Rozmowa z Marianem Pyszem, trenerem hokeistów Stoczniowca
- Rozgościł się pan w Gdańsku?- W wynajętym przez klub bardzo ładnym mieszkaniu na Przymorzu słomiany wdowiec, jak ja, musi czuć się dobrze.
- Ponoć górale z Kaszubami mają dużo wspólnego.- Być może, ale ja wierzę w moc osobowości. Dogadam się z każdym.
- Słyszeliśmy, iż uchodzi pan za postać nieprzystępną.- Nie lubię ludzi, którzy nie ciągną wózka w tę samą stronę. Dla takich rzeczywiście bywam nawet nieprzyjemny. Żyję dla hokeja i dla niego, gdyby była potrzeba, poszedłbym się utopić.
- Na jak długo podpisał pan umowę o pracę?- Na czas nieokreślony, co traktuję za dowód zaufania. Działacze potraktowali mnie bardzo przyzwoicie.
- Stoczniowiec ma być w czwórce.- To oczywiste, że i ja tego pragnę, lecz ultimatum tej treści nie usłyszałem. Będę pracować, a wyniki moją pracę i staż tutaj zweryfikują.
- Jaki jest pan dla hokeistów?- Jestem partnerem w pracy. Obie strony muszą się szanować. Są prawa i obowiązki. Zawodnik musi nauczyć się profesjonalnego podejścia do zawodu, zrozumieć, że pracuje z korzyścią dla zespołu, która to korzyść przekłada się na jego dorobek. Nie inaczej.
- Będzie panu pomagać Henryk Zabrocki.- Będąc drugim trenerem reprezentacji mam obowiązki, które wymagają pozostawienia klubu na jakiś czas. Gdy zasygnalizowałem to działaczom, usłyszałem, że już pomyśleli o tym. Heniu to klasyczny przykład szkoleniowca, któremu zaufano w klubie, i który osiągnął sukces. Mówię to apropos skromnej obecności rodzimych trenerów w klubach ekstraklasy, co wynika z braku odwagi działaczy. Lepiej zatrudnić obcokrajowca i mieć spokój. Ostatnio podczas walnego w PZHL wnioskowano, aby związek w jakiś sposób weryfikował fachowców z zagranicy...
- A wiemy już, co z liczbą obcokrajowców?- Może grać czterech, przy czym bramkarz jest liczony za dwóch. Za rok ma być już tylko trzech.
- Ma pan za sobą pierwszy trening z całą drużyną. Jakie wnioski?- Część zespołu poznałem jeszcze przed urlopami. Przygotowanie ogólne wygląda w porządku. Szkopuł w tym, aby przenieść je na umiejętności specjalistyczne, i w tym, aby zawodnicy zechcieli dać z siebie sto procent możliwości.
- Dlaczego nie wyjeżdżacie jeszcze na lód?- Koniec lipca, termin około sześciu tygodni przed inauguracją, uważa się za optymalny. To nic niezwykłego.
- Jaki wpływ miał pan na zastęp pozyskanych graczy?- Kiedy tu przybyłem, zarząd miał wszystko przygotowane. Jestem kontent z zawodników, których zobaczyłem.
- Zna pan nowych obcokrajowców, Dibelkę i Juraszka?- Nie, ale ufam fachowości panów Zabrockiego i Teodorczaka. Obaj hokeiści muszą tylko zaaklimatyzować się, bo umiejętności techniczne z pewnością potwierdzą.
- Oczekiwał pan klasowego golkipera.- Po odejściu Szczebłanowa nie brakowało tu kłopotów z obsadą bramki. Nie wnikam, co wcześniej przeszkadzało w pozyskaniu Wawrzkiewicza, bo były przecież takie zamiary. Faktycznie cieszę się z tego transferu. Tomasz jest bardzo młody i przed nim kariera reprezentanta, rzecz jasna, jeśli będzie kroczył prawidłową drogą.
- Bywało jednak, że wytykano mu słabe występy.- To tylko człowiek i jeszcze raz zwracam uwagę na jego wiek. W ostatnim czasie komplikowały my życie kontuzje, a w Sanoku nie odpuszczano mu. Teraz, jak mówi, jest już w pełni zdrowia.
star.