Fakty i opinie

stat

Pokona 800 kilometrów na jednym kole w szczytnym celu

Na początku kwietnia br. Sebastian Łaskowski odbył trzydniową wyprawę na Kaszuby i Kociewie - łącznie pokonał 339 km. Na zdjęciu ze znajomymi.
Na początku kwietnia br. Sebastian Łaskowski odbył trzydniową wyprawę na Kaszuby i Kociewie - łącznie pokonał 339 km. Na zdjęciu ze znajomymi. fot. najednymkole.pl

Chce przejechać z Gdańska do Czorsztyna przy granicy ze Słowacją na elektrycznym monocyklu. W sobotę gdańszczanin wyruszył sprzed fontanny Neptuna w trasę liczącą 800 kilometrów. Jedzie dla przygody, ale także dla chorej na zespół Retta córki przyjaciół.



Widujesz w mieście elektryczne monocykle?

tak, nawet często 18%
tak, ale rzadko 49%
nie, jeszcze nigdy się to nie zdarzyło 33%
zakończona Łącznie głosów: 588
Elektryczny monocykl to jednokołowy pojazd bez siodełka, który za pomocą silnika elektrycznego i żyroskopu umożliwia poruszanie się jednej osoby na krótkich i długich dystansach.

Sebastian Łastowski z zawodu jest informatykiem, jego zainteresowanie pojazdami elektrycznymi, a zwłaszcza dość wyjątkowym jak na polskie realia monocyklem, zaczęło się w 2017 roku.

- Stałem w korku w drodze z domu do pracy - codzienność mieszkańca południa Gdańska, który musi dotrzeć bliżej centrum. Dostrzegłem wówczas człowieka, który przydrożnym chodnikiem jechał na elektrycznym monocyklu. Moją uwagę zwróciło nie tylko urządzenie, które wcześniej widywałem jedynie w internecie, ale też sprawność i swoboda z jaką ten człowiek się poruszał. Zaświtała mi w głowie myśl, że to może być recepta na korki - opowiada Sebastian Łastowski. - Trudności w podjęciu decyzji - zbliżająca się jesień i perspektywa coraz krótszego dnia oraz gorszych warunków - sprawiły, że temat odłożyłem do wiosny. Gdy ta nadeszła, postanowiłem zaryzykować i kupić elektryczny monocykl.
Od zakupu elektrycznego monocykla przez pana Sebastiana minęło ponad półtora roku, w tym czasie przejechał on na nim ponad 11 tys. km.

- Okazało się, że już po tygodniu od rozpoczęcia nauki jeździłem monocyklem do pracy i z powrotem - mówi Sebastian Łastowski. - Szybko okazało się jednak, że elektryczny monocykl jest urządzeniem dużo bardziej uniwersalnym. Zacząłem więc jeździć nim na zakupy, na pocztę czy do urzędów. Później okazało się, że podróż z pracy do domu wcale nie musi prowadzić ciągle tą samą drogą. Z każdym dniem była dłuższa i wiodła innymi szlakami, a ja w ten sposób zacząłem lepiej poznawać własne miasto. W końcu wyjechałem poza jego granice, by zacząć poznawać swój region. Monocykl otworzył mi oczy, pozwolił dostrzec, że wolniejsze tempo jazdy i życia pozwala zauważyć rzeczy, miejsca i wartości, które wcześniej były dla mnie niedostrzegalne.
Sebastian Łaskowski udowadnia, że dobrym elektrycznym monocyklem można jeździć cały rok.
Sebastian Łaskowski udowadnia, że dobrym elektrycznym monocyklem można jeździć cały rok. fot. najednymkole.pl

Z Gdańska na Kaszuby i Kociewie



O tym, że elektrycznym monocyklem można poruszać się nie tylko do pracy, Sebastian Łastowski przekonał się dość szybko. Jego pierwszą dłuższą podróżą był przejazd z Gdańska w okolice Bytowa.

- W sumie około 100 km w ciągu jednego dnia. Pozytywne wrażenia z tej podróży zachęciły mnie do kolejnych. Z Gdańska wybrałem się do Elbląga, innym razem ze Słupska pojechałem do Gdańska. Takich wypraw było znacznie więcej. A już zupełnie niedawno odbyłem trzydniową wyprawę na Kaszuby i Kociewie, przejeżdżając w tym czasie prawie 340 km - opowiada Sebastian.

800 km spod fontanny Neptuna pod granicę ze Słowacją



Po pokonaniu kilku bardzo ciekawych i dość długich tras, przyszedł czas na przejechanie całej Polski. Sebastian Łastowski przygotowywał się do tej wyprawy przez dłuższy czas. Z Gdańska wystartował w sobotę o godz. 9 sprzed fontanny Neptuna.

- Cała trasa będzie miała nieco ponad 800 kilometrów i szacuję, że jej pokonanie zajmie mi tydzień. Zakończy się na przejściu granicznym ze Słowacją niedaleko Czorsztyna - zapowiadał przed wyjazdem Sebastian Łastowski. - Jazda w zdecydowanej większości odbywać się będzie poboczami mniej uczęszczanych dróg wojewódzkich i lokalnych. W miejscowościach i miastach będę także korzystał z chodników i różnych ścieżek. Część wytyczonej trasy wiedzie drogami polnymi i leśnymi, spodziewam się również całkowitych bezdroży. Wytyczając trasę przejazdu kładłem nacisk na bezpieczeństwo, ale także na walory krajobrazowe. Jedynie drugiego dnia, w czasie przejazdu przez Wisłę, zmuszony będę jechać drogami krajowymi. Będą to jednak dwa krótkie odcinki - jeden w okolicach Chełmna, a drugi w Toruniu.
Podczas dłuższych wypraw nie można zapomnieć o kasku i dobrze widocznej z daleka kurtce.
Podczas dłuższych wypraw nie można zapomnieć o kasku i dobrze widocznej z daleka kurtce. fot. najednymkole.pl
Od 90 do 135 km dziennie

Najkrótszy dzienny dystans wyniesie niewiele ponad 90 kilometrów. Najdłuższym oraz prawdopodobnie najtrudniejszym będzie szósty dzień wyprawy, w którym do przejechania będzie ponad 135 kilometrów.

- Ten dzień to przejazd malowniczym Szlakiem Orlich Gniazd, a to oznacza sporo dróg kiepskiej jakości lub bezdroży. W czasie jazdy, co kilkadziesiąt kilometrów będę zatrzymywał się w celu odpoczynku i doładowania akumulatora. Najczęściej miejscem na ładowanie i odpoczynek jest restauracja, zajazd czy stacja benzynowa. Nie planuję wcześniej konkretnych miejsc zatrzymania, bo praktycznie zawsze można znaleźć gościnne i przyjazne miejsce - opisuje swój plan podróży Sebastian Łastowski. - Nie zdarzyła mi się jeszcze sytuacja, aby ktoś odmówił możliwości doładowania akumulatora. Niezależnie od tego zawsze staram się zachować niezbędną rezerwę prądu w baterii.
Duży Plecak, ładowarka i elektryczny monocykl - tyle wystarczy do wyprawy.
Duży Plecak, ładowarka i elektryczny monocykl - tyle wystarczy do wyprawy. fot. najednymkole.pl
Monocyklista nie będzie podróżował sam.

- Moimi towarzyszami podróży będą serdeczni przyjaciele, Ola i Maciek, którzy pojadą na rowerach elektrycznych. Miałem także zgłoszenia od osób z całej Polski, które kibicując mojej wyprawie, chcą chociaż część trasy przejechać razem ze mną. Na rowerze, hulajnodze, monocyklu albo jeszcze czymś innym. Możliwe też, że przy wyjeździe z Gdańska będę miał "obstawę" członków trójmiejskiej grupy Elec3CITY, aktywnej na portalu społecznościowym Facebook - dodaje Sebastian.
800 kilometrów nie tylko dla siebie, ale także dla chorej córki przyjaciół

- Przy okazji mojej wyprawy liczę też na to, że uda mi się zwrócić uwagę ludzi dobrego serca na los małej Agatki Lewandowskiej, której tata także jeździ na elektrycznym monocyklu. Agatka cierpi na zespół Retta - jest "milczącym aniołem". Jak w przypadku wielu zaburzeń rozwoju neurologicznego, szansą dla Agatki jest stała rehabilitacja. Moje osiemset kilometrów jest prośbą o pomoc w momencie szczególnie ważnym dla dalszego rozwoju Agatki. I nie ma znaczenia to, czy będzie to darowizna pozwalająca dofinansować zabiegi rehabilitacyjne, pomoc w kontakcie ze specjalistami czy pomoc w organizacji zabiegów. Każda forma pomocy ma znaczenie - kończył Sebastian Łastowski.
Więcej o wyprawie Sebastiana Łastowskiego możecie przeczytać na jego blogu www.najednymkole.pl