- 1 Jeden szczegół, który łączy te restauracje (6 opinii)
- 2 Pamiętacie ich z "Big Brothera"? (24 opinie)
- 3 Lifting bez skalpela - hit medycyny estetycznej (4 opinie)
- 4 Miliony obserwujących i wpływy. Oto trójmiejska elita polskiej sieci
- 5 Gdzie na dobrą zupę w Trójmieście? (51 opinii)
- 6 Nowoczesna trychologia w Trójmieście (10 opinii)
Z Gdańska do NBA. Dyrektor hotelu, który spotyka koszykarskie legendy
Dla Jacka Białego wszystko zaczęło się w 1991 r. - od transmisji finałów NBA, legendarnego "Hej, hej, tu NBA" i prowizorycznego kosza zbudowanego z... rowerowej felgi. Dziś jest nie tylko kolekcjonerem pamiątek związanych z amerykańską koszykówką, ale także dyrektorem hotelu Mercure Gdańsk Posejdon, organizatorem wydarzeń i pasjonatem, który spotyka się z legendami NBA i zaraża innych swoją sportową zajawką. Jego historia to opowieść o dziecięcej fascynacji, która przerodziła się w pasję na całe życie.
Jacek Biały: Rok 1991. Jak większość ośmiolatków grałem wtedy głównie w piłkę nożną - koszykówka była czymś bardzo odległym, mało popularnym w tamtych czasach. Przełom nastąpił dzięki słynnym słowom "Hej, hej, tu NBA" oraz transmisjom meczów na TVP2. To one sprawiły, że zacząłem interesować się tym sportem. Wydawał mi się ciekawszy, bardziej dynamiczny, a sami gracze - niezwykle charyzmatyczni.
Tak naprawdę wszystko zaczęło się w 1991 r., od finałów NBA Chicago Bulls kontra Los Angeles Lakers. Kto wie, gdyby wtedy wygrali Jeziorowcy, być może dziś kibicowałbym ich barwom i był fanem Magica Johnsona. Los chciał jednak inaczej - i to Michael Jordan oraz Bulls stali się początkiem mojej koszykarskiej pasji.
Po emisji meczów wychodziłem na dwór i przed blokiem, na koszu własnej konstrukcji, "wcielałem się" w postać Jordana i moich ówczesnych idoli. Nie było wtedy orlików ani profesjonalnych boisk - mieszkałem na osiedlu niedaleko lasu, więc materiały do "budowy kosza" zdobywaliśmy właśnie stamtąd, oczywiście starsi koledzy pomagali. Sama obręcz, jeśli dobrze pamiętam, to była felga od roweru, a piłka, którą rzucałem, była typową piłką "do nogi". Mimo prowizorycznych warunków emocje były autentyczne, a pasja rosła z każdym rzutem.
Pańska kolekcja to coś więcej niż zbiór przedmiotów - to archiwum emocji i historii. Które pamiątki są dla pana szczególnie ważne? Które już to "białe kruki" praktycznie nie do zdobycia?
Kolekcjonowanie zacząłem w 1994 r., choć wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. Właśnie wtedy, na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku, moi rodzice kupili mi pierwszą kartę NBA - Scotty'ego Pippena. Mam ją do dziś. Choć jej wartość rynkowa to może kilkadziesiąt centów, dla mnie jest bezcenna.
Jeśli chodzi o "białe kruki", to zdecydowanie moim faworytem jest pierwszy autograf w mojej kolekcji Michaela Jordana, złożony na piłce do koszykówki.
Który przedmiot w pańskiej kolekcji ma historię, która sama w sobie mogłaby być anegdotą - zdobyty przypadkiem, ocalony w ostatniej chwili, wyjęty komuś sprzed nosa?
Jedną z najciekawszych i najbardziej nietypowych zdobyczy są oryginalnie zapakowane, nieotwarte płatki śniadaniowe z 1991 r. Na opakowaniu znajduje się wizerunek Michaela Jordana z jednej strony oraz cała drużyna mistrzowska Chicago Bulls z drugiej. To przedmiot, który wzbudza duże zainteresowanie - głównie dlatego, że przetrwał w przyzwoitym stanie ponad trzy dekady.
Co ciekawe, zdobyłem go zupełnym przypadkiem na jednej z aukcji, gdzie najwyraźniej nie wszyscy dostrzegli jego wartość kolekcjonerską. Mimo że nie ma większej wartości inwestycyjnej, to właśnie ten przedmiot jest jednym z moich ulubionych - ze względu na swoją unikalność, symbolikę i emocje, jakie przywołuje z czasów, gdy wszystko się zaczęło.
Pana kolekcja bardzo się rozrosła na przestrzeni lat, to już wręcz minimuzeum.
Tak, i każdego zapraszam do swojego "muzeum". Jestem w trakcie wymiany kolekcji, jak każdy dobry kustosz zmieniam wystawę wraz z pojawieniem się nowych artefaktów (śmiech). W zasadzie regularnie odwiedzają mnie osoby z całej Polski, co bardzo cieszy. Wszystkich zainteresowanych taką wizytą zapraszam do wcześniejszego kontaktu przez moją stronę internetową.
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Prywatne muzeum NBA Jacka Białego
Regularnie spotyka się pan z legendami NBA. Które z tych spotkań zapadło panu najmocniej w pamięć?
Zdecydowanie najmocniej zapadło mi w pamięć pierwsze spotkanie za oceanem z byłym koszykarzem NBA - był nim Will Perdue, czterokrotny mistrz NBA, a przede wszystkim członek legendarnego pierwszego three-peatu Chicago Bulls w latach 1991-1993.
Dla mnie, jako fana, który zakochał się w NBA właśnie od tamtego okresu, możliwość rozmowy z kimś, kto był częścią tej drużyny, miała ogromne znaczenie. To spotkanie nie tylko potwierdziło, jak blisko można być historii, którą wcześniej znało się tylko z ekranu, ale też utwierdziło mnie w pasji, którą pielęgnuję do dziś.
Przy okazji serdecznie pozdrawiam Izę - autorkę rysunku, który okazał się mieć symboliczne znaczenie i na długo pozostanie wyjątkową anegdotą w mojej kolekcjonerskiej historii.
Na kilka miesięcy przed wyjazdem otrzymałem rysunek od mojej kilkuletniej chrześnicy, która wiedziała, że wujek interesuje się koszykówką. Początkowo myślałem, że miał to być Michael Jordan - w końcu to najbardziej rozpoznawalny gracz. Jednak na rysunku widniała postać z numerem 32 (Jordan grał z 23), o innej karnacji i fryzurze, co wyraźnie wskazywało na innego zawodnika.
Jak się później okazało, kilka miesięcy później spotkałem Willa Perdue - byłego gracza NBA, który w Chicago Bulls grał właśnie z numerem 32. Do dziś zastanawiam się, skąd moja chrześnica wiedziała o spotkaniu, o którym ja sam wtedy nie miałem jeszcze pojęcia (śmiech).
Jak wyglądają od kulis wyjazdy na "cards show" i mecze NBA? Co zazwyczaj planuje pan wokół takich wypraw?
Wyjazdy na cards show i mecze NBA to złożone przedsięwzięcia, które wymagają dużego zaangażowania logistycznego i precyzyjnego planowania. Już na etapie organizacji pojawia się wiele wyzwań - od rezerwacji biletów i zakwaterowania, po ustalenie harmonogramu wydarzeń, które często bywają dynamiczne i nieprzewidywalne. Jednym z największych znaków zapytania są same gwiazdy - ich humory, gotowość do spotkania z fanami, a czasem wręcz niepewność co do ich obecności do ostatniej chwili.
Mimo tych trudności emocje, które towarzyszą takim wyjazdom, są absolutnie wyjątkowe. Spotkania z legendami NBA, możliwość rozmowy, zdobycia autografu czy wspólnego zdjęcia - to spełnienie marzeń każdego pasjonata. Ale te wyprawy to nie tylko sport.
W zależności od lokalizacji w planach mamy również intensywne zwiedzanie - często odwiedzamy przepiękne parki narodowe czy kultowe miejsca turystyczne. Jeździmy po całych Stanach Zjednoczonych, a oprócz kolekcjonerskiej pasji realizujemy również tę drugą - do gry w koszykówkę. Gramy na najbardziej rozpoznawalnych boiskach ulicznych - takich jak The Cage czy Rucker Park w Nowym Jorku, Venice Beach w Los Angeles i wielu innych miejscach, które mają swoje stałe miejsce w historii tego sportu.
To wyprawy pełne intensywnych wrażeń, autentycznych emocji i wyjątkowych ludzi, którzy dzielą tę samą pasję.
Czy zdarzyło się panu kiedyś pojechać za ocean na spotkanie, które ostatecznie kompletnie nie wypaliło? Jakie "wtopy" są wpisane w tę pasję?
Tak, zdarzyło się, że wyjazd za ocean na spotkanie z legendą NBA nie do końca wypalił - najlepszym przykładem jest sytuacja z Allenem Iversonem, który nie pojawił się na ostatnim zaplanowanym wydarzeniu. Na szczęście mieliśmy tę informację dużo wcześniej, jeszcze przed samym wyjazdem, co pozwoliło uniknąć większych rozczarowań i odpowiednio zorganizować czas.
Mecze NBA z reguły odbywają się zgodnie z planem w 99,9 proc. przypadków, jednak sytuacje losowe - takie jak wielkie pożary w Kalifornii w obecnym sezonie - pokazują, że nawet tak duże wydarzenia mogą zostać przełożone lub odwołane. Dla nas to jednak duży problem, ponieważ loty za ocean są organizowane z dużym wyprzedzeniem i trudno jest cokolwiek zmienić na ostatnią chwilę.
"Wtopy" i nieprzewidziane okoliczności są wpisane w tę pasję i wymagają elastyczności oraz cierpliwości. Mimo to emocje i satysfakcja z samego faktu bycia blisko historii NBA zdecydowanie przewyższają te trudności.
Czy jest jakaś historia z podróży albo kuluarów spotkań z zawodnikami, która do dziś wydaje się panu nieprawdopodobna?
What happens in Vegas, stays in Vegas - to trzeba przeżyć osobiście. Emocje i sytuacje, które nam towarzyszą, są nie do oddania słowami czy nawet zdjęciami.
Organizuje pan również lokalne wydarzenia dla kolekcjonerów. Czy ta pasja cieszy się w Polsce popularnością?
Tak, zgadza się. Organizuję lokalne wydarzenia dla kolekcjonerów i staram się łączyć różne grupy, ponieważ społeczność jest bardzo podzielona. Niektórzy zbierają wyłącznie buty, inni koszulki, a jeszcze inni tylko karty kolekcjonerskie.
W Polsce większość zlotów skupia się głównie na NBA, podczas gdy kolekcjonerzy innych sportów - takich jak NHL, NFL czy piłka nożna - często mają swoje osobne wydarzenia lub wręcz nie mają ich wcale.
Na moje wydarzenia przyjeżdżają także osoby spoza środowiska NBA, jednak na razie jest to garstka, a chciałbym, aby było ich znacznie więcej. Za oceanem, na jednych targach, spotykają się wystawcy z całego świata i wszystkich dyscyplin sportowych, co tworzy wyjątkową, zintegrowaną społeczność. To właśnie ten model próbuję odwzorować w Polsce, aby zbudować bardziej otwarte i różnorodne środowisko kolekcjonerskie.
-
Lubię to
-
Super
-
Trzymaj się
-
Ha ha
-
Wow
-
Przykro mi
-
Wrr
- Wszystkie 0
Zlot fanow Chicago Bulls i Boston Celtics w Sopocie - materiał z 2024 r.
Właściwie to właśnie moja praca jest największym atutem w realizacji tej pasji. Mam ponad 20-letnie doświadczenie w sektorze hotelarskim, turystycznym i gastronomicznym, które zdobywałem również przez ponad 12 lat za granicą.
Organizując imprezy masowe, wystawy, konferencje czy bankiety, doskonale poznałem potrzeby uczestników, organizatorów oraz sportowców "od kuchni". Dzięki temu wiem, na które aspekty należy zwrócić szczególną uwagę i które elementy wymagają dodatkowego zaangażowania.
Ta wiedza i doświadczenie pozwalają mi również negocjować bardzo korzystne warunki dla uczestników moich wydarzeń i wyjazdów, co sprawia, że udaje się skutecznie łączyć pasję z odpowiedzialną pracą.
Co ciekawe i co mnie bardzo cieszy, w Hotelu Mercure Gdańsk Posejdon regularnie odbywają się zloty kolekcjonerów i miłośników NBA, a więc moja historia to naprawdę dowód na to, że można łączyć pracę z prawdziwą pasją.
* decyzją Redakcji nie ma możliwości dodawania opinii do tego artykułu
