Legenda polskiego jazzu mieszka w Sopocie

Alicja Olkowska
20 maja 2026, godz. 14:00
Opinie (18)
- Wibrafon to instrument idealny - mówi Bernard Maseli.

Supportował Milesa Davisa, odbierał Złotego Fryderyka z rąk Ewy Bem i od ponad trzech dekad mieszka w Sopocie, choć - jak przyznaje - początkowo nadmorski klimat był dla niego czymś zupełnie obcym. W rozmowie Bernard Maseli opowiada o fenomenie zespołu Walk Away, sile trójmiejskiej sceny jazzowej, muzycznych spotkaniach z legendami i o tym, dlaczego dziś najchętniej odpoczywa wśród przyrody, z dala od scenicznego zgiełku.



Nadchodzące koncerty w Trójmieście IMPREZY I WYDARZENIA

Rockowizna
sie 7-8
Rockowizna
Kup bilet
cze 14
Pat Metheny
Kup bilet


Alicja Olkowska: Urodził się Pan w Strzelcach Opolskich, studiował w Katowicach, a ogólnopolską karierę zbudował m.in. z zespołem Walk Away. Co sprawiło, że właśnie Sopot stał się pana domem na ponad trzy dekady?

Bernard Maseli: Cóż, moja żona od 1988 roku pracowała w Teatrze Muzycznym w Gdyni, w czasach, gdy jego dyrektorem był Jerzy Gruza. Ja natomiast, jako muzyk koncertujący w całym kraju, zdecydowałem się podążyć za nią i w ten sposób 36 lat temu zostałem mieszkańcem Sopotu.

Pochodzę ze Śląska Opolskiego, więc początki były dla mnie dość niezwykłe, ale bardzo szybko pokochałem to miejsce. Dziś nie wyobrażam sobie innego miejsca do życia niż Sopot.

W 2025 roku Walk Away otrzymał Złotego Fryderyka za całokształt - nagrodę wręczyła sama Ewa Bem. To prawdopodobnie pierwszy taki Złoty Fryderyk dla Sopotu. Jak pan odebrał to wyróżnienie i dlaczego, pana zdaniem, nie wzbudziło ono większego lokalnego echa?

Ta nagroda to marzenie każdego muzyka. Oczywiście jako zespół nie byliśmy przygotowani na to, że zostaniemy uhonorowani w tak niezwykły sposób. Złoty Fryderyk, w odróżnieniu od "zwykłych" Fryderyków, jest nagrodą przyznawaną za całokształt twórczości - można powiedzieć, że to muzyczny odpowiednik "lifetime achievement award" (nagroda za dorobek życia - przyp. red.). To najważniejsze wyróżnienie w polskim przemyśle muzycznym.

Tak, to najprawdopodobniej pierwszy Złoty Fryderyk dla miasta Sopotu, a także chyba dopiero trzeci dla całego Trójmiasta (wcześniej laureatami tej nagrody byli Jan Łukaszewski oraz Konstanty Andrzej Kulka), tym bardziej byłem zaskoczony, że miasto przeszło obok tej wiadomości dość obojętnie. Mimo że sopocki ratusz wiedział o mojej nagrodzie, nie wyraził większego zainteresowania tą sytuacją. Mam jednak nadzieję, że chociaż miejskie archiwa odnotowały ten sukces, bo przecież Sopot to miasto, które kulturą stoi i ma wreszcie swojego Złotego Fryderyka.

Fryderyki 2026: artyści z Trójmiasta na prestiżowej liście Fryderyki 2026: artyści z Trójmiasta na prestiżowej liście

Myślę też, że mogło to wynikać z faktu, iż jestem muzykiem bardzo aktywnie koncertującym w całym kraju, więc, co oczywiste, większość czasu spędzanego w Sopocie poświęcam rodzinie. Nie udzielam się szczególnie na lokalnej scenie muzycznej, więc być może właśnie dlatego ta nagroda przeszła bez większego echa. Tym bardziej było mi miło odbierać gratulacje od znajomych i nieznajomych spotykanych na ulicach Sopotu.

  • "Wibrafon to instrument idealny - taki, na którym mogę grać jednocześnie perkusyjnie, melodycznie i harmonicznie."
  • "Scena trójmiejska zawsze miała swój wyjątkowy koloryt i własną historię, która z powodzeniem jest kontynuowana przez kolejne pokolenia."
Walk Away powstał w 1985 roku w Katowicach jako formacja przyjaciół ze studiów. Po 40 latach zespół wciąż istnieje i koncertuje - to ewenement. Co jest największą siłą tej formacji i jak udało się utrzymać chemię przez cztery dekady? Oraz - co było trudniejsze: start czy utrzymanie zespołu przez kolejne dekady?

Tutaj odpowiedź jest bardzo prosta. Od samego początku, oprócz wspólnej pracy czysto muzycznej i warsztatowej, byliśmy po prostu grupą ludzi, którzy bardzo się lubili i tak zostało do dziś.

W czasach, kiedy powstawał nasz zespół, na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach działało, proszę sobie wyobrazić, aż dziewięć podobnych grup. Do dzisiaj zostaliśmy tylko my, dlatego mamy ogromne poczucie szczęścia i wdzięczności za to, co spotkało nas w życiu.



A jeśli pyta mnie pani o to, co było łatwiejsze - start czy utrzymanie zespołu w dobrej kondycji - to zdecydowanie trudniejsze okazało się właśnie utrzymanie tej formy przez lata. Również tutaj mieliśmy jednak dużo szczęścia, spotykając na swojej drodze genialnych artystów takich jak Ula Dudziak, Lora Szafran, Eric Marienthal czy Dean Brown, którzy pomogli nam zarówno artystycznie, jak i marketingowo. Dzięki temu w ub. r. Walk Away mógł świętować 40-lecie działalności scenicznej.

Wspólnie z Walk Away supportowaliście Milesa Davisa w 1990 roku. Jakie to było doświadczenie dla młodego wibrafonisty i jak wpłynęło na pana dalszą karierę?

Och, to było niezwykłe doświadczenie. Otwieraliśmy koncerty Milesa w Niemczech dla kilku, a czasami nawet kilkunastu tysięcy ludzi. Miałem wtedy 25 lat, byłem bardzo młody i wydawało mi się, że tak już będzie wyglądało całe życie (śmiech).

A mówiąc całkiem poważnie: było to nasze pierwsze tak poważne zetknięcie z show-biznesem na takim poziomie. Zobaczyliśmy od kuchni, jak wygląda produkcja tak ogromnego wydarzenia i jak wielka dyscyplina obowiązuje wszystkich podczas koncertu tego kalibru. Wiele z tych doświadczeń wyniosłem dla siebie i wiele z nich zaowocowało później pozytywnie w mojej działalności artystycznej.

"Złoty Fryderyk to marzenie każdego muzyka."
Wibrafon nie jest instrumentem "pierwszego wyboru" dla wielu młodych muzyków. Co pana do niego przekonało i co trzyma przy nim do dziś?

Swoją edukację muzyczną rozpoczynałem od akordeonu. Dopiero po kilku latach przeniosłem się do klasy perkusji, gdzie oczywiście marzyłem o grze na bębnach. Jednak lata spędzone z akordeonem sprawiły, że po pewnym czasie zaczęło mi brakować melodii i harmonii.

Kiedy odkryłem wibrafon, zdałem sobie sprawę, że znalazłem instrument idealny - taki, na którym mogę grać jednocześnie perkusyjnie, melodycznie i harmonicznie. Poza tym brzmienie wibrafonu wciąż jest niezwykle atrakcyjne od strony produkcyjnej, ponieważ to instrument nadal bardzo mało popularny na scenie. Choć trzeba przyznać, że ostatnie lata przynoszą pod tym względem bardzo pozytywne zmiany, co ogromnie mnie cieszy.

Na końcu pozostaje jeszcze jedna ważna rzecz: to instrument wyjątkowo atrakcyjny w warunkach koncertowych. Myślę, że niewiele jest takich instrumentów jak wibrafon, przy których słuchacz może tak mocno "widzieć" muzykę, obserwując samą sylwetkę i ruch muzyka podczas gry.



Jest pan również pedagogiem. Czego dziś młodzi muzycy uczą się szybciej niż Pana pokolenie, a czego nadal nie da się "przyspieszyć"?

Ależ oni niemal wszyscy dziś grają lepiej od nas. Tego jednak, czego nie da się przyspieszyć, to doświadczenie oraz sposób opowiadania własnej historii poprzez muzykę. To przychodzi wyłącznie z czasem i pod tym względem muzyka improwizowana jest niezwykle sprawiedliwa.

Jazz w Trójmieście ma swoją tradycję (Sopot Jazz Festival, Rudy Kot, Żak, scena w Gdańsku i Gdyni, artyści tacy jak Leszek Możdżer czy Przemek Dyakowski). Jak pan ocenia obecną kondycję trójmiejskiej sceny jazzowej i co można by zrobić, żeby była jeszcze mocniejsza?

Scena trójmiejska zawsze miała swój wyjątkowy koloryt i własną historię, która, moim zdaniem, z powodzeniem jest kontynuowana przez kolejne pokolenia. Młodzi trójmiejscy muzycy są dziś niezwykle silni artystycznie, dlatego ze spokojem patrzę w przyszłość lokalnej sceny jazzowej.

"Wibrafon to instrument idealny - taki, na którym mogę grać jednocześnie perkusyjnie, melodycznie i harmonicznie."
Co dalej? Jakie plany ma pan i Walk Away na najbliższe miesiące? Czy szykują się nowe płyty, projekty solowe, koncerty w Trójmieście?

Z zespołem Walk Away spotykamy się dziś bardzo sporadycznie i gramy dosłownie kilka koncertów w roku. Natomiast ostatnie lata były dla mnie szczególnie inspirujące i wyjątkowo łaskawe, obfitując w wiele absolutnie niezwykłych wydarzeń. Spędziłem na przykład trzy lata z zespołem Lady Pank, grając na wibrafonie akustycznym w ramach koncertów z cyklu MTV Unplugged.

Miałem także ogromną przyjemność uczestniczyć w znakomitej trasie oraz nagraniu programu "Jazzy Christmas" Kuby Badacha, gdzie prócz gospodarza wystąpili artyści tej klasy co Gregory Porter, Chris Botti, Sanah, Natalia Kukulska, Dorota Miśkiewicz i wielu innych.



Jeśli chodzi o najbliższe plany, to głównym przedsięwzięciem, nad którym obecnie pracuję, jest współpraca z Grzegorzem Skawińskim przy jego najnowszej gitarowej płycie. Czuję się ogromnie wyróżniony, współpracując z jednym z najwybitniejszych gitarzystów tego kraju, a wszystko wskazuje na to, że będzie to fenomenalna płyta.

Bernard Maseli z żoną Barbarą podczas rozdania Fryderyków 2025.
Poza muzyką - czym pan zajmuje się na co dzień w Sopocie? Czy codzienne życie nad morzem wpływa na pana twórczość i regenerację? Ma pan swoje ukochane miejsca/lokale, do których wraca regularnie?

Oczywiście, że tak, a na wiele z nich bezpośredni wpływ ma aktywność mojej żony, która współpracuje z WWF Polska w ramach Błękitnego Patrolu. To dzięki niej odkryłem na nowo otaczającą nas przyrodę.

Sopockich miejsc nie zdradzę (śmiech), ale sam mieszkam blisko Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, więc to właśnie w takich miejscach spędzam większość wolnego czasu. Natomiast moim absolutnie ukochanym miejscem jest pobliski rezerwat Beka, który odwiedzam regularnie.

Znajduje się tam również kawiarnia Dzika Róża, gdzie zwykle kończę swoje patrole i gdzie chciałbym serdecznie zaprosić panią i wszystkich. 13 czerwca zagram tam charytatywny koncert solowy, którego dochód zostanie przeznaczony na wsparcie działań ochronnych właśnie w rezerwacie Beka. Zapraszam serdecznie.

Miejsca

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (18)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.