Fakty i opinie

stat

Była żywą tarczą w Powstaniu Warszawskim

artykuł historyczny
Anna z mamą w czasie okupacji.
Anna z mamą w czasie okupacji.

- Przyszli po kuzynkę ze zgrupowania "Baszta". Była jakaś wsypa i nie nocowała w domu. Zabrali ojca, babcię i ciocię. Mamy nie wzięli. Nie wiem, czy ze względu na jej niemieckie pochodzenie czy może mieli pełne auto. Zawieźli wszystkich na aleję Szucha - opowiada Anna Henschel. W cyklu Trójmiejskie opowieści wspomnieniami dzieli się 86-letnia seniorka urodzona w Gdańsku.



Artykuł archiwalny z 2016 r.

Niemiec stanął na platformie i zapytał:

- Czy ktoś ma rodzinę w Niemczech? Czy ktoś ma powiązania z Niemcami?
Ci, którzy mieli, nie musieli iść. Ja miałam babcię w Niemczech, ale się nie zgłosiłam. Nie chciałam, bo miałam nastawienie patriotyczne. Wzięli więc nas jako żywe tarcze dla czołgów. Mężczyzn rozstrzelali zaraz po tym, jak nas zabrali na aleję Szucha. Szły więc kobiety i dzieci. Były przed i za czołgami. Jechały też na nich.

Niemcy przebierali się za kobiety. Na hełmy wkładali chustki, zakładali damskie okrycia i próbowali wmieszać się. Szłam akurat za czołgami. Nie mogłam uciec, bo obok i za mną byli Niemcy. Pamiętam, że jakieś panie położyły mnie na ziemię. Zastanawiałam się, czy robaczki, które po niej chodziły, słyszą dźwięk czołgów. Jeden z nich strzelał gdzieś wgłąb ulicy. W pewnym momencie kobiety i dzieci uciekły. Trzy czołgi płonęły.

Nocowałam na podwórzu alei Szucha. Siedziałam na swojej walizce. Mama w tym czasie była w innej części Warszawy. Nie mogła dotrzeć w ten rejon, bo był front.

A potem Niemcy chcieli się pozbyć kobiet i dzieci. Przepędzili więc nas na polską stronę. Jedna z kobiet powiedziała, że moją mamą jest Niemka, więc zabrano mnie do polskiego aresztu.

Pomylił ją ze służącą, a była córką inżyniera

Na balkonie w sopockim domu: babcie Ilse z wnuczką Anną oraz mama Hertha.
Na balkonie w sopockim domu: babcie Ilse z wnuczką Anną oraz mama Hertha.
Moja mama Hertha pochodziła z niemieckiej, a tata Władysław z polskiej rodziny. Wtedy - po I wojnie światowej - uważało się, że więcej wojen nie będzie, i że nie stanie się nieszczęście w związku z mieszanym małżeństwem.

Rodzina taty mieszkała w Warszawie, a mamy nad Jeziorem Bodeńskim. Oboje spotkali się w Berlinie. Tata pojechał studiować tam inżynierię. Chciał później budować metro w Warszawie. A mama w Berlinie studiowała malarstwo.

Poznali się w domu znajomych. Tata myślał początkowo, że mama jest... służącą, bo babcia Ilse tak skromnie ją ubierała.

Tata się zakochał. Nie wiedział wtedy, że mama była córką Otto Waltza, który najpierw pracował dla Zeppelina, a później w firmie Osram.

Dziadek razem z babcią mieli troje dzieci: syna i dwie córki. Mama była najmłodsza z rodzeństwa. A tata miał starszą siostrę. Obie rodziny lubiły się.

Ojciec w pewnym momencie miał możliwość, aby pracować w Paryżu lub w Gdańsku. Mama wybrała Gdańsk, bo tu mówiło się po niemiecku. Dla niej to było łatwiejsze, choć umiała też po francusku. Tyle że nie tak dobrze jak w rodzimym języku.

Rodzice pobrali się w gdańskim kościele św. Barbary w 1922 roku. Mieszkali w rejonie dzisiejszej ulicy Seredyńskiego. Tata pracował w firmie spedycyjnej. Najpierw był dyrektorem gdańskiej, a później gdyńskiej filii. A ja urodziłam się w Gdańsku 30 grudnia 1929 roku.

Wycieczki na Hel i gotyckie kościoły z klocków

Na ławce siedzi Władysław - ojciec Anny.
Na ławce siedzi Władysław - ojciec Anny.
Kiedy przyszłam na świat, rodzina mieszkała w Sopocie przy ul. Abrahama zobacz na mapie Sopotu. Później przeprowadziliśmy się w rejon dzisiejszej Armii Krajowej. Pamiętam, że w domu były antyki, ładne dywany i wiele książek.

Miałam piękne klocki po prababci i budowałam z nich różne cuda. A kiedy ojciec przychodził z pracy, kładł się na podłodze i budował mi gotyckie kościoły. To były dobre drewniane klocki.

W czasie wolnym od pracy pływało się statkiem z Sopotu na Hel. Piękna plaża, a od strony Zatoki płytko, więc dzieci mogły się kąpać i bawić. Rodzice mieli paszporty, więc problemu nie było. W pewnym momencie, w związku z budową portu wojennego, nasze wycieczki na Hel się jednak skończyły.

Chodziliśmy też na spacery do sopockiego lasu, gdzie panowie grali w brydża, a dzieci bawiły się. Poza tym pamiętam szkołę Macierzy Szkolnej w Sopocie. Karmiono nas ohydnym tranem z aluminiowych łyżek. Pewnego razu wyplułam tran i wysmarowałam nim klamkę od drzwi klasy.

- Kto to zrobił? - pytano, bo na klamkę nadziała się woźna.

- Ja - przyznałam się. I chyba wzbudziłam taki podziw dla odwagi cywilnej, że nie dostałam kary.

Ale woźnej się bałam, choć po wojnie okazało się, że to miła starsza pani.

Wyjazd do Warszawy i tajne komplety

Mama miała w domu swoją pracownię, gdzie malowała. Pracownia pełniła zarazem funkcję salonu. Rodzinę odwiedzały przeważnie żydowskie rodziny, a ja bawiłam się głównie z żydowskimi dziećmi, ponieważ kiedy nastał Hitler, to rodzice niemieckich dzieci stawali się hitlerowcami i moi rodzice przestawali bywać.

Wojna zastała mnie i mamę w Gdyni, gdzie nasza rodzina mieszkała tam od 1938 r. Tata, który przebywał akurat w Anglii polecił mamie, aby zabrała pieniądze wraz z kosztownościami i wyjechała ze mną do babci w Warszawie.

Pieniądze z robienia tortów były na życie. Jadło się chleb kartkowy i to, co udało się dostać na czarnym rynku. A tam było wszystko, tyle że za odpowiednie pieniądze.
Ojciec zdołał wrócić do Polski, po czym pieszo doszedł do Warszawy. Mieszkaliśmy w pięciopokojowym mieszkaniu. Babcia Felicja, nasza rodzina, ciotka, kuzynka oraz służąca z mężem i dzieckiem. Tata pracował w firmie spedycyjnej. Miał krystaliczny charakter i był wymagający. Właścicielka firmy darzyła go zaufaniem, w związku z tym miał kierownicze stanowisko.

Mama przebywała w domu, a ja chodziłam do szkoły, a później na tajne komplety. Odbywały się w prywatnych mieszkaniach i domach. Rodzice uważali, że wykształcenie jest ważne.

Nasza rodzina dorabiała robiąc torty dla cukierni. Z masła, kakao i czekolady, a w środku mielone migdały. Ciocia pozyskiwała zlecenia, a ja dostarczałam do cukierni. Pieszo i tramwajami.

Pieniądze z robienia tortów były na życie. Jadło się chleb kartkowy i to, co udało się dostać na czarnym rynku. A tam było wszystko, tyle że za odpowiednie pieniądze. Pamiętam, że w domu gotowała służąca. Babcia miała gruby zeszyt z receptami i zarządzała, co trzeba kupić i co będzie na obiad.

Lato spędzałam u pani Hermanowej, właścicielki firmy spedycyjnej, w której pracował ojciec. Miała majątek pod Warszawą. Na wsi mogłam jeść wszystko, co wyrosło w ogrodzie. Poza tym przyjaźniłam się z synami pani Hermanowej - JankiemJulkiem.

Julek zginął w czasie Powstania Warszawskiego, a Janek walczył w polskim podziemiu, został wzięty do niewoli i trafił do Belgii.

Obóz koncentracyjny i atak serca

Przyszli po kuzynkę ze zgrupowania "Baszta". Była jakaś wsypa i nie nocowała w domu. Zabrali ojca, babcię i ciocię. To był 24 kwietnia 1944 roku. Mamy nie wzięli. Nie wiem, czy ze względu na jej niemieckie pochodzenie czy może mieli pełne auto. Zawieźli wszystkich na aleję Szucha.

Babcia z Niemiec próbowała się dowiedzieć, co się z nimi dzieje, chciała pomóc. Znalazła oficera. Przyszedł i opowiedział. A szczegółów o losach babci dowiedziałam się od cioci. Bo ciocia trafiła do obozu koncentracyjnego Ravensbrück, który przeżyła, po czym wróciła.

Tata zginął po aresztowaniu. Babcia miała atak serca i zmarła w więzieniu.

W obozie w Pruszkowie spotkaliśmy lekarza - znajomego znajomych. Wystawił nam zaświadczenie, że jesteśmy chore. Kiedy starałyśmy się o zaświadczenie, nie wiedziałyśmy jednak, co Niemcy zrobią ze starymi i chorymi. Trafiłyśmy przed obóz koncentracyjny Oświęcim-Brzezinka.
A w sierpniu wybuchło Powstanie. Po tym jak Niemcy przepędzili nas na polską stronę trafiłam do polskiego aresztu. Siedziałam w nim razem z volksdeutschami. Po czym zrobili mi rewizję, przesłuchali i wypuścili. Poszłam do pani Heleny, mojej nauczycielki przyrody, która mieszkała przy Wilczej.

Niemcy ostrzeliwali miasto. Kamienica vis-a-vis naszego budynku zawaliła się. Odłamki przebiły blachy, którymi zasłonięte były okna na parterze. I trafiły w preparaty biologiczne. Z półek kapała formalina.

Pamiętam też, że jadło się wtedy gotowaną pszenicę z cukrem. Tylko to było w naszej okolicy. Był też okres, że Niemcy zamiast worków z piaskiem używali do osłony worków z soczewicą. To się do tych worków strzelało w dzień, a w nocy podbierało i ludność miała soczewicę. Ale to było krótko.

W czasie Powstania udało nam się odnaleźć z mamą. Ona dostała list, gdzie jestem, a ja, gdzie przebywa ona. Tyle, że mama otrzymała błędny adres. Mimo to spotkałam ją po drodze! Przy Wilczej spędziłyśmy resztę Powstania. A potem Niemcy wywozili ludność.

Jedzenie z jednej miski i krakowski szyld

Zrujnowany Gdańsk. W tle widoczna m.in. bazylika Mariacka.
Zrujnowany Gdańsk. W tle widoczna m.in. bazylika Mariacka.
Trafiłyśmy do obozu w Pruszkowie. Spotkaliśmy tam lekarza - znajomego znajomych. Wystawił nam zaświadczenie, że jesteśmy chore. Kiedy starałyśmy się o zaświadczenie, nie wiedzieliśmy jednak, co Niemcy zrobią ze starymi i chorymi. Trafiłyśmy przed obóz koncentracyjny Oświęcim-Brzezinka. Staliśmy w otwartych wagonach, bo obóz był pełny. Wywieźli więc nas do Mszany Dolnej, a potem znalazłyśmy się we wsi Podobin. Tam jedna gospodyni wzięła nas zamiast dwóch parobków.

Pamiętam, że kiedy przyszła, podbiegłam do niej i powiedziałam, że my jesteśmy dwie. Nie chciałam, aby rozdzielono mnie i mamę. I wzięła nas. Pani Pola to była dobra kobieta. Polka. Z chłopów tamtejszych. Miała męża Józka, który śpiewał nabożne pieśni. Długo byłyśmy u niej. Zaprzyjaźniłyśmy się.

A potem Niemcy wywieźli nas do innych wsi. Najpierw byłyśmy w domu inteligenckim z dużym gospodarstwem. Pan domu był w partyzantce. Pamiętam, że nie karmili mnie najlepiej. Dawali mi jedzenie przez drzwi, żebym nie widziała, co oni jedzą. Potem byłyśmy u chłopów - u innych mama, u innych ja. Na górze. Była bieda, każdy miał łyżkę i jadło się z jednej miski.

Później przyszli Rosjanie. Spali w łóżkach z karabinami. Pojechałyśmy z mamą do Krakowa. Kiedy szłyśmy przez plac mama zauważyła kolorowy szyld na jednym z budynków. Powiedziała, że taki to mógł tylko pan M. zrobić. To był dawny pracownik ojca w Gdyni. Zajął się nami. Załatwił mamie pracę, kupił nam starą kuchnię żelazną. I zamieszkaliśmy razem.

W Krakowie ukończyłam Akademię Górniczo-Hutniczą i Politechnikę. W Krakowie nie potrzebowali jednak architekta. A poza tym chciałam żeglować. Wróciłam więc do Gdańska. Po przyjeździe stwierdziłam, że miasta nie ma, i wzięłam się do pracy.

Trójmiejskie opowieści to cykl, w którym mieszkańcy prezentują stare fotografie z terenu Gdańska, Gdyni i Sopotu oraz wspominają związane ze zdjęciami historie. Jeśli chciał(a)byś podzielić się swoimi opowieściami i fotografiami, napisz na adres j.gilewicz@trojmiasto.pl

Wysłuchał:

Opinie (131) ponad 10 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.