakowało wielu gwiazd pokazywanych w tym roku filmów. Miałem wrażenie, że niemal ci wszyscy, którzy przyciągali podczas tej edycji widzów na spotkania i do sal kinowych, Gdynię już dawno opuścili. Mało gwiazd w Muzycznym, mało na ściance i mało także samych gdynian podczas uroczystości czerwonego dywanu. Takich pustek przed rozpoczęciem gali dawno nie było. I mam wrażenie, że powodem takiej frekwencji nie była tylko kiepska pogoda.

Recenzja filmu "Minghun"



Dziwnej gali towarzyszyły też dziwne niektóre decyzje jury. W dodatku niekonsekwentne. Bo jak wytłumaczyć brak Złotych lub Srebrnych Lwów dla filmu, który zdobywa statuetki za dwie aktorskie kreacje, scenariusz i reżyserię? Wydawałoby się, że skompletowanie ważnego dubletu (wspomniana reżyseria i scenariusz) uprawniają do któregoś z lwów. A jednak nie.

Wojciech Marczewski z Platynowymi Lwami.
Osobiście nie podpisałbym się pod taką dużą liczbą nagród dla "Białej odwagi". Tak jak nie zgadzam się z kompletnym pominięciem "Minghun" i zaledwie incydentalnym dostrzeżeniem "Pod wulkanem", "Wrooklyn Zoo" czy "Kuleja". Doceniam w "Białej odwadze" Juliana Świeżewskiego, ale gdzie podziała się nagroda za drugi plan dla Jana Frycza? Jakim cudem Marcin Dorociński i Tomasz Włosok wyjechali z Gdyni kompletnie niezauważeni przez jury? Gdyby te filmy robili Amerykanie, obaj aktorzy walczyliby o Oscara. I bardzo prawdopodobne, że właśnie między sobą. Jacek Borusiński we "Wróblu" zagrał świetnie, ale to nie ten poziom.

Takie werdykty są dla mnie osobiście mocno rozczarowujące. Trzeba jednak jurorom przyklasnąć za docenienie (pośmiertne) Macieja Damięckiego za wybitną rolę w "Ciszy nocnej". Cieszą wyróżnienia dla Nel Kaczmarek i Korka Bojanowskiego za "Utratę równowagi". Nie było kontrowersji również w wyborze "Rzeczy niezbędnych" jako najlepszego filmu w sekcji Perspektywy. Bez większych zarzutów można też ocenić nagrody w kategoriach technicznych. Zwłaszcza za muzykę (choć szkoda znakomitej pracy Stefana Wesołowskiego w "Minghun") i zdjęcia w "Dziewczynie z igłą" czy za charakteryzację w "Kuleju". To tak na osłodę, bo jednak po gali finałowej czuć przede wszystkim rozczarowanie. I to słowo chyba najmocniej będzie mi się kojarzyć z tegoroczną edycją polskiego święta kina.

Jacek Borusiński najlepszym aktorem pierwszoplanowym.

Konkurs Główny: rok temu raczej kiepsko, w tym niewiele lepiej



Podsumowując ubiegłoroczny festiwal, pisałem o najsłabszym poziomie konkursowych filmów od wielu lat. Wyraziłem wówczas nadzieję na to, że kolejna edycja chociaż trochę zrekompensuje nam ten niedobór jakości, a kino obroni się samo. Po obejrzeniu w ostatnich dniach wszystkich szesnastu tytułów walczących o Złote Lwy nie wiem, czy nie były to jednak płonne nadzieje poparte niepoprawnym optymizmem.

Mam duży problem z oceną poziomu Konkursu Głównego 49. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Bo z jednej strony tegoroczna rywalizacja o nagrody wydawała się bardziej wyrównana niż przed rokiem, a pomiędzy poszczególnymi filmami nie było dużej przepaści jakościowej. Z drugiej jednak zabrakło produkcji, które zdecydowanie górowałyby nad resztą i choćby ocierały się o wybitność. Takich, które można byłoby określić mianem spełnionych i kompletnych. Takich, po które z chęcią sięgnąłbym raz jeszcze i które mógłbym bez najmniejszych wyrzutów sumienia komuś polecić.

Recenzja filmu "Kulej. Dwie strony medalu"



W tym roku w Gdyni nie było filmów wybitnych. Nie było nawet filmów świetnych. Było kilka tytułów solidnych i godnych uwagi, którym - z różnych względów (czy to z powodu niedociągnięć scenariuszowych, czy towarzyszącego im zbyt lekkiego albo przyciężkiego ładunku emocjonalnego) - nie sposób było wystawić wyższej noty. Gdyński festiwal uważnie śledzę już od dziesięciu lat i po raz pierwszy żadnemu filmowi nie przyznałem choćby "ósemki". Takie pojedyncze oceny pojawiły się u moich redakcyjnych koleżanek i kolegi, lecz żadne z nich nie pokusiło się o "dziewiątki", nie wspominając o "dziesiątkach". To pierwsza taka sytuacja, od kiedy w ten sposób oceniamy wspólnie konkursowe tytuły.

Oceny naszych dziennikarzy

Oceny przyznają pracownicy portalu Trojmiasto.pl, w skali ocen 1-10

   
Tomasz Zacharczuk Tomasz Zacharczuk
Magda Mielke Magda Mielke
Anna Starostka Anna Starostka
Patryk Szczerba Patryk Szczerba
Średnia
Biała odwaga

Recenzja filmu "Biała odwaga". Bez patosu o niewygodnych faktach (recenzja)

Koniec lat trzydziestych na Podhalu. Utalentowany taternik, potomek znakomitego góralskiego rodu Jędrek Zawrat lubi życie na krawędzi. Jego wybranką jest piękna Bronka Skorus, jednak na skutek rodzinnej decyzji ręka dziewczyny zostaje oddana starszemu z braci Zawratów, statecznemu i poważnemu Maćkowi. Dumny Jędrek porzuca rodzinne strony, by szukać zapomnienia wśród krakowskiej bohemy. Wojna zmusza braci do najtrudniejszych wyborów. Stają po przeciwnych stronach sporu, który zdecyduje nie tylko o ich osobistych losach, ale też o przyszłości całego regionu. więcej »

Średnia 5.8 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 6.4

6
Tomasz Zacharczuk Ocena: 6

Twórca "Białej odwagi" przypomina turystę, który pierwszy raz odwiedza Podhale. Kilka razy z podniesioną głową zdobywa rozświetlone słońcem szczyty, ale równie często błądzi z mapą w ręce po zamglonych dolinach. Marcin Koszałka, jak na sprawnego dokumentalistę przystało, ma dryg do porządkowania faktów i opowiadania obrazem (rewelacyjne zdjęcia). Z rolą dramaturga już jednak sobie nie radzi, dlatego opowieści o Goralenvolk i rodzinnym konflikcie (zwłaszcza w drugiej połowie filmu) towarzyszą już fabularna niekonsekwencja i odczuwalny niedobór napięcia. Na poziomie emocji "Biała odwaga" nieco rozczarowuje, ale na pewno urzeka aktorską jakością i bezbłędnie zarejestrowaną na kamerze mistyką Tatr.

5
Magda Mielke Ocena: 5

To nie tyle opowieść o krętych ścieżkach historii, ile o ludziach, ich dramatach, tragediach, miłościach i konsekwencjach wyboru. Niestety, Koszałka nadal opowiada obrazem, na czym traci dramaturgia. Dużo niekonsekwencji, skakania pomiędzy wątkami i nastrojami. Większy zachwyt wywołują możliwości drona i sceny wspinaczkowe, od których można nabawić się lęku wysokości niż tragiczny konflikt.

6
Anna Starostka Ocena: 6

Trochę dramat miłosny, trochę kino historyczne. Za dużo ciekawych wątków jak na jeden metraż i może podzielenie tego na dwie części byłoby lepszym rozwiązaniem. Film, który wywołał mnóstwo kontrowersji i dyskusji społecznych jeszcze przed premierą, raczej nie podtrzymuje tych emocji w trakcie seansu. Za to na pewno gwarantuje miłe doznania estetyczne, bo zdjęcia Tatr są zniewalające. Słowa uznania dla Filipa Pławiaka i Juliana Świeżewskiego za popisy aktorskie na wysokim poziomie.

6
Patryk Szczerba Ocena: 6

Historia nie wciąga, nie wywołuje emocji, stąd nie ma zdziwienia, że film przemknął przez kina w dystrybucji praktycznie niezauważony, chociaż przed premierą z powodów politycznych było o nim głośno. Szkoda, bo był potencjał, żeby lepiej potraktować mało znanym aspekt wojennej zawieruchy, jakim był Goralenvolk i dołożyć do tego ciekawsza historię rodzinną. Pociągają i oszałamiają za to widoki Tatr, za które daje dodatkową gwiazdkę.

5.8

Średnia 5.0 (3 recenzje)

Ocena czytelników: 6.4

6
Tomasz Zacharczuk Ocena: 6

Kolejny na festiwalu obraz poświęcony wojnie na Ukrainie. Ta do pewnego momentu jest tylko tłem opowieści o trudnej relacji dwóch sióstr podróżujących do Charkowa po rannego ojca. W pierwszej połowie mamy więc rasowe kino drogi - skoncentrowane na postaciach i sprawnie żonglujące humorem. Potem na pierwszy plan przebija się wojna i wracają już wałkowane na tym festiwalu klisze. W końcówce duży chaos, ale generalnie udane dzieło o tych wielkich wojnach i o tych małych, które często prowadzimy ze sobą nawet bez odpowiedniego powodu.

3
Magda Mielke Ocena: 3

Mam w sobie dużo niezgody na ten film. Wierzę, że powstał on z potrzeby serca, ale wygląda jak chęć podpięcia się pod „modny” temat. Już sam punkt wyjścia jest jakiś naciągany, a im dalej tym coraz mniej wiarygodności, a więcej niedorzeczności i zero wyjaśnień. Do tego w emocjach tytułowych sióstr przez cały czas pobrzmiewa fałsz. Sorry, ale ja tego nie kupuję. Choć na plus można zaliczyć zachowanie balansu, cały ten humor i niefrasobliwość bohaterek sprawiają, że gubi się gdzieś sens tej opowieści, a wojna zostaje sprowadzona do filmowej dekoracji. Ukraiński „temat” potraktowano lepiej niż w „Ludziach”, ale co to za wyzwanie.

- 6
Patryk Szczerba Ocena: 6

Kino drogi z ogarniętą wojną Ukrainą w tle. Oglądamy autentyczne zdjęcia zniszczonych budynków kręcone na żywo, co potęguje grozę i zostaje na długo w przeciwieństwie do samej historii dwóch sióstr podróżujących po ojca do szpitala w Kijowie. Opowieść jest wymyślona jakby na poczekaniu - to najsłabszy element fabularnej układanki. I choć są momenty, gdy reżyser daje zagłębić się w trudną relację rodzinną kobiet, to najciekawsze zostawia na spotkania Polek z Ukraińcami podczas wojennej zawieruchy. Spotkania przypadkowe, zabawne, pokrzepiające, aż w końcu przełomowe. Ale i tak to wojna w końcu zmienia życie wszystkich bohaterów.

5.0

Średnia 7.0 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 7.6

7
Tomasz Zacharczuk Ocena: 7

6,5. Podczas seansu nowej produkcji von Horna faktycznie ma się wrażenie, jakby ktoś nas permanentnie nakłuwał lub dźgał igłami. To rodzaj filmowego doświadczenia niemającego wiele wspólnego z komfortem i przyjemnością. Inspirowana faktami opowieść wwierca się stopniowo w nasza psychikę i z każdym kolejnym kadrem ograbia nas z nadziei na choć drobny pozytyw. Fabularnie często się plącze (film jest o kilkanaście minut za długi), za to stylistycznie - jakkolwiek to zabrzmi w kontekście mrocznej tematyki - cieszy oko. Widać inspiracje kinem neo-noir i arthouse'owymi horrorami. Czerń i biel doskonale pasują do tej historii, a narracyjnie całość świetnie uzupełnia niepokojąca muzyka. Na pewno wyróżniający się tytuł w stawce konkursowej.

7
Magda Mielke Ocena: 7

Klasyczne kino, jakie dziś zdarza się już coraz rzadziej - mocne, solidne, statyczne, z wciągającą intrygą, podane we współczesnej, wyestetyzowanej formie, a przy tym boleśnie aktualne. Choć brakuje tu jakiejś iskry i momentami nie wszystko się klei, ogląda się to o wiele lepiej niż “Sweat”.

7
Anna Starostka Ocena: 7

Cięższa od samego filmu jest myśl, że ta historia wydarzyła się naprawdę. "Dziewczyna z igłą" budzi skojarzenia innego filmu o niechcianej ciąży- "Zdarzyło się" w reżyserii Audrey Diwan. Oglądałam ten film już dwa lata temu i wciąż mocno we mnie rezonuje. Jestem pewna, że podobnie będzie z najnowszym dziełem Magnusa von Horna. Tylko w przypadku tej produkcji nie ma mowy o naiwnej nadziei - od początku do końca czuć napięcie. Chociaż jest to świetnie zrealizowane artystyczne kino to jednak ciężar, który trzeba przyjąć przysłania radość z samego oglądania. Żeby nie było do końca mrocznie, to na szczególną uwagę i uznanie zasługują piękne (tak, piękne) zdjęcia Michała Dymka.

7
Patryk Szczerba Ocena: 7

Film, którego oglądanie może zaboleć ze względu na tematykę. Tym bardziej, jeśli widz uświadomi sobie, że całość została oparta na faktach. To nie oznacza, że nie odczuje przyjemności z obcowania z wykreowanym przez twórców światem. Imponuje świetna praca kamery i zdjęcia. Wciąga solidnie i klasycznie opowiedziana historia, co jest coraz rzadsze we współczesnym kinie. Intrygują wyraziste postaci, za wykreowanie których mogą posypać się nagrody. "Dziewczyna z igłą" to mocna pozycja w konkursowej rywalizacji.

7.0

Średnia 4.3 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 6.6

4
Tomasz Zacharczuk Ocena: 4

Film, podobnie jak punk rock, zagrany na trzech akordach. Seks, jabol & rockandroll. Trochę historia KSU, a po części biografia lidera grupy, Eugeniusza "Siczki" Olejarczyka. Sporo muzyki i punkowego vibe"u, ale niewiele poza tym. Buntownicze slogany i wolnościowe manifesty wybrzmiewają głośno, ale nie ma w nich żadnej wiodącej melodii. Trochę jak na słabo nagłośnionym koncercie, na którym poza ścianą dźwięku nie słychać poszczególnych instrumentów. Filmowa ciekawostka raczej chyba tylko dla koneserów KSU i polskiego punka lat 80.

4
Magda Mielke Ocena: 4

"Idź pod prąd" to jeden z tych filmów, który lepiej sprawdziłby się jako telewizyjny seans w niedzielny wieczór niż kandydat do Złotych Lwów. Film o punku pozbawiony punkowego pazura. Niby sprawnie opowiedziana historia: trochę biografia Olejarczyka, trochę film muzyczny, a trochę opowieść o Polsce lat 70. i 80., ale ani to grzeje, ani ziębi. Fajnie popatrzeć na młodych, jeszcze mało znanych aktorów - w tym wychowanków trójmiejskiego Valldala: Ignacego Lissa czy Igę Szubelak, ale to jednak rzecz przede wszystkim dla fanów KSU.

4
Anna Starostka Ocena: 4

Zbyt poprawna ta historia jak na punk rock i czas, w którym zespół KSU powstawał. Dużo głośnej muzyki, co na pewno nadawało odpowiedniego klimatu, ale to nie jest materiał na uproszczenia fabularne i jednak zbyt ładne obrazki. Na pewno seans dla fanów i koneserów, ale czy do Konkursu Głównego? Chyba nie.

5
Patryk Szczerba Ocena: 5

Ten film do połowy ogląda się dobrze. Gdy obserwujemy zmagania młodych ludzi związane zakładaniem zespołu, jest znośnie - tak jak powinno być w biografii buntowników, którzy przecież dopiero marzyli o zawojowaniu świata. W tle wybrzmiewa punkowa muzyka, młodzież stara się podążać za marzeniami, popełniając wszystkie możliwe błędy dojrzewania. Całość podkoloryzowana, ale przyjemna w odbiorze. Druga część - w założeniu ambitniejsza - wyraźnie gorsza. Tak jakby twórcom zabrakło pomysłu na dokończenie filmu. W efekcie otrzymujemy obraz, który się dłuży, choć trwa tylko nieco ponad 90 minut. W sumie zmarnowany potencjał.

4.3

Średnia 4.5 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 7.8

5
Tomasz Zacharczuk Ocena: 5

5,5. Film momentów, które kilkukrotnie skłaniają do refleksji i pobudzają nasze emocje. Znacznie częściej jednak Szumowska operuje "suchą" chronologią, bazuje na ogólnikach i wyręcza się stereotypami. "Kobieta z..." opowiada o poszukiwaniu własnej tożsamości, a właśnie tej tożsamości brakuje samemu filmowi. Ważny i wrażliwy temat zamknięto tu w nieatrakcyjnej formie i w banalnych kliszach. Jeżeli coś wymyka się przeciętności, to oprócz kilku pojedynczych scen, tym czymś jest poruszająca i stonowana kreacja Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik. Duże rozczarowanie, aczkolwiek od premiery "Body/Ciało" Szumowska nie potrafi już z widzem dyskutować, bo lubi mu po prostu narzucać swój punkt widzenia. Ten film jest trochę jak wykład, ale bardziej na poziomie licealnym niż uniwersyteckim.

4
Magda Mielke Ocena: 4

Potencjał tej historii był ogromny, ale zawiódł już sam scenariusz. Niestety, Szumowska od czasu “Twarzy” postawiła na bardzo wyrachowane kino - pod modny temat i zachodnią publiczkę. Odkrywanie przez reżyserkę “mrocznych” stron polskiej rzeczywistości jest o tyle niesmaczne, że nie czyni ona tego z perspektywy środka, z sympatii do bohatera, lecz z zewnątrz, wręcz z góry - arogancko, oceniająco, bez autentycznych emocji. “Kobieta z…” to kolejny film reżyserki, w którym Polska jest jedną wielką prowincją, w której bieda aż piszczy, a wszyscy mieszkańcy są tak samo zacofani. Scenariusz się nie klei, fabuła nie ma większego sensu, a bohaterowie zostali przedstawieni bez żadnej głębi. Przykre to, bo podjęty w filmie temat jest ważny i potrzebuje dyskusji. Tymczasem nie bez powodu o “Kobiecie z…” od premiery, która odbyła się niemal pół roku temu, jest cicho.

5
Anna Starostka Ocena: 5

Kino społecznie zaangażowane z pełną wrażliwości opowieścią o transpłciowej bohaterce. Niewątpliwie potrzebny film, pełen symboli i dokładnego przyglądania się zmianom, które zachodzą w bohaterach. Niestety bez energii i polotu. Po duecie Szumowska - Englert spodziewałam się dużo więcej, szczególnie w artystycznym, filmowym ujęciu. Rewelacyjna Małgorzata Hajewska-Krzysztofik w roli Anieli.

4
Patryk Szczerba Ocena: 4

Narzucanie wizji świata nigdy nie wychodziło na dobre, a to ostatnio robi Małgorzata Szumowska. Skręciła w stronę kina mocno zaangażowanego, Nie jest to kluczowy problem, choć film "Kobieta z..." z tego powodu pozostanie w wielu kręgach niezrozumiany, a pewnie i z automatu odrzucony. Decydujący pozostaje brak dobrego scenariusza i fabuły, która może skłonić do poważnej rozmowy o transpłciowości, przez co historia pozostaje na poziomie ciekawostki.

4.5
Kulej. Dwie strony medalu

Recenzja filmu "Kulej. Dwie strony medalu". Materiał na kinowy hit (recenzja)

Historia Jerzego i Heleny Kulejów – najbardziej barwnego małżeństwa Polski lat sześćdziesiątych. On – legendarny bokser, podwójny mistrz Europy i ośmiokrotny mistrz Polski, który jako jedyny polski pięściarz wywalczył dwa złota olimpijskie i choć nigdy nie leżał na deskach, to w życiu upadał nie raz. Ona – silna kobieta, która niezmiennie stała u jego boku, ale nie chciała na zawsze pozostać w jego cieniu. więcej »

Średnia 7.3 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 8.5

7
Tomasz Zacharczuk Ocena: 7

7,5. Żuławskiemu niekoniecznie chyba zależało na drobiazgowej i stuprocentowo wiernej faktom biografii. Podobnie jak na sportowym dramacie spod znaku "Rocky'ego". Przede wszystkim jest to kino rozrywkowe zgrabnie wykorzystujące soczyste fragmenty z życiorysu Jerzego Kuleja (a takich nie brakowało). Kino skupione oczywiście wokół boksu, ale w centrum zainteresowania stawiające przede wszystkim postaci Jurka i Heleny. To świetnie nakręcona, ale i - nomen omen - kulejąca trochę pod kątem scenariusza opowieść o miłości, pasji, hartowaniu charakteru i podążaniu własną ścieżką (i nie dotyczy to tylko tytułowego bohatera). Powstał w ten sposób materiał na kinowy przebój, jakim niewątpliwie film Żuławskiego ma szansę zostać. Film o Kuleju trochę jak sam Kulej - kokietuje i zabawia publiczność. Czy nokautuje? Raczej nie, ale wyprowadza sporo celnych ciosów. Aktorsko bez większych zachwytów, ale Włosok i Olszańska doskonale się zgrali. Szkoda, że tak mało Chyry.

7
Magda Mielke Ocena: 7

To będzie kinowy przebój! Z rozmachem zrealizowana biografia Jerzego Kuleja, która znacznie wykracza poza samo kino biograficzne. Ogląda się to jak „Bogów” czy „Najlepszego” - atrakcyjne kino rozrywkowe, skrojone pod masowego widza. Charyzmatyczne postaci, wciągająca opowieść i podróż do gomułkowskiej Polski. „Kulej” jest świetnie zagrany, a Tomasz Włosok stworzył kreację na miarę Lwa, Złotego. Tak „normalnego” filmu od Xawerego Żuławskiego jeszcze nie było.

8
Anna Starostka Ocena: 8

Co za charyzma i temperament Panie Jureczku! I to nie jest rozprawa o sporcie, to jest opowieść o życiu. Bardzo ludzka, pełna błędów, porażek (życiowych) i ponadprzeciętnego uporu historia rodziny Kulejów. Xawery Żuławski znany jest z kina kontrowersyjnego, dziwnego i wymykającego się dobrze znanym schematom. Tym razem reżyser rzetelnie potraktował biografię boksera i nie wyzbywając się swojego oryginalnego podejścia do kina, stworzył obraz angażujący i zabawny. A pomysł nakręcenia filmu przyniósł do wytwórni syn Waldemar Kulej, co tylko potwierdza jak ciekawą osobowością był jego ojciec. "Kulej. Dwie strony medalu" to również prawdziwa aktorska uczta. Po pierwsze rewelacyjny Tomasz Włosok, który mam nadzieję otrzyma nagrodę za pierwszoplanową rolę, zaraz obok świetni Andrzej Chyra, Tomasz Kot i Michalina Olszańska w roli Heleny Kulej. Nie jest jednak tak do końca idealnie - metraż powinien być o 30 minut krótszy, niektóre sceny już bardziej irytowały niż cieszyły.

7
Patryk Szczerba Ocena: 7

Trochę wyświechtane już porzekadło mówi, że najtrudniej nie jest wspiąć się na szczyt, ale się na nim utrzymać. I ten moment w biografii Jerzego Kuleja postanowił wziąć na tapet Xawery Żuławski przedstawiając bohatera pomiędzy igrzyskami w Tokio i Meksyku. Całość ma urok, orbituje wokół boksu, pozostawiając go jednak na dalszym planie. Tym niemniej warto docenić świetnie nakręcone sceny walk w ringu. To, co najważniejsze dzieje się jednak pomiędzy Jurkiem (niezły Tomasz Włosok) i Helenie (świetna aktorsko i piękna Michalina Olszańska). U Żuławskiego Kulej to spory zawadiaka i nicpoń. I choć czasem trudno logicznie wytłumaczyć niektóre decyzje głównego bohatera, to szybko dzięki grze Włoska zyskuje sympatię widzów, choć nie wszystkim może przypaść do gustu irytująca momentami zgrywa w jego wykonaniu. Do tego czasy PRL, do których wciąż widzowie wracają z nostalgią, sport, zabawa, triumf miłości i przepis na komercyjny sukces gotowy. Pytanie, czy także festiwalowy.

7.3

Średnia 5.0 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 6.2

5
Tomasz Zacharczuk Ocena: 5

5,5. Ciekawe podejście do niezwykle trudnego tematu nieprzepracowanej traumy u nastolatków. Reżyserce nie zabrakło nie tylko pomysłu, ale i wrażliwości. Bardzo łatwo można było tu przeszarżować i ulec emocjom. Te do końca jednak trzymane są w ryzach. Film, który skłania do refleksji i uczula na potrzebę psychicznego wsparcia. I właściwie nic poza tym. Niestety "Lany poniedziałek" sporo traci przez banalną symbolikę i niepotrzebne wizje senne. Czasami prostota jest najlepszym wyborem. Obiecujący reżyserski debiut, ale widziałem już na tym festiwalu lepszy.

4
Magda Mielke Ocena: 4

Potencjał był: ważny temat, fajna dziewczyńska energia i słowiańska magia. Niestety, efekt rozczarowuje. Pomysły, które na papierze zapewne fajnie działały, na ekranie wypadają koślawo. Zamiast krzyku o wolność, mamy naiwną i łopatologiczną opowiastkę, ubraną - a jakże! - w małomiasteczkową Polskę sprzed dwóch, trzech dekad (jakby takie historie nie zdarzały się i dziś).

5
Anna Starostka Ocena: 5

Woda jako symbol oczyszczenia z grzechu stała się w tym filmie głównym bohaterem. Bardzo mistyczna i magiczna opowieść (i nie chodzi o bajkowe ujęcie magii) o traumie, krzywdzie i braku zrozumienia. Z pewnością kolejny potrzebny film, bo temat jest niestety bardzo aktualny i może dotyczyć każdego. Jednak zabieg artystyczny i założenia reżyserskie kuleją, a film ogląda się raczej z przymusu. Zacznijmy mówić o problemie przemocy we współczesnym ujęciu, a nie jakby dotyczyło to tylko przeszłości.

6
Patryk Szczerba Ocena: 6

Małomiasteczkowa Polska lat 90, w której nastolatkowie żyją beztrosko, ale tylko na pozór. W czasach, gdy pomoc psychologiczna praktycznie nie istniała, tylko wsparcie rodziny może pomóc "przepracować" traumę związaną z gwałtem. Ale co, gdy i najbliżsi nie pomagają, bo sami potrzebują pomocy? To debiut reżyserki. Przyciągają kontrasty. Szarość końca XX wieku przeplata się z kolorem i uśmiechem ówczesnej młodzieży, rzeczywistość pełna ludowych i religijnych odniesień z oniryzmem i magią. Film, choć traktuje o trudnych sprawach, nie ma w sobie ponurej atmosfery. Czuć lekkość i nadzieję, która wybrzmiewa zwłaszcza na końcu. Brakuje jednak pogłębienia tematu i rozwinięcia historii innych bohaterów, a symbolika, jak oczyszczająca moc wody, czy niszcząca ognia - są niestety przewidywalne. Tym niemniej "Lany poniedziałek" pozostanie obiecującym debiutem i istotnym społecznie filmem, a ja czekam na więcej od Justyny Mytnik.

5.0

Średnia 2.3 (3 recenzje)

Ocena czytelników: 6.6

3
Tomasz Zacharczuk Ocena: 3

Ślesicki wytoczył ciężkie działa. W moim odczuciu za ciężkie. Wstrząs jako narzędzie pobudzania w widzach empatii i współczucia sprawdza się, ale nie można tylko na tym budować całego filmu. Ogrom bólu, cierpienia i krzywdy jest tu porażający, lecz poza nadmierną ekspozycją okrucieństw wojny na Ukrainie trudno doszukać się w tym filmie jakiejś myśli nadrzędnej. Gdzieś w tych pokazywanych na ekranie ruinach zakopana została też artystyczna subtelność. Jasne, wojna nie uznaje kompromisów, ale sposób jej ukazania już tak. Ten film sprawia, że stajemy się zakładnikami pokazywanych na ekranie emocji, a na taki szantaż po prostu się nie zgadzam.

1
Magda Mielke Ocena: 1

Bardzo nieludzkie kino na bardzo nieludzkie czasy. Jeśli lubicie filmy Patryka Vegi, to ten też się wam spodoba. Parodia sloganu „kino to emocje”. Wulgarne, szokujące, okropne.

- 3
Patryk Szczerba Ocena: 3

Rozumiem, że miało być krwiście, brutalnie i bezkompromisowo - taka jest wojna, ale nie rozumiem, dlaczego nie dołączono do tego żadnej fabuły. Całość próbuje grac na emocjach widza, ale wychodzi to źle, bo jedyne, co można odczuwać podczas seansu, to wstręt i odrazę. Tak jakby zabrakło czasu na porządny scenariusz, co próbowano przykryć drastycznymi obrazkami. Ciekawy zabieg z przedstawieniem zdarzeń z pozycji dziecka w wózku nie ratuje sytuacji.

2.3
Minghun

Recenzja filmu "Minghun". Porusza i wycisza (recenzja)

Po stracie córki Jurek (poruszająca kreacja Marcina Dorocińskiego) wraz ze swoim teściem Benem (Daxing Zhang) decyduje się odprawić chiński rytuał minghun, tzw. zaślubin po śmierci. Bohaterowie ruszają w pełną emocjonalnych zawirowań podróż w głąb samych siebie, której celem jest znalezienie idealnego partnera na wieczność. Zderzenie dwóch jakże odmiennych kultur ma pomóc uświadomić zarówno filmowym postaciom, jak i widzowi, że bez względu na pochodzenie wszyscy przynależymy do jednej człowieczej rodziny. Minghun to opowieść o nadziei, miłości i poszukiwaniu sensu życia oraz tego, co dzieje się po nim. Film w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego („Ostatnia rodzina”, serial „Król”) według scenariusza Grzegorza Łoszewskiego („Komornik”) w ironiczny sposób konfrontuje nas ze stratą, własnymi przekonaniami i duchowością. To poruszające i czułe kino, które opowiada o najważniejszych wartościach w życiu człowieka, dając widzowi to, co w naszych czasach najpotrzebniejsze – nadzieję. więcej »

Średnia 6.8 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 7.1

7
Tomasz Zacharczuk Ocena: 7

Trochę ze mnie Tomaszek-smutasek, dlatego zawsze lubię przytulać filmy, w których nie do końca jest do śmiechu (choć tu akurat można się kilka razy uśmiechnąć). Scenariusz miejscami już się prawie rwie, nie wszystko się ładnie ze sobą spina, trochę za mało o relacji głównego bohatera z teściem, zbędny epilog. Ale szalenie doceniam za nowy pomysł na opowieść o stracie, żałobie i poszukiwaniu życia po śmierci. Rzetelna i solidna "szóstka", ale ocena w górę za wybitnego w swojej oszczędności Dorocińskiego (dla mnie oczywisty faworyt do nagrody za najlepszą męską rolę) i rewelacyjną muzykę Stefana Wesołowskiego. Gdańska na ekranie malutko, a przecież produkcję wsparto finansowo z Gdańskiego Funduszu Filmowego.

7
Magda Mielke Ocena: 7

Matuszyński znowu zaskoczył. Gdy tylko zaczął wpadać do szuflady biograficznych i historycznych opowieści, wyskoczył z niej z bardzo osobistą i kameralną historią o stracie i żałobie. Choć ten trudny temat można uznać za wyświechtany, tutaj został on ujęty w bardzo oryginalny zamysł. Oparty na ciszy i powolności, estetycznie wymuskany obraz, doprawiono humorem i ironią, osiągając odpowiedni balans dla rozpaczy. No i Marcin Dorociński, wyśmienity jak zawsze. Będą tacy, którym podczas seansu pęknie serce.

6
Anna Starostka Ocena: 6

Na filmy Jana P. Matuszyńskiego czekam zawsze jak na prezenty gwiazdkowe. "Ostatnia rodzina" czy "Żeby nie było śladów" to filmy, które oglądałam z zapartym tchem i niestety tego zabrakło mi przy najnowszym dziele reżysera. Ta dość powierzchowna konfrontacja kultur nie zrobiła na mnie wrażenia takiego jak powinna, biorąc pod uwagę tematykę filmu. Z pewnością mamy do czynienia z osobistym i intymnym przeżyciem, jednak zabrakło składnika, który zagrałby na emocjach nieco bardziej. Jak zwykle doskonały Marcin Dorociński, dla którego warto poświęcić czas i wybrać się na ten seans.

7
Patryk Szczerba Ocena: 7

Film to wizualna perełka i, na ile to możliwe, oszczędna w słowach historia. Kameralna, na pozór banalna historia wciąga, choć bywa momentami zbyt rozwleczona. Całość wynagradzają jednak zdjęcia, choć zdarza się niekonsekwencja w doborze tonacji. Jak zawsze niepodrabialny jest Marcin Dorociński, który chyba dawno nie miał tak mało do powiedzenia w filmie. Pierwsza część lepsza, druga - w momencie większego przylgnięcia do rzeczywistości - gorsza, ale sumując to bardzo dobre kino. Cicha, delikatna, ale pozostawiająca ślad opowieść, w którą warto się zagłębić.

6.8

Średnia 4.5 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 7.2

5
Tomasz Zacharczuk Ocena: 5

Szare niebo w tytule i sporo tej szarości w samym filmie. Być może ciut za dużo, a zbyt mało kolorytu. I nie mam tu na myśli warstwy wizualnej. Często bywa zbyt statycznie, jednostajnie, "od linijki". Trochę na wzór kina dokumentalnego, ale przecież mówimy o fabule, która powinna większy nacisk kłaść na budowanie emocji i postaci niż rekonstruowanie faktów. Świetny ostatni kwadrans sporo jednak nadrabia, jeśli chodzi o ogólne wrażenia. Warsztatowo poprawny, emocjonalnie angażujący, a społecznie potrzebny film o bezsilności białoruskich opozycjonistów w starciu z reżimem Łukaszenki.

4
Magda Mielke Ocena: 4

Zaczyna się dobrze, ale po pierwszym kwadransie emocje siadają. I choć film jest krótki, nie wszyscy widzowie mają tyle cierpliwości, żeby dotrwać do końca pokazu. I w sumie się im nie dziwię, bo to nawet nie jest film, a fabularyzowany reportaż, w dodatku pozbawiony iskry, akcji, napięcia. Słuszny temat, ale realizacyjnie i formalnie szary jak tytułowe niebo.

4
Anna Starostka Ocena: 4

Bardzo dobrze zapowiadający się początek, mocna reporterska historia, relacja z miejsca tragicznych i niesprawiedliwych wydarzeń, aresztowanie i emocjonalny telefon do męża. I tu następuje koniec napięcia w tym filmie, mimo że tematyka powinna ściskać za brzuch do samego końca. Materiał zdecydowanie bardziej na film dokumentalny.

5
Patryk Szczerba Ocena: 5

Kameralny, ale zarazem ważny film o sytuacji na Białorusi w trakcie protestów po śmierci Ramana Bandarenki w 2020 roku inspirowany prawdziwymi wydarzeniami. Tylko szkoda, że taki jednowymiarowy, w którym nie czuć w pełni emocji bohaterów, a fabuła nie wykracza poza sztywne ramy zapisu sytuacji po aresztowaniu niepokornej dziennikarki Leny. Niby pojawia się ciekawy zabieg z restrospekcjami, a główna para aktorska starają się być jak najbardziej przekonująca, ale to za mało. Końcówka pokazuje, że można było "wycisnąć" z tej historii więcej. Całość skręca w stronę dokumentu, tymczasem widz oczekiwał dobrej fabuły.

4.5
Pod wulkanem

Polski kandydat do Oscara otworzył 49. FPFF w Gdyni (recenzja)

Wnikliwy obraz stanu emocjonalnego młodej, inteligenckiej, ukraińskiej rodziny Kovalenków, którą wybuch wojny zastaje ostatniego dnia wakacji na Teneryfie. Ich powrót do Kijowa okazuje się niemożliwy. W jednej chwili z turystów stają się uchodźcami. więcej »

Średnia 6.8 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 4.4

7
Tomasz Zacharczuk Ocena: 7

Damian Kocur znów robi to, co wychodzi mu najlepiej, a więc ustawia kamerę na swoich bohaterów i po prostu im się przygląda. Przy okazji coraz bardziej wżera się w psychikę postaci, a także samych widzów. Jego drugi film to pełen niuansów i "małych wielkich" scen psychologiczny dramat o ludziach, którzy z turystów stają się uchodźcami z kraju ogarniętego wojną. Trochę nachalnie wrzucony wątek emigrantów z Afryki. Na minus także to, że Kocur znów świetnie buduje napięcie, ale nie potrafi celnie puentować. Dlatego zakończenie pozostawia z niedosytem, ale to i tak angażujące, świetnie zagrane i poruszające wiele aspektów kameralne kino o tych uzewnętrznianych, ale i skrywanych głęboko w sercu traumach i dramatach. Mogą posypać się nagrody.

6
Magda Mielke Ocena: 6

Nie potrzeba ani jednego wystrzału czy wybuchu rakiety, żeby opowiedzieć o wojnie. W drugim filmie Damian Kocur (reżyser “Chleb i sól”) pozostaje wierny swojemu stylowi. Chłodnym okiem dokumentalisty przygląda się ludziom, którym zabrano jutro. Choć fabuła dotyczy wojny i uchodźstwa, nie jest to opowieść o inwazji na Ukrainę, lecz o kryzysowej sytuacji związanej z utratą domu i poczucia bezpieczeństwa (nie tak trudno znaleźć analogię do bliskiej nam w ostatnich dniach sytuacji powodzian). To prosty, kameralny film, z bardzo ciekawą sytuacją fabularną i nie do końca spełnionym scenariuszem, próbującym uchwycić wiele wątków, bez zagłębiania się w żaden z nich. Prosta jest również symbolika (wulkan, fajerwerki, wędrówka, karnawał), ale o ile lepsza od emocjonalnego szantażu. Tu go na szczęście nie ma. Są za to pełne reżyserskiej czułości, świetnie zagrane sceny, jak choćby ta (rodząca w mojej głowie skojarzenia ze wspaniałym filmem “Aftersun”) rozmowy ojca z córką.

7
Anna Starostka Ocena: 7

Najbardziej uderzająca w tym filmie była kwestia wypowiedziana przez głowę rodziny Kovalenków: "2-3 dni i wrócimy do domu". Rzeczywiście pod Wulkanem emocje już nie były uśpione i stłumione. Damian Kocur ponownie potraktował z dużą uważnoscią i empatią historie, którą zdecydował się opowiedzieć i każdemu z bohaterów przeznaczył odpowiednio dużo czasu. Było miejsce na smutek, złość i brak zrozumienia. Niektóre wątki mogłyby zostać bardziej rozwinięte, jednak nie ujmuje to całej produkcji. Delikatne i symboliczne kino z dużym ładunkiem emocjonalnym.

7
Patryk Szczerba Ocena: 7

Spokojne, proste kino, ale ze sporym ładunkiem emocjonalnym. Damian Kocur pokazuje bohaterów w krytycznej sytuacji zamknięcia w "złotej klatce" po inwazji na Ukrainę. Los pozwolił im poznać się na nowo nawzajem. Pobyt pod tytułowym wulkanem pozwala także zajrzeć w głąb siebie, gdzie można znaleźć słabości, ale też przezwyciężyć strach. I zobaczyć, jak bardzo może być kruche życie, stabilność i bezpieczeństwo. Dużo tu lęku, strachu, ale nie brakuje też optymizmu i miłości, jak podczas świetnej sceny rozmowy ojca ze swoją córką. Pełen obraz życia, gdy cały świat wali się na głowę. Zakończenie i dalsze losy postaci pozostają otwarte. To nic, bo to, co najważniejsze już się wydarzyło.

6.8
Simona Kossak

Recenzja filmu "Simona Kossak". Na skróty przez las (recenzja)

Simona Kossak, pozbawiona talentu, który od pokoleń definiuje jej rodzinę, dorasta, nie zaznając ciepła ze strony despotycznej matki. Gdy po studiach rzuca wszystko – dom, tradycję, społeczne konwenanse – i obejmuje posadę naukowczyni w Białowieży, zaczyna życie na własnych warunkach. Osiedla się w środku puszczy, w domu bez prądu i bieżącej wody, w otoczeniu dzikiej przyrody. Poznaje tam fotografa Lecha Wilczka, z którym dzieli pasje – miłość do natury i… potrzebę wolności. Jednak jej wyobrażenia o pracy przyrodnika i pozycji młodej kobiety w świecie zdominowanym przez mężczyzn ulegają bolesnej weryfikacji. Musi stanąć w obronie nie tylko swoich ideałów, ale również świata roślin i zwierząt. więcej »

Średnia 5.8 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 7.9

6
Tomasz Zacharczuk Ocena: 6

Zamiast interesującej i wnikliwej biografii nietuzinkowej osobowości "Sztuka kochania" w lesie, a więc kino pod publiczkę ze zdartej już płyty i bez większych aspiracji, chociaż wątek ekologiczny wybrzmiewa u Panka dość głośno i wyraźnie. Za dużo Kossaków (i ich obrazów), a za mało Simony w filmie o Simonie. Druga godzina seansu znacznie lepsza od pierwszej i głównie za to ocena w górę. Kino skrojone pod szeroką widownię, dlatego w ogólnym obiegu "Simona Kossak" poradzi sobie lepiej niż na festiwalowej arenie. Niezłe zdjęcia i muzyka, bardzo dobra Sandra Drzymalska. - Ale co Ci Tomeczku podobało się najbardziej? - Zwiezontka!

5
Magda Mielke Ocena: 5

Dokument Korynckiej-Gruz “Simona” pokazał jak niesamowitą osobą była Simona Kossak, a jej los wydawał się wprost skrojony pod scenariusz filmu fabularnego. Ciężko jednak nie odnieść wrażenia, że ten wyszedł spod niewłaściwych rąk. U Panka historia Simony staje się kolejną “Sztuką kochania”, tyle, że w lesie. Pasja, odkrycia i szerokie zainteresowania Simony, nawet jej ciekawa osobowość i wyprzedzająca czasy postawa zostały spłycone. Reżyser oparł się na dziwnie wąskim fragmencie jej biografii, co stanowi mało reprezentatywny wycinek wobec całej jej biografii. Porusza się po omacku, chwytając się wszystkiego: konfliktu pokoleniowego, dyskryminacji kobiet, zakazanej miłości, ekologii, duchowości. Nic dziwnego, że w biografii Simony na nią samą zabrakło miejsca. Sandra Drzymalska i Jakub Gierszał tworzą uroczy duet i robią, co mogą, ale cóż… niewiele mają tu do roboty. Przykro mi, że dziś, w 2024 r., Simona została potraktowana dokładnie tak, jak była traktowana przez całe swoje życie.

6
Anna Starostka Ocena: 6

Simona Kossak nie chciała być definiowana przez swoje nazwisko, nie chciała przesadnie utożsamiać się z dorobkiem artystycznym rodziny ani wykorzystywać rodzinnych koneksji do osiągnięcia swoich naukowych celów. I właśnie tą kwestią najbardziej zajęli się twórcy filmu o naukowczyni. Trochę w zbyt dużym uproszczeniu została potraktowana historia niezwykłej kobiety i trudno tu nie nawiązać tu do dokumentu "Simona" Natalii Korynckiej Gruz, która jednak postawiła poprzeczkę wysoko. Dlaczego warto się wybrać ten film? Dla doskonałej Sandry Drzymalskiej oraz kilku kojących ujęć natury.

6
Patryk Szczerba Ocena: 6

Liczyłem na ciekawą biografię nietuzinkowej osoby, a dostałem chaotyczny zbiór scen, w których tytułowa bohaterka ginie jak promienie słońca między drzewami w Puszczy Białowieskiej, w której rozrywa się akcja. Film nie pozwala poznać Simony Kossak. Po seansie widzowie nic nie będą o niej wiedzieć oprócz tego, że przeklina, gdy trzeba - umie się postawić mężczyznom i jej misją jest ratunek saren. A i gustuje w przystojnych mężczyznach. Panek ewidentnie nie jest w stanie zdecydować się, czym mam być jego film. W efekcie dostajemy misz-masz. Trochę tu komedii, trochę romansu, a trochę manifestu ekologicznego. "Simona Kossak" ma szansę zaistnieć, ale raczej w pozafestiwalowym, komercyjnym obiegu. Dodatkowa gwiazdka za Sandrę Drzymalską.

5.8

Średnia 7.3 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 8.8

7
Tomasz Zacharczuk Ocena: 7

Każdego roku podczas festiwalu udaje mi się wyłowić jedną, wcale nieoczywistą perełkę. I tym razem jest to film debiutanta, Korka Bojanowskiego. Rzetelne przedstawienie tematu przemocy psychicznej wśród młodych artystów . Znakomita rola Nel Kaczmarek i bardzo dobra Tomasza Schuchardta. Do tego starannie przemyślany scenariusz, który oferuje nam wytrawny miejscami dramat psychologiczny i wciąga w grę opartą na manipulacji i kłamstwie. Nic wielkiego, ale ogląda się to z ciekawością, zaangażowaniem i autentycznymi emocjami. Póki co najlepszy debiut tej edycji.

7
Magda Mielke Ocena: 7
7
Anna Starostka Ocena: 7

Rachunek sumienia wobec wszystkich, którzy dopuścili się patologicznych zachowań w środowisku artystycznym. Mocny debiut reżyserski Korka Bojanowskiego z kolejną świetną rolą Tomasza Schuchardta. Film od początku do końca utrzymuje napięcie, nie gubi tempa i zaangażowania. W trakcie seansu wielokrotnie chciałam wstrząsnąć główną bohaterką, a to oznacza, że cel został zrealizowany, zagrało na wysokich rejestrach. Niewątpliwie jest to odkrycie tegorocznego festiwalu.

8
Patryk Szczerba Ocena: 8

Bardzo dobry debiut reżyserski Korka Bojanowskiego. Film mający jeden z najmniejszych budżetów w stawce konkursu głównego, od początku wciąga i trzyma w napięciu aż do samego końca. Historia relacji nauczyciel - studenci, której przestrzenią jest szkoła aktorska okazuje się być kipiącym od emocji dramatem. Mocny obraz o ciemnej stronie ludzkiej psychiki, manipulacji, ale bez przynudzania. "Utrata równowagi" trzyma tempo, nie ma dłużyzn, a wrażenie potęguje niepokojąca muzyka w tle. Do tego tekst "Makbeta" który współgra z opowieścią. Zakończenie domykające drogę przemiany głównej bohaterki od ofiary sytuacji po osiągającą swój cel za pomocą środków, o których jeszcze niedawno nawet nie pomyślała. Świetny duet Nel Kaczmarek i Tomasz Schuchardt. Ten drugi z potencjałem na Najlepszą rolę męską.

7.3

Średnia 6.3 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 5.3

5
Tomasz Zacharczuk Ocena: 5

Skonieczny wymyślił sobie kilka filmów (a każdy w innej konwencji), po czym nakręcił je wszystkie naraz. Mamy tu wszystko. Od modernistycznej baśni, przez międzykulturowe love story i postpunkową wariację na temat "Romea i Julii" spod budki z kebabem, po deskorolkowe teledyski i oniryczne wizje. Wizualnie to petarda, fabularnie niestety niewypał. Na dodatek poddymiony banałem, a niekiedy wręcz kiczem. W dialogach raz naturalnie, a raz infantylnie. Aktorsko też jest różnie. Jeśli chodzi o dwoje głównych postaci, to oddzielnie każde z nich wygląda interesująco, razem już niekoniecznie. W ich uczucie pozostaje wierzyć na słowo. A ja trochę za mocno uwierzyłem w Skoniecznego. Spore rozczarowanie.

7
Magda Mielke Ocena: 7

Filmowcy odkrywają istnienie Romów w Polsce, odcinek 2. Wielu ten film wyśmieje. Gdynia go odrzuci. Ale każdy, kto tę konwencję kupi, będzie zachwycony. Skonieczny w swoim drugim filmie (na który kazał czekać 10 lat!) udowadnia jak sprawnym reżyserem jest. „Wrooklyn zoo” to audiowizualna uczta. Ta muza, te kadry, montaż - wszystko to się wspaniale ogląda, jak ponad 2-godzinny teledysk, który ani na chwilę nie traci swojej energii czy brawury. Młodzi aktorzy osobno radzą sobie dobrze, Eleryk pokazuje kolejną ciekawą twarz, a Frycz po prostu błyszczy (poproszę tutaj nagrodę). Oczywiście do wielu rzeczy można się przyczepić - przede wszystkim do scenariusza, w który upchano tyle, że aż szok, iż się nie rozleciał. Po oczach bije też nieporadność głównych aktorów we wspólnych scenach czy sięganie po deskę, kiedy to wygodne. Nie o realizm tu jednak chodzi. Mimo licznych mankamentów szanuję tę twórczą odwagę bardzo, a widzów, którzy mają dystans do kina, zapraszam do kina.

6
Anna Starostka Ocena: 6

Ten film trzeba potraktować z przymrużeniem oka i nabrać do niego dystansu. Bardzo eklektyczna opowieść, łącząca zupełnie różne światy. I to nie tylko dwa światy. Momentami niestety panuje zbyt duży chaos i gubi się sens poszczególnych wątków, ale mimo wszystko jest to świeże, inne i rozrywkowe. No i trudno się nie uśmiechnąć pod nosem na epizod z udziałem Jakuba Żulczyka.

7
Patryk Szczerba Ocena: 7

Skonieczny zrobił film dla młodych o młodych. Powiew świeżości na festiwalu. Stylistyka musi nasuwać skojarzenia ze "Ślepnąć od świateł". Oczywiście to zupełnie inna historia, ale podobnie pokazane miasto i zaprezentowany język ulicy. Reżyser ewidentnie ma słuch, bo dialogi oprócz zdjęć to najmocniejsza strona filmu. Film kradnie - jak w serialu - Jan Frycz. Całość balansuje między kinem komercyjnym i artystycznym. Gdy skręca w tym drugim kierunku robi się kiczowato i cringowo, tym niemniej cała opowieść o miłości broni się. Trzeba tylko dać się jej ponieść i złapać dystans do niektórych scen. Szanuję za odwagę, choć nagród pewnie nie będzie.

6.3

Średnia 4.5 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 7.3

5
Tomasz Zacharczuk Ocena: 5

Medytacje wiejskiego listonosza. Wersja filmowa. Komedia Tomasza Gąssowskiego, trochę jak ta słynna piosenka "Skaldów", szybko wpada w ucho. Refren zanucimy nie raz i nie dwa, ale trudno mówić w tym przypadku o jakiejś wybitnej kompozycji. "Wróbel", posługując się nieco karkołomnym porównaniem, to jak pokraczne zmiksowanie naszego poczciwego "Rancza" z "Perfect Days" Wendersa. Jest przaśnie i kontemplacyjnie. Zabawnie i ciut depresyjnie zarazem. Wszystkiego po trochu, a finalnie niewiele z tego wynika. Do połowy jeszcze bawi i zaciekawia, potem "Wróbel" ćwierka już bardzo cienko. ps. jako fan futbolu doceniam aktorski debiut Radka Majewskiego i epizod red. Szczepłka!

4
Magda Mielke Ocena: 4

Jaki kraj, takie „Perfect Days”. „Ranczo”, „Doręczyciel” i „Zmruż oczy” w jednym. Tylko jakieś takie puste, bez większego pomysłu, z tragicznymi dialogami. Bardziej gorzkie niż słodkie. To nie komedia, to materiał na terapię.

4
Anna Starostka Ocena: 4

Żeby robić filmy o zwykłym, codziennym życiu to trzeba widzieć w tej zwykłości coś wyjątkowego. I tu niestety nie poczułam zupełnie nic. Może sama sobie winna, bo za dobrze znam kino Jima Jarmuscha, mistrza opowiadania o zwykłości w interesujący sposób ("Paterson") a może po prostu nie tędy droga jeśli o debiutach reżyserskich mowa. Poczciwa historia o wiejskim życiu na początku nawet zaciekawiła, ale w połowie już wszystko było jasne. Nic więcej w życiu Wróbla się nie wydarzy. Na pewno będzie to dobra pozycja do seansu w domowym zaciszu.

5
Patryk Szczerba Ocena: 5

Główny bohater to typowy poczciwiec, zaś cała historia to opowiastka o życiu i zachodzących w nich zmianach. Bez większej głębi i przesłania, ale z dużym humorem i dystansem, jaki towarzyszy życiu na wsi. Można obejrzeć, ale niewiele da się zapamiętać. Są momenty, które mógłby być punktem zwrotnym w filmie, ale debiutującemu na fotelu reżysera Tomaszowi Gąssowskiemu chyba zabrakło odwagi. Szkoda. Wygrał spokój.

4.5
Zielona granica

Recenzja filmu "Zielona granica". Quo vadis, Europo? (recenzja)

Po przeprowadzce na Podlasie psycholożka Julia staje się mimowolnym świadkiem i uczestnikiem dramatycznych wydarzeń na granicy polsko-białoruskiej. Świadoma ryzyka i konsekwencji prawnych, przyłącza się do grupy aktywistów pomagających uchodźcom, którzy koczują w lasach w strefie objętej stanem wyjątkowym. W tym samym czasie uciekająca przed wojną domową syryjska rodzina i towarzysząca jej nauczycielka z Afganistanu, nie wiedząc, że są narzędziem politycznego oszustwa białoruskich władz, próbują przedostać się do granic Unii Europejskiej. W Polsce los zetknie ich z Julią oraz młodym pogranicznikiem Janem. Rozgrywające się wokół wydarzenia zmuszą ich wszystkich do postawienia sobie na nowo pytania: czym jest człowieczeństwo? więcej »

Średnia 7.3 (4 recenzje)

Ocena czytelników: 5.2

7
Tomasz Zacharczuk Ocena: 7

Na pewno jeden z najważniejszych filmów Agnieszki Holland, co nie znaczy, że jest jednym z najlepszych w dorobku reżyserki. Najmocniej działa jako bolesny i traumatyzujący traktat o dewaluacji człowieczeństwa w warunkach ekstremalnych i o bezduszności systemu (w sensie ogólnym). Wiele traci natomiast na mocno publicystycznym wydźwięku, wplataniu polityki i (jednak po części) szantażowaniu emocjami. Może gdyby tych emocji było mniej podczas realizowania filmu, byłby on znacznie lepszy. Aczkolwiek od tych emocji każdemu z nas trudno wówczas było się odseparować. I tak jest do dzisiaj.

7
Magda Mielke Ocena: 7

Mocny i potrzebny film. Ma kilka wybitnych scen i emocjonalnie rozwala, ale momentami za dużo publicystyki, dydaktyzmu i szantażu emocjonalnego.

8
Anna Starostka Ocena: 8

Już scena otwierająca, w której kamera płynie nad pięknym, zielonym lasem i ekran powoli zmienia się w czarno- biały, wywołuje smutek i niezgodę na to, co zobaczymy w kolejnych ujęciach. Odważny i potrzebny film ukazujący różne oblicza natury ludzkiej, niemoc, niesprawiedliwość i wielką humanitarną tragedię. Zostawiając na chwilę tematykę filmu, o której każdy na pewno myśli swoje, należy podkreślić, że jest to kino na światowym poziomie.

7
Patryk Szczerba Ocena: 7

Nie jest to gniot, jak próbowała pokazywać "Zieloną granicę" jedna strona sporu politycznego sprzed roku, ani arcydzieło, jak wieściła druga strona. To film ogólnie udany, świetnie nakręcony, najlepszy w momentach, gdy obserwujemy cierpienie czekających na granicy, ale nie jest wolny od uproszczeń. Pewnie, gdyby nie toporna momentami publicystyka, to zyskałby większe uznanie. A tak, pozostał orężem do politycznej walki.

7.3

I choć tym razem poniżej redakcyjnej noty "5" uplasowało się tylko pięć tytułów (rok temu było ich aż osiem), to jednocześnie średnia ocen w żadnym przypadku nie przekroczyła "8", a nawet "7,5". Takiej sytuacji również w naszym festiwalowym rankingu nigdy nie było. Na dodatek w zestawieniu wyświetliła się jedna "jedynka", której dawno już żadnemu festiwalowemu filmowi nikt z naszych redaktorów nie sprezentował. Przed rokiem Konkurs Główny był raczej kiepski. W tym, jeśli jest lepiej, to naprawdę niewiele. Ogólną jakościową ocenę mógłbym podnieść o pół punktu, ewentualnie o cały jeden. To wciąż jednak rozczarowujący poziom i zarazem bardzo odległy od znakomitej selekcji sprzed dwóch lat.

Twórcy "Zielonej granicy" odbierają Złote Lwy.

Mało pozytywnych wrażeń i gatunkowej odmienności



Brakowało mi w tym roku w Gdyni różnorodności. Fabularnej i gatunkowej. Sporo tytułów zdominowała tematyka skoncentrowana na tym, co dzieje się za naszymi wschodnimi granicami. Twórcy festiwalowych filmów zawsze dość szybko reagowali na otaczającą nas rzeczywistość, a zwłaszcza na społeczne niepokoje. Tyle że filmowcy w tym roku główny nacisk kładli bardziej na obserwację i szokowanie obrazem niż wyciąganie wniosków i zapraszanie widzów do intelektualnej debaty.

Każdemu z filmów z tzw. "bloku wschodniego" czegoś brakowało. "Zielonej granicy" doskwierała nadmierna publicystyka, a "Pod szarym niebem" zbyt reportażowy sposób opowiadania. W "Pod wulkanem" odczuwalny był niedobór emocji i mocnej puenty, zaś w "Ludziach" tych emocji było zdecydowanie za dużo (właściwie były tam same emocje zamiast scenariusza). Nie boję się stwierdzenia, że był to film, który po prostu znęcał się nad swoimi bohaterami, poruszanym tematem i w końcu nad samym widzem. Najbliżej wypośrodkowania emocji był chyba Łukasz Karwowski w "Dwóch siostrach", ale i tam w końcu dosłowność i pomysł oparty na terapii wstrząsowej wzięły górę nad rozsądkiem.

Recenzja filmu "Pod wulkanem"



W interesujące rejony kina zabrali nas w tym roku z kolei Jan P. Matuszyński (ciekawy pomysł w "Minghun"), Magnus von Horn (dopieszczona wizualnie i gatunkowo "Dziewczyna z igłą") czy Krzysztof Skonieczny (szalony gatunkowy miks we "Wrooklyn Zoo"). Obiecujące debiuty zaliczyli Justyna Mytnik w "Lanym poniedziałku", a zwłaszcza Korek Bojanowski w "Utracie równowagi" (największe pozytywne zaskoczenie tego festiwalu). Były jednak i takie filmy, które ... po prostu były. I nic więcej właściwie o nich nie da się powiedzieć ("Wróbel", "Idź pod prąd", "Kobieta z...").

Wciąż w festiwalowej stawce brakuje mi tytułów, które zostawiają nas po seansie z jakąś nadzieją i inspiracją, poczuciem dobrze spędzonego czasu, z solidną dawką pozytywnych i motywujących emocji. Ta depresyjność, beznadziejność, szarość, na które od lat narzeka spora część widowni oceniająca polskie kino, niestety miała też duże odzwierciedlenie w tegorocznym Konkursie Głównym.

Oczywiście nie chodzi o zakłamywanie teraźniejszości i lukrowanie tematów, które nie powinny być raczej serwowane na słodko. To dobrze, że wciąż są filmy, po których obejrzeniu odczuwamy pewien rodzaj refleksji, zadumy, a nawet smutku. Takie emocje zaserwowały nam "Minghun", "Pod wulkanem" i po części "Kobieta z..." (ale tylko ze względu na podejmowany tam temat). Tyle że takich naprawdę optymistycznie nastrajających tytułów było równie mało. "Simona Kossak", "Kulej. Dwie strony medalu" i "Wrooklyn Zoo" to niewiele, by festiwal był nieco bliżej zwykłego widza, a nie był jedynie wydarzeniem dla branży. Dlatego właściwie tylko te trzy ostatnie produkcje mają spore szanse na frekwencyjny sukces w kinowym obiegu.

Znów spora frekwencja, udany debiut Perspektyw



A propos frekwencji. Ta festiwalowa znowu wyglądała na wysoką. Oczywiście więcej będziemy wiedzieć po opublikowaniu przez organizatorów dokładnych statystyk, ale "gołym okiem" widać było, że seanse konkursowe cieszyły się ogromnym wzięciem. Może niekoniecznie w porannych godzinach, ale popołudniami i wieczorami trudno było znaleźć wolne miejsce w kinowych salach. To nie tylko zasługa samych filmowców, ale również marki gdyńskiego festiwalu. Festiwalu, który doskonale potrafi zaopiekować się swoimi uczestnikami. Który oprócz pokazów zapewnia spotkania z ludźmi kina (czy to w GCF, czy w specjalnej strefie w Centrum Riviera). Który charakteryzuje się nienaganną organizacją, sprawną logistyką (jak choćby dojazd autobusami z Riviery do Muzycznego i na odwrót) i po prostu dbałością o to, by każdy podczas tej imprezy dobrze się czuł (duże brawa dla pomocnych i zawsze dostępnych wolontariuszy).

To, co zapracowało w tym roku na dodatkowy plus dla festiwalu, to na pewno nowa sekcja Perspektywy. Już przed rokiem pisałem o tym, że formuła "mikrobudżetów" zwyczajnie się wypaliła i nie ma większego sensu (choć według mnie od początku tego sensu była pozbawiona). Perspektywy faktycznie okazały się gościnną przestrzenią dla młodych twórców, których filmy "może" jeszcze nie spełniają do końca wymogów Konkursu Głównego. Może nieprzypadkowo pojawiło się tu w cudzysłowie, bo z tych tytułów, które udało mi się obejrzeć - "Innego końca nie będzie" czy "Cisza nocna" - zdecydowanie poradziłyby sobie w głównej selekcji. Oba tytuły okazały się lepsze przynajmniej od połowy stawki walczącej o Złote Lwy. Bardzo dobre recenzje zebrały także "To nie mój film" i "Rzeczy niezbędne".

Co gwiazdy festiwalu robią w Piekiełku?



Czy więc faktycznie obecność tych filmów w Perspektywach okazała się niezbędna? Być może niekoniecznie, ale sama sekcja ma przed sobą przyszłość na gdyńskim festiwalu. Bardzo dobrze, że jest i że w tym roku pojawiły się w niej naprawdę oryginalne produkcje, zarówno pod kątem treści, jak i formy. Jeśli w kontekście Perspektyw miałbym o coś zaapelować do organizatorów, to chyba tylko o większą liczbę seansów. Zwłaszcza w ostatnich dniach imprezy, gdy po obejrzeniu tytułów z Konkursu Głównego można już się skoncentrować na tych mniej oczywistych, ale co pokazał ten rok, nie mniej interesujących propozycjach.

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w tym roku obchodzi swoje 50-lecie, ale prawdziwe świętowanie czeka nas za rok podczas jubileuszowej 50. edycji. Wtedy będzie czas na huczne atrakcje, specjalne uroczystości, być może też na wyjątkowych gości i równie wyjątkowe pokazy. Mam nadzieję (drugi rok z rzędu towarzyszy mi więc to samo uczucie po festiwalu), że największe fajerwerki jednak opalone zostaną właśnie w Konkursie Głównym. I tego właśnie życzę temu festiwalowemu pięćdziesięciolatkowi. I bardziej śmiałych werdyktów podczas gali finałowej.

Raport: Złote Lwy dla Zielonej granicy A. Holland

21:22 28 WRZEśNIA 2024
Najważniejsza nagroda 49. FPFF dla Zielonej granicy
Najważniejsza nagroda 49. FPFF dla Zielonej granicy

Wydarzenia

Miejsca

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (406)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Lumina Park w Pruszczu Gdańskim (1 opinia)

(1 opinia)
42 zł
pokaz

Garden of Lights - Ogród Świateł - Mały Świat (24 opinie)

(24 opinie)
39 - 44 zł
pokaz

ARKA Gdynia - Motor Lublin

10 - 150 zł
mecz

Bryan Adams (15 opinii)

(15 opinii)
209 - 1250 zł
Kup bilet
rock / punk, pop

Nowe Lokale

Konkursy

Konkursy Bilety na koncert Bryana Adamsa
Już wkrótce

Bilety na koncert Bryana Adamsa

Do wygrania 5 podwójnych zaproszeń

Najczęściej czytane